19 grudnia 2009 22:33 ZAPRASZAM WAS DO STOŁU
O Wigilii mówimy, że to wieczór pojednania, przebaczania i rodzinnych spotkań. Ja od 6 lat spędzam ten wieczór tylko z synem. Przez całe życie zasiadałam do stołu jako „gość”, bo nie uczestniczyłam w przygotowaniach świątecznych. Tym zawsze zajmowała się moja matka, a od chwili gdy siostra z Nią zamieszkała to na B. spoczywał ten obowiązek. Na naszym wigilijnym stole królował barszcz czerwony z uszkami lub pasztecikami, które wypie... (więcej)
O Wigilii mówimy, że to wieczór pojednania, przebaczania i rodzinnych spotkań. Ja od 6 lat spędzam ten wieczór tylko z synem. Przez całe życie zasiadałam do stołu jako „gość”, bo nie uczestniczyłam w przygotowaniach świątecznych. Tym zawsze zajmowała się moja matka, a od chwili gdy siostra z Nią zamieszkała to na B. spoczywał ten obowiązek. Na naszym wigilijnym stole królował barszcz czerwony z uszkami lub pasztecikami, które wypiekała mama. Dziś jeszcze czuję smak tych pasztecików. Za życia ojca jadaliśmy karpia, bo On go uwielbiał. Z chwilą pojawienia się naszych dzieci ryba ta jako dość oścista została zastąpiona przez inne, bo mój syn zawsze dławił się jakąś ością. Moja matka uwielbiała makiełki czyli łazanki z makiem, miodem i orzechami. Ja choć jestem amatorką makowca i mogłabym zjadać nieprzebrane ilości tego ciasta, to jednak makiełek nigdy nie lubiłam. Podobnie było z kompotem z suszu, który w ten wieczór zastępował herbatę. Tak się złożyło w moim życiu, że nie spędzałam Świąt Bożego Narodzenia poza domem. Nie miałam więc okazji zobaczyć jak wyglądają i smakują potrawy wigilijne w innych regionach naszego kraju. Przypuszczam, że w różnych domach są podawane takie potrawy, których nie znajdziemy na Mazowszu. Może czytający moje wigilijne wynurzenia podzielą się swoimi przepisami na ulubioną potrawę? Uwielbiam słodycze, jako dziecko z niecierpliwością czekałam na paczki świąteczne dawane przez Mikołaja u ojca w pracy. W domu z choinki ściągałam „sople” długie o różnych smakach cukierki, orzechy owijane w sreberka po czekoladzie, by lśniły na choince jak bombki i pierniki z dużą ilością lukru, który zlizywało się w pierwszej kolejności. Na świątecznym stole obok makowca, który matka sama wypiekała(za jej życia nie było mowy o ciastach kupowanych) był też sernik krakowski na kruchym sodzie i z bardzo dużą ilością bakalii. W chwili obecnej mogę sobie tylko powspominać te rarytasy, bo mój syn nie przepada ani za makowcem, ani za sernikiem z rodzynkami i skórką pomarańczową ani za piernikiem przekładanym marmoladą. Kiedy mowa o kulinarnej stronie świąt, to ja je lubię z tego powodu, że wtedy jest okazja, bym bez wyrzutów sumienia opychała się mandarynkami, pomarańczami i kilogramami orzechów włoskich i laskowych. W tych dniach dziadek do orzechów jest bardziej „zapracowany” niż Mikołaj. Poza tym choinka nastraja mnie melancholijnie. Jako dziecko robiłam ozdoby choinkowe: łańcuchy z kolorowego papieru, słomek i bibułki, zwierzątka z wydmuszek. Od wielu lat sklepy oferują taką gamę różnego rodzaju ozdób fantastycznie kolorowych i lśniących srebrem oraz złotem, że te dzisiejsze choinki nie przypominają tych, z moich dziecięcych lat. Ilość światełek proponowanych przez sklepy, o różnych kształtach i w całej gamie barw przyprawić może o zawrót głowy. Niewielu już pamięta metalowe żabki, w których osadzało się cieniutkie kolorowe świeczki, by w czasie kolacji zapalić je na choince na krótki czas, żeby było świątecznie i magicznie. Później zastąpiły je światełka w kształcie świeczek ale tylko z białymi lampionikami. Aby były kolorowe, to malowało się je farbami plakatowymi, a gdy można było już kupić barwne, to choinka nabierała nowego jeszcze piękniejszego wyglądu. Uwielbiam kiedy choinka ma dużo światełek. Może dziś wydać się to dziwne, ale nie pamiętam gwiazdkowych prezentów, to znaczy zabawek. Pamiętam tylko prezenty „praktyczne”: elastyczny golf, pierwsze cienkie rajstopy i oczywiście łyżwy. Siostra dostała figurówki z białymi butami, a ja „dwupłozówki” przypinane do kozaków skórzanymi paskami. Kiedy dziś myślę o nowej grze komputerowej dla Dominika czy pralce dla Majki, to usilnie próbuję przypomnieć sobie, jakie zabawki znajdowałam sama pod choinką i natrafiam na pustkę. Rodzice nie rozpieszczali nas zabawkami, z dzieciństwa pamiętam ich niewiele, ale mam wrażenie, że na gwiazdkę musiały jakieś być, a jednak nie umiałabym wymienić żadnej. Mam jednak nadzieję, że obecne pokolenie dzieciaków dostanie od Mikołaja więcej zabawek niż rózg, a prezenty dla dorosłych będą trafione w „dziesiątkę”, by dać radość obdarowanemu i satysfakcję z udanego pomysłu obdarowującemu. Do zobaczenia przy wigilijnym stole i w świetle pięknie przyozdobionej choinki.
(mniej)