Od połowy września prześladuje mnie pech. Najpierw dopadła mnie grypa. Z początku próbowałam brać dostępne bez recepty gripexy, syropy, flegaminę. Później gdy kaszel mnie dusił robiłam inhalacje z Amolu. Skutek był taki, że wylądowałam na sobotnim dyżurze w przychodni. Młoda lekarka przepisała antybiotyk i zaczęło być lepiej. Jednak trzy dni po skończonej kuracji powrócił kaszel i duszności. Wylądowałam u kolejnej lekarki, która oprócz antybio...
(więcej) Od połowy września prześladuje mnie pech. Najpierw dopadła mnie grypa. Z początku próbowałam brać dostępne bez recepty gripexy, syropy, flegaminę. Później gdy kaszel mnie dusił robiłam inhalacje z Amolu. Skutek był taki, że wylądowałam na sobotnim dyżurze w przychodni. Młoda lekarka przepisała antybiotyk i zaczęło być lepiej. Jednak trzy dni po skończonej kuracji powrócił kaszel i duszności. Wylądowałam u kolejnej lekarki, która oprócz antybiotyku przepisała dwa opakowania leku na rozszerzenie oskrzeli i nowy specyfik na nadciśnienie, bo podobno ten, który do tej pory przyjmowałam może nasilać kaszel. Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fakt, że jeden dysk wziewny kosztuje 60 zł, a 14 tabletek na nadciśnienie 40 zł. Kolejna kuracja miała mnie kosztować 200zł. Wykupiłam tylko jedną receptę z antybiotykiem, a zrezygnowałam z dysków i kapsułek na nadciśnienie. Postanowiłam poczekać do 12 października, kiedy to miałam wyznaczoną wizytę u nowej lekarki, do której chciałam się przenieść , bo miałam dość zatargów z dotychczasową lekarką pierwszego kontaktu. Ta nowa została mi polecona przez moją siostrę, która się u niej leczy. Wiele sobie obiecywałam po tej wizycie. Nie poznałam jednak pani doktor, bo była chora i wylądowałam u kolejnego lekarza. W ten sposób w ciągu trzech tygodni poznałam większość lekarzy przyjmujących w naszej przychodni. Badania zlecone mi w maju przez lekarza zrobiłam na początku października(dobrze, że siostra przedłużyła mi skierowanie), ale niestety nie są one najlepsze. Z powodu grypy nie stawiłam się na USG jamy brzusznej, ale ponieważ dostałam dodatkowo skierowanie na prześwietlenie klatki piersiowej, to teraz muszę zbierać siły, by oba badania wykonać w najbliższym czasie, najlepiej przed 3 listopada, kiedy to wypada termin wizyty u nowej lekarki. Moje samopoczucie jest niby lepsze, bo antybiotyki zrobiły swoje, ale czuję się słaba jak mucha. W tym samym czasie mój syn także chorował( nie wiadomo, czy ja zaraziłam jego czy odwrotnie), ale ponieważ nie ma ubezpieczenia, to wylądował u lekarza w przychodni prywatnej. Wizyta wraz z lekami kosztowała go 150 zł, a ja już zgubiłam rachubę ile przyszło mi zapłacić za wykupione recepty od trzech internistów.
Perturbacje ze zdrowiem i lekarzami, to nie jedyne moje kłopoty. Tuż po imieninach mojego syna i siostrzenicy, kiedy to było hucznie i smacznie, moja siostra oświadczyła, że chce mieszkanie po rodzicach przepisać na siebie i co ja na to. Oznajmiłam jej, że ponieważ mieszkanie jest spadkiem po matce, to roszczę sobie prawa do części z niego. Trudno byłoby mi opisać furię jaka ogarnęła siostrę. Stanęło na tym, że już nie zapraszają mnie na kawę, nie pytają jak się czuję i czy nie potrzeba mi zrobić zakupów. Zgodę jaka po 5 latach między nami zapanowała szlag trafił i znów są gniewy. Na domiar złego poniosłam klęskę w jeszcze jednej sprawie, której pozytywne załatwienie było dla mnie bardzo ważne. Mój syn bowiem wmieszał się w to i mam powody przypuszczać, że przyczynił się, do negatywnego wyniku moich starań. Po tej ostatniej sprawie targa mną wściekłość i żal. Czara goryczy się przepełniła. Jestem tak zniechęcona, że nie potrafię się zmusić do jakiegokolwiek działania. Codziennie staram się coś robić, by zapełnić dzień, ale wszystko idzie opornie i często na opak. Jesienna, szara, deszczowa pogoda nie poprawia mi nastroju. Nawet czytanie ulubionych blogów nie daje odprężenia i ukojenia. W takich chwilach przypomina mi się ulubione powiedzonko: „życie, życie gdzie masz dupę, żeby cię kopnąć”.
(mniej)