26 lutego 2010 08:58 OTO CAŁA JA
Chciałabym wyglądać tak(ilustrację zaczerpnięto z Grafiki-Goole)
Komentarz „Zrodzonej z” do mojego tekstu o snach, uświadomił mi, że choć napisałam wiele o sobie , to jednak nie przedstawiłam się w całej „krasie”. Interpretacja „Zizi” bardzo mi się podoba, choć nie wszystko odczytywałabym tak samo. Pisze ona „obawiasz się swojej niepełnosprawności”. Nie do końca rozumiem co miała na myśli pisząc słowo „obawiasz się”. Ja... (więcej)
Chciałabym wyglądać tak(ilustrację zaczerpnięto z Grafiki-Goole)
Komentarz „Zrodzonej z” do mojego tekstu o snach, uświadomił mi, że choć napisałam wiele o sobie , to jednak nie przedstawiłam się w całej „krasie”. Interpretacja „Zizi” bardzo mi się podoba, choć nie wszystko odczytywałabym tak samo. Pisze ona „obawiasz się swojej niepełnosprawności”. Nie do końca rozumiem co miała na myśli pisząc słowo „obawiasz się”. Ja po okresie dziecięcego buntu „dlaczego to właśnie ja muszę być kaleką?”, pogodziłam się z faktami i zaczęłam szanować oraz doceniać swoje „krzywulce” czyli niedoskonałe, ale jednak wspaniałe nogi, bo chciały mnie nosić(gdyby nie one nigdy bym nie poznała co znaczy chodzić)- dlatego je pokochałam i wielbię do dziś. Żadna inna część mojej osoby nie jest przeze mnie tak faworyzowana. Co prawda nigdy ich nie depilowałam(wtedy gdy może powinnam była to robić jakoś nie było to uznawane nie tylko przeze mnie ale i przez moje koleżanki), pedicure pierwszy raz robiłam w wieku 50 lat(wykorzystując umiejętności zawodowe siostrzenicy). Zdejmowałam sobie tylko paznokcie, gdy „zgniecione” wisiały na palcach z jednej strony(efekt noszenia przyciasnych butów ortopedycznych). Zawsze uda miałam za grube i niekształtne, w kolanach przykurcze na maksa, ale za to łydki akuratnie. Płaskostopie leczyły wkładki ortopedyczne, nawet wtedy, gdy buty ortopedyczne przestały mi przysługiwać. Nie pamiętam jak wyglądały buty ortopedyczne z mojego dzieciństwa, ale jako nastolatka miałam buty z wysoką cholewką aż do kolan- brązowe pełne lub z dziurkami. Szczytem obuwniczego szyku były czerwone trzewiki na skórzanych spodach z kilkucentymetrowym słupkowym obcasem. Wtedy naprawdę czułam się jak kobieta. W późniejszych czasach kupiłam sobie białe pantofelki z podobnym obcasem, ale je nosiłam krótko, bo przód buta był przyszyty do zelówki rzemykiem na „okrętkę”. W chwili gdy rzemyk się przetarł, noga wylazła z buta. Na chrzciny syna „wojskowy” szewc obstalował mi beżowe półbuciki zapinane na paseczek i na gumowej koturnie. Zazwyczaj kupuję buty płócienne, bo one się „naciągają” do sztywnej stopy, ale bardzo lubię ładne buty. Dlatego doskonale rozumiem kobiety, które do tej części garderoby, przywiązują tak wielkie znaczenie. Nie mniej ważne były dla mnie rajstopy. Pamiętam dzień kiedy uprosiłam matkę, by mi dała jedne ze swoich nylonowych pończoch. Nie lubiłam nosić pasa, ale wtedy podwiązki nie były popularne, więc musiałam czymś podtrzymywać te wymarzone „stylony”. W moim przypadku, gdy upadałam bardzo często, nie było to praktyczne, bo jeden upadek kończył żywot pończoch czy rajstop. Noga jednak tak ładnie w nich wyglądała, że próżność brała górę nad rozsądkiem. Moim wielkim marzeniem były czarne kabaretki, które kiedyś zobaczyłam chyba u mojej siostry. Miałam obsesję na ich tle do tego stopnia, że matka zrobiła mi szydełkiem „oczkowe rajstopy” udające kabaretki(były cytrynowo żółte) i wyglądały komicznie, ale ja je kochałam. Kiedy pończochy zostały całkowicie wyparte przez rajstopy, to uwielbiałam ciemne z połyskiem. Teraz już nie wciągnę rajstop, bo nogi są za sztywne, dlatego ich miejsce zajęły rozciągliwe spodnie. Bardzo podobały mi się leginsy, bo tak zgrabnie opinały nogę, ale moje monstrualne uda, sprawiały, że na mnie nie wyglądały one tak seksi jak na innych przedstawicielkach płci pięknej. Zastanawiacie się dlaczego tyle rozprawiam o swoich nogach? No cóż, od nich bierze się moja niepełnosprawność i jeżeli miałabym się jej obawiać, to musiałoby to być za ich przyczyną. Tak więc nie sądzę bym „obawiała się swojej niepełnosprawności”. Całkiem inaczej ma się sprawa z piersiami, te od początku gdy tylko zaczęły się kształtować, były powodem mojego niezadowolenia. Zbyt szerokie, przygarbione plecy, sprawiały, że małe, nie sterczące piersi były schowane i nie stanowiły „ozdoby” mojej osoby. Wiele razy wyczuwałam skrepowanie innych kobiet, tych o pięknym, dorodnym biuście, gdy wpatrywałam się w nie z zachwytem i „zazdrością”. Wszystkie kobiety z naszej rodziny(poza mną i siostrą) miały tę część ciała piękną, proporcjonalną i po mistrzowsku „wyrzeźbioną”. Ja też tak chciałam. Moja siostra swój wizerunek ratowała noszeniem „powiększających” i „usztywniających” biustonoszy(np. bardotek), ale mnie nawet one nie pomogły. Dlatego zawsze miałam kompleksy na punkcie piersi. Sądzę, że obnażone piersi z mojego snu są bardziej symbolem dobrego serca i bogatego wnętrza niż kobiecości. Nigdy nie czułam się naprawdę kobieco, zawsze było jakieś ale. Tak jak u każdego człowieka, tak i u mnie powyżej biustu i ramion znajduje się głowa, której najważniejszymi elementami są twarz i włosy( o rozumie nie wspomnę, choć chyba go mam).Moją twarz uważano za ładną dzięki dużym piwnym oczom. Kształtny jak mi się wydaje nos i niezbyt duże usta, podnosiłyby wartość mego lica, gdyby nie dwa „”brodawkowate” znamiona, które pojawiły się w różnym czasie mojego rozwoju. Od urodzenia jestem szatynką, o cienkich, mało podatnych na kręcenie włosach(zmora mojej „elegancji”). Mogłabym chodzić z wałkami na głowie dzień i noc, a i tak po ich zdjęciu, włosy ledwo by falowały. Nigdy nie mogłam ułożyć takiej fryzury jaką chciałam, bo moje włosy się nie dawały poskromić. Bardzo długo na życzenie matki nosiłam włosy długie(w warkoczach, kucykach, w koczkach, końskim ogonie, rozpuszczone trzymane przez opaskę i koniecznie z grzywką). Zaledwie kilkanaście razy robiłam trwałą, farbowałam na rudo dwa, a na blond raz. Teraz mam je krótkie, zakrywają uszy, a „urodzeniowy” kolor przetyka siwizna. Z powodu wrodzonych, silnych przykurczy nigdy nie wiadomo było jaki tak naprawdę mam wzrost, bo przy mierzeniu nie potrafię się wyprostować na całą długość. W rysopisie mam więc zapisane 165 cm. Dłonie mam szczupłe o długich palach i wiecznie połamanych paznokciach. W chwilach zdenerwowania nie obgryzam ich, ale za to obskubuję. Teraz już wiecie jak wyglądam, a przynajmniej możecie sobie przy odrobinie wyobraźni sporządzić mój portret. Gdyby wierzyć, że tęga kobieta z mojego snu, to „projekcja mojej własnej osoby”, to jest w tym trochę prawdy, gdyż po ciąży nie wróciłam do swoich 60 kg tylko zaczęłam przybierać w partiach poniżej pasa. Obecnie ważę jakieś 85 kg, ale 90 też nie jest wykluczone(dlatego tak ciężko mi chodzić). Powinnam mniej żreć(szczególnie słodyczy) i więcej spacerować, by to zrzucać, ale moje ukochane nóżki się buntują. No i to już chyba wszystko-oto cała ja. Na zakończenie dodam tylko, że gdyby wśród czytających znalazł się wolny, w stosownym wieku osobnik płci męskiej, to może dać znać o swoim istnieniu w komentarzach. Moja znajoma(od niedawna bardzo przeze mnie lubiana) twierdzi bowiem , że „chłopa mi trzeba”, bo z nim świat wydałby mi się ciekawszy. Kto wie , może Ona ma rację?
a wyglądam tak, wystarczy dorysować oczy, usta i nos oraz założyć perukę. (mniej)