8 marca 2010 09:15 STOLICZKU NAKRYJ SIĘ
W grudniu ubiegłego roku byłam u sąsiadki na ploteczkach. Żeby nam się dobrze gadało raczyłyśmy się „małym jasnym”, które koleżanka postawiła na małym stoliku przyniesionym z pokoju syna. Tak się składa, że mieszkamy w mieszkaniach o takiej samej kubaturze i kiedy zobaczyłam ów mebel, to nie tylko mi się spodobał, ale pomyślałam, że przydałby się także u mnie. Po powrocie do domu, opowiedziałam o stoliku synowi, zachęcając go, by pojechał i taki sobie kupił. ... (więcej)
W grudniu ubiegłego roku byłam u sąsiadki na ploteczkach. Żeby nam się dobrze gadało raczyłyśmy się „małym jasnym”, które koleżanka postawiła na małym stoliku przyniesionym z pokoju syna. Tak się składa, że mieszkamy w mieszkaniach o takiej samej kubaturze i kiedy zobaczyłam ów mebel, to nie tylko mi się spodobał, ale pomyślałam, że przydałby się także u mnie. Po powrocie do domu, opowiedziałam o stoliku synowi, zachęcając go, by pojechał i taki sobie kupił. Nie przyjął propozycji, bo uznał że mu nie potrzeba. Ja jednak chciałam postawić na swoim i poprosiłam Pawła(syna sąsiadki), by przy okazji robienia zakupów dla siebie w owym sklepie, kupił taki stolik dla mnie, bo chciałam dać go w prezencie gwiazdkowym swoim młodym. Stolik trafił do mnie trochę po gwiazdce, bo wcześniej sklep był zamknięty. Przez jakiś czas stał pod ścianą nieużywany. Dziś jest to, ulubiony mebel mojego syna, bo okazało się, że lepiej niż przy biurku się na nim jada, lepiej niż przy dotychczasowym stanowisku pracy maluje się figurki. Piątego marca wypadały imieniny dziewczyny mojego syna i stolik miał w nich odegrać ważną rolę. Nakryty obrusem(za dużym, bo przeznaczonym na dwa razy dłuższy stół)pomieścił świecznik(dla stworzenia intymnej atmosfery, jaką daje paląca się świeca), kieliszki do wina, wazon z trzema bordowymi różami, prezent(śliczny porcelanowy słonik na szczęście) i talerzyki na ciasto. Solenizantka przyszła bardzo późno, bo wcześniej gościła własną rodzinę w swoim domu. Kiedy poszłam do pokoju syna z lampką wina, by złożyć jej życzenia, to nie podniosła się nawet z kanapy, nie zwróciła się do mnie przodem. Poza winem, które postawiła nie było nic więcej, ani ciasta ani cukierków. Dla współpracowników zaniosła słodycze, by mieć czym poczęstować, gdy składali życzenia. Gdybym wiedziała, że solenizantka wykaże się taką „skromnością”, to sama zadbałabym o kulinarną stronę wieczoru(chciałam, ale syn powiedział, że to zadanie solenizantki, dwa tygodnie wcześniej pomagał mi przygotować moje urodziny).Rozumiem, że dziewczyna młoda i być może nie przywykła do urządzania swojego święta, ale przecież zaledwie godzinę wcześniej wstała od stołu we własnym domu, gdzie przyjmowała innych(milej widzianych gości). Gdyby w trakcie czytania komuś nasunęło się pytanie dlaczego pomimo 1,5 rocznej znajomości mój syn nie znalazł się w gronie tychże biesiadników, to wyjaśniam że nie został zaproszony. Powód- solenizantka z góry wiedziała, że on zaproszenie odrzuci, bo nie toleruje jej rodziców. A przecież to ona sama przedstawiła ich w takim a nie innym świetle, i to dzięki temu mój syn reaguje na jej rodzinę jak płachta na byka. Ona od samego początku była świadkiem relacji między mną a K.J. i mogła wyrobić sobie własny pogląd na moją osobę(nie lubi mnie, bo wie że ja nie lubię jej). Bez względu na to, czy mój syn przyjąłby zaproszenie na rodzinne imieniny czy nie, to uważam że matka dziewczyny nie stanęła na wysokości zadania. Moim zdaniem, gdy dowiedziała się, że córka idzie do chłopaka uczcić swoje imieniny, to powinna jej podpowiedzieć a nawet pomóc w nieco staranniejszym przygotowaniu się do tego. Skąd młodzi ludzie mają wiedzieć co wypada a co nie, jeżeli dorośli nie dają im przykładu. Imieniny zakończyły się fiaskiem tak dalece, że solenizantka idąc do domu nie zabrała kwiatów, a prezent „trafił” do niej, tylko dlatego, że syn włożył go jej do torebki na odchodne. Mojemu synowi było przykro, bo poczuł się mniej ważny, mnie było przykro gdyż wiedziałam jak bardzo się starał, by pokazać swojej ukochanej ile dla niego znaczy. Związek młodych przeżywa poważny kryzys, do tego stopnia iż syn zadaje sobie pytanie „co to za miłość”? Według mnie to nie jest miłość, ale potwierdza się, że kochać nie znaczy być kochanym. Czasami uczucie jest jednostronne, a gdy to sobie uzmysławiamy, to serce boli, a oczy wilgotnieją. Czy kiedyś stoliczek mojego syna nakryje się „obrusem szczęścia”?
(mniej)