16 października 2009 05:35 "SFINKS"
Ironia mojego życia polega na tym, że człowiek którego się najbardziej bałam, stał się największym sprzymierzeńcem. Gdy Go poznałam, był w stopniu pułkownika , miał niewiele ponad 40- lat(tak przynajmniej szacowałam) i przyjmował mnie do pracy. W hierarchii służbowej podlegałam Panu Pułkownikowi poprzez swojego bezpośredniego szefa, którym był wówczas młody porucznik. W „Sfinksie”(tak Go nazywałam na swój własny, prywatny użytek) było coś ... (więcej)
Ironia mojego życia polega na tym, że człowiek którego się najbardziej bałam, stał się największym sprzymierzeńcem. Gdy Go poznałam, był w stopniu pułkownika , miał niewiele ponad 40- lat(tak przynajmniej szacowałam) i przyjmował mnie do pracy. W hierarchii służbowej podlegałam Panu Pułkownikowi poprzez swojego bezpośredniego szefa, którym był wówczas młody porucznik. W „Sfinksie”(tak Go nazywałam na swój własny, prywatny użytek) było coś takiego, co zmuszało do respektu i szacunku. Ja od pierwszej chwili bałam się Go jak „diabeł święconej wody”. Zawsze kiedy musiałam mieć z nim styczność, spinałam się, drętwiałam i zapominałam języka w gębie. Nasze kontakty były sporadyczne i nigdy mi ten człowiek w niczym nie uchybił, ale wiedziałam podświadomie, że jego faworytką nie jestem. Mimo to bardzo Go szanowałam, bo był super inteligentnym człowiekiem, wzorowym oficerem(takim przez ogromne „O”), a przydomek jaki Mu nadałam zawdzięczał temu, że zawsze zachowywał kamienną twarz i trudno było się domyśleć, co tak naprawdę uważa. Kiedy pewnego dnia przyszłam do pracy i dowiedziałam się, że miał zawał, to nie myśląc o tym iż nie wypada, pojechałam odwiedzić Go w szpitalu. Nawet jego kamienna twarz, nie była w stanie ukryć zaskoczenia jakie się na niej odmalowało, gdy mnie zobaczył. Wizyta była bardzo krótka, bo dopiero w chwili, gdy usiadłam na taborecie obok łóżka, zdałam sobie sprawę z niezręczności sytuacji, w jakiej postawiłam nas oboje, a poza tym brakowało tematów do rozmowy. W tym samym miej więcej czasie ubiegałam się o przyznanie mi mieszkania z wojska, które niedługo po tym otrzymałam. Nikt nigdy nie potwierdził moich domysłów, że „Sfinks” walnie się do tego przyczynił, ale ja uważam że tak było. Moje mieszkanie(wtenczas kawalerka, a obecnie dwa pokoje z wnęką kuchenną), to jedyny mój „sukces” i profit z pracy w tej ostatniej mojej bibliotece. Z Pułkownikiem widziałam się jeszcze tylko raz , przypadkowo na ulicy, bo po zawale On przeszedł do rezerwy. Na Jego stanowisko przyszedł inny, równy rangą oficer, z którym współpracowało mi się dobrze, bo był kulturalnym, wesołym i miłym w kontaktach osobistych człowiekiem. Nie czułam się spięta czy zdenerwowana, gdy rozmawiałam ze swoim nowym pryncypałem i mogłam swobodnie wypowiadać swoje poglądy na temat pracy biblioteki, a mimo to bardzo tęskniłam za „Sfinksem”. Tak się składa, że obecnie mieszkamy o kilka przystanków od siebie, wielokrotnie w dniu jego imienin(8 maja) chciałam zadzwonić z życzeniami i dowiedzieć się , co u Niego słychać. Zawsze jednak dziękowałam Bogu, że nikt nie podniósł słuchawki, bo w momencie uzyskania połączenia opuszczała mnie odwaga i nie bardzo wiedziałam, co tak naprawdę chciałabym Mu powiedzieć. Ta tęsknota by się jednak z Nim zobaczyć nawet gdybym miała milczeć jakoś dziwnie mnie uwiera i nie chce opuścić. Człowiek, którego tak panicznie się bałam, gdy była między nami zależność służbowa, teraz kiedy oboje jesteśmy poza wojskiem, jest najcieplej i najczęściej wspominanym przeze mnie przedstawicielem płci męskiej. Może ten strach połączony z podziwem i szacunkiem jakie dla Niego miałam, z latami przekształcił się w coś w rodzaju „niespełnionej miłości”? Jeżeli Pan Pułkownik żyje (a mam nadzieję, że tak), to życzę Mu jeszcze bardzo długiego życia, bym miała za kim tęsknić.
(mniej)