2 marca 2010 05:28 RODZINNE ROZMOWY
W poniedziałek dopadła mnie nostalgia. Wyjęłam swoje zdjęcia z zamiarem odszukania fotografii swojego pierwszego chłopaka. O Jurku K. pisałam w trzech swoich wspomnieniowych notkach. O odnowieniu z nim znajomości myślałam już 20 lat temu, ale wtedy wycofałam się z tego pomysłu, bo nie chciałam by koledzy naśmiewali się z syna nie tylko z powodu niepełnosprawnej matki ale i jej faceta. Teraz gdy syn jest już dorosły, pomyślałam:" a czemu by nie wejść jeszcze raz do tej samej rze... (więcej)
W poniedziałek dopadła mnie nostalgia. Wyjęłam swoje zdjęcia z zamiarem odszukania fotografii swojego pierwszego chłopaka. O Jurku K. pisałam w trzech swoich wspomnieniowych notkach. O odnowieniu z nim znajomości myślałam już 20 lat temu, ale wtedy wycofałam się z tego pomysłu, bo nie chciałam by koledzy naśmiewali się z syna nie tylko z powodu niepełnosprawnej matki ale i jej faceta. Teraz gdy syn jest już dorosły, pomyślałam:" a czemu by nie wejść jeszcze raz do tej samej rzeki". Niestety zdjęcia nie znalazłam. Mówię więc do mojego syna:
-wiesz szukałam zdjęcia mojej pierwszej miłości
- a po co ci?
-nie wiem, może zamieściłabym je w Internecie np. na naszej klasie i w ten sposób go odnalazła
- miłości ci się zachciewa na stare lata?
Po takim dictum odechciało mi się, nie tylko szukania dawnego chłopaka, ale wszystkiego. Nie wiem czy było coś w pogodzie, czy to rozmowa z synem sprawiła, że do końca dnia chodziłam zła jak osa. Tak naprawdę, to za mój fatalny nastrój odpowiada nie pogoda ani nie zagubione zdjęcie, tylko mój rodzony, ukochany syn. Rozmowa w niedzielę przebiegała tak:
-zobacz co zrobiłam, gdy ty spałeś
- no i co?
- będzie można to wydrukować?
- nie wiem
- dlaczego nie wiesz?
- nie wiem czy jest tusz w drukarce, a jeżeli nawet jest to tylko czarny, a to jest kolorowe
- gdy przyjdzie renta to się kupi, a na razie sprawdź czy tusz w ogóle jest (na próbę można wydrukować czarne-pomyślałam)
(po kwadransie)
- sprawdziłeś?
- nie
- czemu nie?
- co ci się nagle tak zachciało?
- bo chciałabym wiedzieć czy mam planować w wydatkach zakup tuszu czy nie
(po 4 dalszych zapytaniach)
- to nie taka łatwa sprawa, ty myślisz, że wystarczy otworzyć drukarkę i już wiadomo że tusz jest(faktycznie myślałam, że tak właśnie trzeba zrobić). A to trzeba podłączyć drukarkę pod komputer i dopiero zobaczyć czy drukuje, a ja nie wiem gdzie schowałem kable(żeby nie było kolejnej scysji, nie pytam dlaczego drukarka została odłączona).
(po godzinie, może trochę później)
- więcej nie poproszę, tylko jak przyjdą pieniądze, to pójdę i kupię sobie własną drukarkę( nie pomyślałam, że i skaner byłby potrzebny)
- po co, przecież wystarczy kabel za 5 zł
- tylko kto mi go kupi?, ciebie się przecież nie doproszę
(syn wali focha)
Następnego dnia, pytam syna sąsiadki, kiedy będzie jeździł po mieście- szuka pracy, bo właśnie dostał certyfikat na obsługę wózków widłowych. Gdy dowiaduję się, że następnego dnia, to daję pieniądze na kabel do drukarki. Chłopak wieczorem przychodzi sprawdzić jaka ma być końcówka, żeby pasowało wejście do drukarki i komputera (mój syn ponownie wali focha).
Wtorek- trzecia rano, budzę się ze snu, u syna pali się światło. Spotykamy się przed drzwiami łazienki
-czemu nie śpisz? Ta twoja(mam na myśli dziewczynę) się wyśpi, to potem w dzień może chodzić do pracy i zarabiać. A ty w nocy siedzisz, a w dzień śpisz.
- przecież maluję, kiedy mam to robić?
- w dzień, gdy nie muszę płacić za światło
- wtedy zawsze mnie po coś wołasz
Fakt, czasami, gdy trudno mi wstać, to go wołam. Przez ścianę nie widzę, czy właśnie maluje, leży, czy gra na komputerze, więc gdy potrzebuję to wołam. Dopiero gdy przychodzi i stając w drzwiach mówi nooooooooooo, orientuję się, że wołałam nie w porę.
Swoją drogą zastanawiam się czy kiedyś uda mi się porozumieć z własnym dzieckiem. Jak na razie, to większość naszych rozmów, bez względu na to czego dotyczą, kończy się obopólną irytacją. Najczęściej i najbardziej wściekam się wtedy, gdy okazuje się, że coś czego potrzebuję użyć jest albo zepsute, albo nie wiadomo gdzie schowane lub już dawno wyrzucone(bo przecież się popsuło). Tylko dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? Czy ja jestem duchem świętym, żebym wiedziała, że czegoś nie ma, choć ja myślę, że jest. W mojej świadomości jest zakodowane, że na coś kiedyś dawałam pieniądze, bo zdaniem syna było to w danym momencie niezbędne(jemu) , ale jak przychodzi moment, że ja tego potrzebuję, to okazuje się, że nie mogę z tego skorzystać. Mój syn jest chyba jedynym w tym kraju człowiekiem, który ma na zawołanie, to czego w danym momencie potrzebuje, tyle tylko, że potem nigdy nie wie czy to coś działa, gdzie to jest. Niedługo dojdziemy do najgłupszej na świecie sytuacji, że będę musiała kupować wszystko w dwóch egzemplarzach(jeden dla niego, drugi dla siebie), by mieć pewność, że jeżeli będę chciała z czegoś skorzystać, to mam to schowane we własnej szafie(mebel ten długości 3 metrów, pełni u mnie rolę wszechstronnego regału).
Na miłość jestem za stara, na robienie tego co sprawia mi przyjemność zbyt wymagająca(po co mi drukarka i to sprawna na dokładkę?). Czy mam się ograniczyć tylko do zmywania naczyń, robienia psom jedzenia i czekania na listonosza, gdy przynosi rentę? (mniej)
-wiesz szukałam zdjęcia mojej pierwszej miłości
- a po co ci?
-nie wiem, może zamieściłabym je w Internecie np. na naszej klasie i w ten sposób go odnalazła
- miłości ci się zachciewa na stare lata?
Po takim dictum odechciało mi się, nie tylko szukania dawnego chłopaka, ale wszystkiego. Nie wiem czy było coś w pogodzie, czy to rozmowa z synem sprawiła, że do końca dnia chodziłam zła jak osa. Tak naprawdę, to za mój fatalny nastrój odpowiada nie pogoda ani nie zagubione zdjęcie, tylko mój rodzony, ukochany syn. Rozmowa w niedzielę przebiegała tak:
-zobacz co zrobiłam, gdy ty spałeś
- no i co?
- będzie można to wydrukować?
- nie wiem
- dlaczego nie wiesz?
- nie wiem czy jest tusz w drukarce, a jeżeli nawet jest to tylko czarny, a to jest kolorowe
- gdy przyjdzie renta to się kupi, a na razie sprawdź czy tusz w ogóle jest (na próbę można wydrukować czarne-pomyślałam)
(po kwadransie)
- sprawdziłeś?
- nie
- czemu nie?
- co ci się nagle tak zachciało?
- bo chciałabym wiedzieć czy mam planować w wydatkach zakup tuszu czy nie
(po 4 dalszych zapytaniach)
- to nie taka łatwa sprawa, ty myślisz, że wystarczy otworzyć drukarkę i już wiadomo że tusz jest(faktycznie myślałam, że tak właśnie trzeba zrobić). A to trzeba podłączyć drukarkę pod komputer i dopiero zobaczyć czy drukuje, a ja nie wiem gdzie schowałem kable(żeby nie było kolejnej scysji, nie pytam dlaczego drukarka została odłączona).
(po godzinie, może trochę później)
- więcej nie poproszę, tylko jak przyjdą pieniądze, to pójdę i kupię sobie własną drukarkę( nie pomyślałam, że i skaner byłby potrzebny)
- po co, przecież wystarczy kabel za 5 zł
- tylko kto mi go kupi?, ciebie się przecież nie doproszę
(syn wali focha)
Następnego dnia, pytam syna sąsiadki, kiedy będzie jeździł po mieście- szuka pracy, bo właśnie dostał certyfikat na obsługę wózków widłowych. Gdy dowiaduję się, że następnego dnia, to daję pieniądze na kabel do drukarki. Chłopak wieczorem przychodzi sprawdzić jaka ma być końcówka, żeby pasowało wejście do drukarki i komputera (mój syn ponownie wali focha).
Wtorek- trzecia rano, budzę się ze snu, u syna pali się światło. Spotykamy się przed drzwiami łazienki
-czemu nie śpisz? Ta twoja(mam na myśli dziewczynę) się wyśpi, to potem w dzień może chodzić do pracy i zarabiać. A ty w nocy siedzisz, a w dzień śpisz.
- przecież maluję, kiedy mam to robić?
- w dzień, gdy nie muszę płacić za światło
- wtedy zawsze mnie po coś wołasz
Fakt, czasami, gdy trudno mi wstać, to go wołam. Przez ścianę nie widzę, czy właśnie maluje, leży, czy gra na komputerze, więc gdy potrzebuję to wołam. Dopiero gdy przychodzi i stając w drzwiach mówi nooooooooooo, orientuję się, że wołałam nie w porę.
Swoją drogą zastanawiam się czy kiedyś uda mi się porozumieć z własnym dzieckiem. Jak na razie, to większość naszych rozmów, bez względu na to czego dotyczą, kończy się obopólną irytacją. Najczęściej i najbardziej wściekam się wtedy, gdy okazuje się, że coś czego potrzebuję użyć jest albo zepsute, albo nie wiadomo gdzie schowane lub już dawno wyrzucone(bo przecież się popsuło). Tylko dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? Czy ja jestem duchem świętym, żebym wiedziała, że czegoś nie ma, choć ja myślę, że jest. W mojej świadomości jest zakodowane, że na coś kiedyś dawałam pieniądze, bo zdaniem syna było to w danym momencie niezbędne(jemu) , ale jak przychodzi moment, że ja tego potrzebuję, to okazuje się, że nie mogę z tego skorzystać. Mój syn jest chyba jedynym w tym kraju człowiekiem, który ma na zawołanie, to czego w danym momencie potrzebuje, tyle tylko, że potem nigdy nie wie czy to coś działa, gdzie to jest. Niedługo dojdziemy do najgłupszej na świecie sytuacji, że będę musiała kupować wszystko w dwóch egzemplarzach(jeden dla niego, drugi dla siebie), by mieć pewność, że jeżeli będę chciała z czegoś skorzystać, to mam to schowane we własnej szafie(mebel ten długości 3 metrów, pełni u mnie rolę wszechstronnego regału).
Na miłość jestem za stara, na robienie tego co sprawia mi przyjemność zbyt wymagająca(po co mi drukarka i to sprawna na dokładkę?). Czy mam się ograniczyć tylko do zmywania naczyń, robienia psom jedzenia i czekania na listonosza, gdy przynosi rentę? (mniej)