26 stycznia 2010 08:18 NIE DOŚWIADCZYSZ, NIE ZROZUMIESZ
Dwa dni temu przeczytałam u „Zrodzonejz” notkę zatytułowaną „Poświęcenie”. Całkowicie zgadzam się z poglądem autorki. Próbowałam dać temu wyraz w komentarzu, ale uleciał gdzieś w przestrzeń z powodu awarii Internetu akurat w momencie przesyłania. Ponieważ wypowiedź była dość długa, to nie chciało mi się pisać jeszcze raz. Jeden z komentarzy, napisany przez „Zante”, w którym pisze z czym wiązało się w jej przypadku urodzenie dzieci,... (więcej)
Dwa dni temu przeczytałam u „Zrodzonejz” notkę zatytułowaną „Poświęcenie”. Całkowicie zgadzam się z poglądem autorki. Próbowałam dać temu wyraz w komentarzu, ale uleciał gdzieś w przestrzeń z powodu awarii Internetu akurat w momencie przesyłania. Ponieważ wypowiedź była dość długa, to nie chciało mi się pisać jeszcze raz. Jeden z komentarzy, napisany przez „Zante”, w którym pisze z czym wiązało się w jej przypadku urodzenie dzieci, kończy tak „nigdy nie przyszło mi do głowy określić tego jako poświęcenie. Robiłam to odruchowo, bo miałam dzieci”. Potem następuje długa polemika obu pań i innych komentujących, o tym jak należy rozumieć słowo „poświęcenie”, mówi się coś o odcinaniu kuponów i tym podobne(zainteresowanych odsyłam do całości http://zrodzonaz.bloog.pl). Nie chcę przytaczać swoich argumentów popierających „Zrodzonąz” jak i nie chcę tychże przedstawiać by wyjaśnić dlaczego nie zgadzam się z komentarzami „Zante”. Opowiem natomiast historyjki z życia wzięte, których byłam bądź uczestniczką bądź bohaterką. Wnioski niech wyciągną czytający.
Opowieść 1
Gdy miałam około 11 lat byłam w sanatorium w Busku-Zdroju. Na naszym oddziale było chyba około 50-ro dzieci w różnym wieku i z różnym stopniem upośledzenia. W jednej z sal leżały „najcięższe przypadki”- dzieci upośledzone umysłowo i ruchowo. Na oddziale na każdej zmianie pracowały dwie pielęgniarki i dwie salowe. Niemożliwością było, by zajęły się każdym pacjentem w równym stopniu. Dlatego też czasami prosiły starsze, w miarę sprawne dzieci, by pomogły w opiece nad niektórymi. Ja kilka razy zajmowałam się dziećmi ze wspomnianej już sali. Dziecko takie, by wiecznie nie leżało, sadzano na krześle. Ponieważ nie było ono w stanie samodzielnie siedzieć, to na wysokości piersi i bioder przywiązywano je prześcieradłami, by mogło pozostać w pozycji pionowej. Przysuwano je do stolika w jadalni, a moim zadaniem było nakarmienie go. Dziecko odwracało lub kręciło głową, gdy łyżkę niosło się do jego buzi. Bywało, że dzieciak nabierał w usta kaszę mannę na mleku lub ziemniaki, a potem wypychał językiem wszystko z taką siłą, że ścierałam jedzenie ze swojej twarzy lub ubrania. Nie można było na takie dziecko krzyknąć, okazać zniecierpliwienia czy dać po łapach, bo od razu reagowało histerią, płaczem i wrzaskiem tak silnym, że było to słychać w całym budynku. Przyznaję się, że miałam wtedy myśli „nie wiem jakbym sobie poradziła, gdybym miała takie dziecko. Nie dałabym rady, zwariowałabym”. Los zaoszczędził mi takich doświadczeń. Dziś ja niepełnosprawna matka mam zdrowe dziecko.
Opowieść 2
W późniejszych latach zamieniłam Busko na Lądek-Zdrój. W Ośrodku Rehabilitacyjnym były tylko dzieci niesprawne ruchowo. Wiek ich był różny, a ponieważ sale mieszkalne znajdowały się na drugim piętrze, to dla bezpieczeństwa w oknach były kraty. Czasami, gdy nudziliśmy się, a spacer nie był w planie, to siadaliśmy przy oknie i wyglądaliśmy na ulicę. Przechodnie zadzierali głowy i patrzyli na nas z politowaniem. My spoglądając zza tych krat czuliśmy się jak więźniowie. Wiedzieliśmy, że nic złego nie zrobiliśmy, i że nie musimy wstydzić się tego, gdzie jesteśmy, a jednak kiedy ludzie nam się przyglądali, to chowaliśmy się w głąb pokoju, jak byśmy mieli coś na sumieniu. W czasie jednego z pobytów poznałam chłopaka, był wysoki, chudy, z lekkim niedowładem nóg, zaburzeniami mowy. Chodził ciągle z widokówką przedstawiającą warszawski tramwaj linii 33, rodzice napisali do niego tę kartkę, by tak mocno nie tęsknił za domem, bo nie chciał być w tym sanatorium. Sprawiał też wrażenie dziecka ociężałego umysłowo, mówiąc mu coś, trzeba było powtarzać daną rzecz kilkakrotnie by zrozumiał, a jak mu się to udało, to uśmiechał się od ucha do ucha. Większość dzieci stroniła od niego(wręcz uciekała), bo nie mieli cierpliwości. Kiedy ja się tam zjawiłam, to nieświadoma jego stanu zdrowia, zaczęłam go zagadywać, mówić „cześć jak się masz”, uspakajałam, gdy stawał się nerwowy i nadpobudliwy, rozśmieszałam gdy był smutny z tęsknoty. Mimowolnie stałam się jego przyjaciółką i opiekunką. Któregoś dnia ten chłopak zamknął się w łazience, której okno nie miało krat i nie chciał stamtąd wyjść. Pielęgniarki bały się, że może otworzyć okno, wychylić się i wypaść, a pod oknem był bruk a nie trawa. Dzieciak wpadł w histerię(nie pamiętam z jakiego powodu) i dlatego uciekł ze świetlicy i zamknął się w tej łazience. Ja stałam pod drzwiami(po jakimś czasie już siedziałam) i przemawiałam do niego, by go uspokoić. Kolega natomiast stał pod oknem , żeby spróbować wyperswadować mu skok z okna, gdyby zamierzał to zrobić. Po dłuższym czasie, gdy chciano już wywarzać drzwi, moja paplanina odniosła skutek, zgrzytnął klucz w zamku i nieszczęśnik wyszedł. Najadłam się wtedy strachu, ochrypłam i byłam spocona jak „mysz pod miotłą”. Nasza znajomość trwała jeszcze jakiś czas już na gruncie warszawskim. Potem nasze drogi się rozeszły. Nie pamiętam imienia tego chłopaka, ale pamięć o nim jest tak silna, że gdy byłam rok temu w Centrum Medycyny Sportowej u lekarza, to miałam przeświadczenie, że mężczyzna siedzący przed budynkiem jest właśnie tamtym chłopakiem.
Opowieść 3
W tym samym Ośrodku Rehabilitacyjnym poznałam także innego mężczyznę. Ten człowiek już wtedy był dorosłym człowiekiem o czym świadczyły wąsy i broda pokryta nieogolonym zarostem. Miał twarz dorosłego , ale reszta ciała była wielkości kilkuletniego dziecka. Kiedy siedział w swoim wózku, to w nim „ginął”. Uwielbiał grać w szachy, choć szczuplutką, nie w pełni sprawną ręką, ledwo przestawiał figury. Ja nie znam się na szachach, z tym większym podziwem obserwowałam go, gdy grał. Poza tym był to człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, błyskotliwy, często sarkastyczny, ale znający swoją wartość. To było nasze jedyne spotkanie. Pomimo, że od tego czasu byłam w tym sanatorium jeszcze kilka razy, już się nie spotkaliśmy. Gdy zapytałam o niego jedną z pielęgniarek, siostrę Kasię która tam pracowała od zawsze i znała wszystkich „stałych” bywalców, to powiedziała, że podobno zmarł. Do dziś nie wiem jak jest naprawdę.
Opowieść 4
Gdy byłam mała(czyli miałam mniej niż 5 lat, bo jeszcze nie chodziłam) miało miejsce takie zdarzenie(jeżeli opowiedziałam je już wcześniej, to będzie to dowód mojej sklerozy), ale jeżeli jeszcze tego nie znacie, to przeczytajcie. Moja matka wracała ze mną najprawdopodobniej od lekarza, bo w tym czasie była to jedyna moja rozrywka poza domem. Nie wiem dlaczego nie wzięła wtedy wózka, zwykłej spacerówki, której siedzenie stanowił pas materiału w kolorowe paski. Kiedy w nim siedziałam miałam wrażenie, że trę dupą o chodnik. Mam nawet takie zdjęcie jak siedzę w nim, nogi mam w gipsie i ze spodni wystają tylko stopy w białych gipsowych „pantofelkach”. Tak więc idziemy ulicą, matka na własnych nogach, a ja u niej na rękach, aż w pewnym momencie matka przystanęła, zarzuciła sobie mnie na ramię jak worek kartofli i ruszyła dalej. Wiem, że zrobiła to, bo ręce omdlały od niesienia, a kark bolał od mojego mocnego uścisku. Ludzie nas mijają, patrzą, jedni kiwają z niedowierzaniem głową, inni pukając się w czoło dają wyraz temu, co myślą o stanie umysłowym mojej Rodzicielki. Mnie to bawiło, bo nie co dzień człowiek ma okazję oglądać świat do góry nogami. Nagle matka zatrzymała się, próbowałam podnieść głowę by coś zobaczyć, ale plecy mamy były za duże. Podszedł do niej milicjant i powiedział „obywatelko, co wyprawiacie z tym dzieckiem. Dokumenty proszę”. Matka, aby móc z torebki wyjąć dowód, postawiła mnie na chodniku, a ja mając za oparcie tylko jej nogę, wczepiłam się w udo pazurami tak, że przez wiele dni miała siniaka, który od fioletu przeszedł z czasem w żółć, by wreszcie zniknąć.
Kiedy już byłam prawie dorosła(coś koło 18-ki) w trakcie jakiejś awantury, gdy nie chciałam zrobić czegoś o co prosiła, krzyknęła ”wychowując ciebie straciłam tyle sił i zdrowia, jakbym wychowała 4-ro zdrowych dzieci, a ty taka niewdzięczna jesteś”. Bardzo zabolały mnie wtedy te słowa. Kiedy jednak urodziłam własne dziecko, a samotne wychowywanie okazało się ponad moje siły(choć ja byłam w komfortowej sytuacji, bo miałam pomoc rodziców, inne matki tego często nie mają), to zrozumiałam, co matka wtedy miała na myśli. Między wychowywaniem dziecka zdrowego, a opiekowaniem się dzieckiem chorym jest taka różnica jak przysłowiowo „między niebem, a ziemią”. Kiedy czytam wypowiedzi typu „wyobrażam sobie co czujesz, co przeszłaś”, to szlag mnie trafia. Dopóki nie doświadczysz, nie zrozumiesz. Zresztą ja też nie byłam święta. Potrafiłam wysyczeć z furią „to po co mnie rodziłaś?”. Żadna matka nie chce by jej dziecko było inne od wszystkich. Rodząc wierzy, że jej maleństwo będzie zdrowe, da radość i poczucie spełnienia. Bywa jednak tak, że dostaje od losu pstryczka w nos i wydaje na świat istotkę bezbronną, słabą i chorą, wobec której zwykłe macierzyństwo nie wystarcza. Te kobiety mają prawo mówić, że się poświęciły dla dobra swoich dzieci, bo oddały swe siły, zdrowie, ambicje zawodowe i życie osobiste dla pomyślności słabszego i bezbronnego człowieka, który nie ponosi winy za to jaki jest. Ich praca nigdy się nie kończy, nawet gdy dzieci są dorosłe, ich ciała nigdy tak naprawdę nie odpoczywają, a cierpienie nie znajduje ukojenia, bo ciągle dręczy je pytanie „co stanie się z moim dzieckiem, kiedy mnie zabraknie”. Wiem coś o tym, bo moja matka, na kilka dni przed śmiercią, idąc do szpitala, z którego już nie wróciła, miała na ustach: „jak ty sobie poradzisz, gdyby ze mną coś się stało?”, a łzy i przestrach w oczach. (mniej)
Opowieść 1
Gdy miałam około 11 lat byłam w sanatorium w Busku-Zdroju. Na naszym oddziale było chyba około 50-ro dzieci w różnym wieku i z różnym stopniem upośledzenia. W jednej z sal leżały „najcięższe przypadki”- dzieci upośledzone umysłowo i ruchowo. Na oddziale na każdej zmianie pracowały dwie pielęgniarki i dwie salowe. Niemożliwością było, by zajęły się każdym pacjentem w równym stopniu. Dlatego też czasami prosiły starsze, w miarę sprawne dzieci, by pomogły w opiece nad niektórymi. Ja kilka razy zajmowałam się dziećmi ze wspomnianej już sali. Dziecko takie, by wiecznie nie leżało, sadzano na krześle. Ponieważ nie było ono w stanie samodzielnie siedzieć, to na wysokości piersi i bioder przywiązywano je prześcieradłami, by mogło pozostać w pozycji pionowej. Przysuwano je do stolika w jadalni, a moim zadaniem było nakarmienie go. Dziecko odwracało lub kręciło głową, gdy łyżkę niosło się do jego buzi. Bywało, że dzieciak nabierał w usta kaszę mannę na mleku lub ziemniaki, a potem wypychał językiem wszystko z taką siłą, że ścierałam jedzenie ze swojej twarzy lub ubrania. Nie można było na takie dziecko krzyknąć, okazać zniecierpliwienia czy dać po łapach, bo od razu reagowało histerią, płaczem i wrzaskiem tak silnym, że było to słychać w całym budynku. Przyznaję się, że miałam wtedy myśli „nie wiem jakbym sobie poradziła, gdybym miała takie dziecko. Nie dałabym rady, zwariowałabym”. Los zaoszczędził mi takich doświadczeń. Dziś ja niepełnosprawna matka mam zdrowe dziecko.
Opowieść 2
W późniejszych latach zamieniłam Busko na Lądek-Zdrój. W Ośrodku Rehabilitacyjnym były tylko dzieci niesprawne ruchowo. Wiek ich był różny, a ponieważ sale mieszkalne znajdowały się na drugim piętrze, to dla bezpieczeństwa w oknach były kraty. Czasami, gdy nudziliśmy się, a spacer nie był w planie, to siadaliśmy przy oknie i wyglądaliśmy na ulicę. Przechodnie zadzierali głowy i patrzyli na nas z politowaniem. My spoglądając zza tych krat czuliśmy się jak więźniowie. Wiedzieliśmy, że nic złego nie zrobiliśmy, i że nie musimy wstydzić się tego, gdzie jesteśmy, a jednak kiedy ludzie nam się przyglądali, to chowaliśmy się w głąb pokoju, jak byśmy mieli coś na sumieniu. W czasie jednego z pobytów poznałam chłopaka, był wysoki, chudy, z lekkim niedowładem nóg, zaburzeniami mowy. Chodził ciągle z widokówką przedstawiającą warszawski tramwaj linii 33, rodzice napisali do niego tę kartkę, by tak mocno nie tęsknił za domem, bo nie chciał być w tym sanatorium. Sprawiał też wrażenie dziecka ociężałego umysłowo, mówiąc mu coś, trzeba było powtarzać daną rzecz kilkakrotnie by zrozumiał, a jak mu się to udało, to uśmiechał się od ucha do ucha. Większość dzieci stroniła od niego(wręcz uciekała), bo nie mieli cierpliwości. Kiedy ja się tam zjawiłam, to nieświadoma jego stanu zdrowia, zaczęłam go zagadywać, mówić „cześć jak się masz”, uspakajałam, gdy stawał się nerwowy i nadpobudliwy, rozśmieszałam gdy był smutny z tęsknoty. Mimowolnie stałam się jego przyjaciółką i opiekunką. Któregoś dnia ten chłopak zamknął się w łazience, której okno nie miało krat i nie chciał stamtąd wyjść. Pielęgniarki bały się, że może otworzyć okno, wychylić się i wypaść, a pod oknem był bruk a nie trawa. Dzieciak wpadł w histerię(nie pamiętam z jakiego powodu) i dlatego uciekł ze świetlicy i zamknął się w tej łazience. Ja stałam pod drzwiami(po jakimś czasie już siedziałam) i przemawiałam do niego, by go uspokoić. Kolega natomiast stał pod oknem , żeby spróbować wyperswadować mu skok z okna, gdyby zamierzał to zrobić. Po dłuższym czasie, gdy chciano już wywarzać drzwi, moja paplanina odniosła skutek, zgrzytnął klucz w zamku i nieszczęśnik wyszedł. Najadłam się wtedy strachu, ochrypłam i byłam spocona jak „mysz pod miotłą”. Nasza znajomość trwała jeszcze jakiś czas już na gruncie warszawskim. Potem nasze drogi się rozeszły. Nie pamiętam imienia tego chłopaka, ale pamięć o nim jest tak silna, że gdy byłam rok temu w Centrum Medycyny Sportowej u lekarza, to miałam przeświadczenie, że mężczyzna siedzący przed budynkiem jest właśnie tamtym chłopakiem.
Opowieść 3
W tym samym Ośrodku Rehabilitacyjnym poznałam także innego mężczyznę. Ten człowiek już wtedy był dorosłym człowiekiem o czym świadczyły wąsy i broda pokryta nieogolonym zarostem. Miał twarz dorosłego , ale reszta ciała była wielkości kilkuletniego dziecka. Kiedy siedział w swoim wózku, to w nim „ginął”. Uwielbiał grać w szachy, choć szczuplutką, nie w pełni sprawną ręką, ledwo przestawiał figury. Ja nie znam się na szachach, z tym większym podziwem obserwowałam go, gdy grał. Poza tym był to człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, błyskotliwy, często sarkastyczny, ale znający swoją wartość. To było nasze jedyne spotkanie. Pomimo, że od tego czasu byłam w tym sanatorium jeszcze kilka razy, już się nie spotkaliśmy. Gdy zapytałam o niego jedną z pielęgniarek, siostrę Kasię która tam pracowała od zawsze i znała wszystkich „stałych” bywalców, to powiedziała, że podobno zmarł. Do dziś nie wiem jak jest naprawdę.
Opowieść 4
Gdy byłam mała(czyli miałam mniej niż 5 lat, bo jeszcze nie chodziłam) miało miejsce takie zdarzenie(jeżeli opowiedziałam je już wcześniej, to będzie to dowód mojej sklerozy), ale jeżeli jeszcze tego nie znacie, to przeczytajcie. Moja matka wracała ze mną najprawdopodobniej od lekarza, bo w tym czasie była to jedyna moja rozrywka poza domem. Nie wiem dlaczego nie wzięła wtedy wózka, zwykłej spacerówki, której siedzenie stanowił pas materiału w kolorowe paski. Kiedy w nim siedziałam miałam wrażenie, że trę dupą o chodnik. Mam nawet takie zdjęcie jak siedzę w nim, nogi mam w gipsie i ze spodni wystają tylko stopy w białych gipsowych „pantofelkach”. Tak więc idziemy ulicą, matka na własnych nogach, a ja u niej na rękach, aż w pewnym momencie matka przystanęła, zarzuciła sobie mnie na ramię jak worek kartofli i ruszyła dalej. Wiem, że zrobiła to, bo ręce omdlały od niesienia, a kark bolał od mojego mocnego uścisku. Ludzie nas mijają, patrzą, jedni kiwają z niedowierzaniem głową, inni pukając się w czoło dają wyraz temu, co myślą o stanie umysłowym mojej Rodzicielki. Mnie to bawiło, bo nie co dzień człowiek ma okazję oglądać świat do góry nogami. Nagle matka zatrzymała się, próbowałam podnieść głowę by coś zobaczyć, ale plecy mamy były za duże. Podszedł do niej milicjant i powiedział „obywatelko, co wyprawiacie z tym dzieckiem. Dokumenty proszę”. Matka, aby móc z torebki wyjąć dowód, postawiła mnie na chodniku, a ja mając za oparcie tylko jej nogę, wczepiłam się w udo pazurami tak, że przez wiele dni miała siniaka, który od fioletu przeszedł z czasem w żółć, by wreszcie zniknąć.
Kiedy już byłam prawie dorosła(coś koło 18-ki) w trakcie jakiejś awantury, gdy nie chciałam zrobić czegoś o co prosiła, krzyknęła ”wychowując ciebie straciłam tyle sił i zdrowia, jakbym wychowała 4-ro zdrowych dzieci, a ty taka niewdzięczna jesteś”. Bardzo zabolały mnie wtedy te słowa. Kiedy jednak urodziłam własne dziecko, a samotne wychowywanie okazało się ponad moje siły(choć ja byłam w komfortowej sytuacji, bo miałam pomoc rodziców, inne matki tego często nie mają), to zrozumiałam, co matka wtedy miała na myśli. Między wychowywaniem dziecka zdrowego, a opiekowaniem się dzieckiem chorym jest taka różnica jak przysłowiowo „między niebem, a ziemią”. Kiedy czytam wypowiedzi typu „wyobrażam sobie co czujesz, co przeszłaś”, to szlag mnie trafia. Dopóki nie doświadczysz, nie zrozumiesz. Zresztą ja też nie byłam święta. Potrafiłam wysyczeć z furią „to po co mnie rodziłaś?”. Żadna matka nie chce by jej dziecko było inne od wszystkich. Rodząc wierzy, że jej maleństwo będzie zdrowe, da radość i poczucie spełnienia. Bywa jednak tak, że dostaje od losu pstryczka w nos i wydaje na świat istotkę bezbronną, słabą i chorą, wobec której zwykłe macierzyństwo nie wystarcza. Te kobiety mają prawo mówić, że się poświęciły dla dobra swoich dzieci, bo oddały swe siły, zdrowie, ambicje zawodowe i życie osobiste dla pomyślności słabszego i bezbronnego człowieka, który nie ponosi winy za to jaki jest. Ich praca nigdy się nie kończy, nawet gdy dzieci są dorosłe, ich ciała nigdy tak naprawdę nie odpoczywają, a cierpienie nie znajduje ukojenia, bo ciągle dręczy je pytanie „co stanie się z moim dzieckiem, kiedy mnie zabraknie”. Wiem coś o tym, bo moja matka, na kilka dni przed śmiercią, idąc do szpitala, z którego już nie wróciła, miała na ustach: „jak ty sobie poradzisz, gdyby ze mną coś się stało?”, a łzy i przestrach w oczach. (mniej)