Wrześniowo –październikowy pech nie opuszczał mnie. W ostatnim dniu miesiąca padł mój telewizor. Przez dwa tygodnie szukałam właściwego odbiornika, bo musiał on spełniać określone wymogi. Najważniejsze były jego gabaryty, żeby stanął w miejscu dotychczasowego „pudła”. Cena też była nie bez znaczenia, ponieważ po wzięciu w sierpniu pożyczki, kredyt nie wchodził w rachubę. Ostatecznie w ubiegłą niedzielę syn kupił 32 calowego Thomsona, bo spełniał wyżej wymi...
(więcej) Wrześniowo –październikowy pech nie opuszczał mnie. W ostatnim dniu miesiąca padł mój telewizor. Przez dwa tygodnie szukałam właściwego odbiornika, bo musiał on spełniać określone wymogi. Najważniejsze były jego gabaryty, żeby stanął w miejscu dotychczasowego „pudła”. Cena też była nie bez znaczenia, ponieważ po wzięciu w sierpniu pożyczki, kredyt nie wchodził w rachubę. Ostatecznie w ubiegłą niedzielę syn kupił 32 calowego Thomsona, bo spełniał wyżej wymienione warunki. Kolejny odcinek „Domu nad rozlewiskiem” oglądałam już na nowym ekranie. Teraz tylko muszę pozbyć się starego „Sharpa”. Mój nowy nabytek prezentuje się bardzo ładnie i przez dwa dni oglądałam programy z dużą przyjemnością. Dwunastego listopada pojechałam na większe zakupy do Lidla. W obie strony trafili mi się bardzo mili taksówkarze, co wprawiło mnie w doskonały humor. Takiego szczęścia nie miałam 3 dnia tego miesiąca, kiedy to jechałam do przychodni, bo miałam wyznaczoną wizytę u nowej lekarki pierwszego kontaktu. Zamawiając taksówkę powiedziałam żeby kierowca podjechał pod bramę, bo osoba jest niepełnosprawna. Okazało się, że powinnam powiedzieć, że należy podjechać pod klatkę, bo moje nieprecyzyjne życzenie, sprawiło iż kierowca stanął pod bramą naszego społecznie strzeżonego parkingu(pani dyspozytorka udzieliła mi w tym zakresie lekcji, wyjaśniając, że bloki mają klatki a nie bramy). Taksówkarz zamówiony na drogę powrotną stanął przed wejściem bocznym do przychodni, a ja czekałam przy głównym wyjściu, ponownie podpadłam tej samej dyspozytorce, gdy upominałam się o samochód, którego nie było(a tak naprawdę stał poza zasięgiem mojego wzroku, bo z boku budynku). Po tym feralnym dniu byłam przekonana, że żaden kierowca już nie przyjmie ode mnie zlecenia. Na szczęście mój wypad do sklepu kilka dni temu, udowodnił że się myliłam. Na jakiś czas odpuszczę sobie podróżowanie, choć jest kilka spraw, które powinnam załatwić. Na syna nie mam co liczyć, bo on jest chętny tylko wtedy, gdy spawy jego dotyczą. Pogoda sprawia, że jestem ociężała i senna. Robota nie pali mi się w rękach choć powinna. Zrobiłam trochę porządku w regale, poprasowałam odłożone wcześniej rzeczy(niestety nowy stosik już rośnie, a ja tak nie cierpię prasowania). Na początku miesiąca kupiłam pierwszy raz od bardzo dawna „Rozrywkę-jolki” i „Rewię rozrywki”, ale nie potrafię już kilka godzin spędzić nad krzyżówkami, tak jak to kiedyś bywało. Starzeję się szybciej niż myślałam albo szykuję się by zapaść w sen zimowy. Jakiś powód tego mojego zniechęcenia być musi. Są jednak i dobre strony prozaicznego życia. W niedzielę przyszła sąsiadka z prośbą do K.J by na ścianie w pokoju jej syna wykonał malowidło. Dobrze by było żeby mój syn się zdecydował to zrobić, bo przynajmniej oderwałby się od monitora i gry, nad którą ślęczy od tygodni.
(mniej)