26 września 2009 11:29 "DO DWÓCH RAZY SZTUKA"
Nowa wypożyczalnia, w której przyszło mi pracować była pod względem przestrzeni o wiele większa, dlatego chodzenia było sporo. Oprócz mnie pracowała tam pani A.(kierowniczka) i młoda dziewczyna prosto po maturze, która podjęła tę pracę, bo zamieszkała niedaleko, by opiekować się ciężko chorą babcią. Osóbka była wesoła, sympatyczna i życzliwa. Dużo wyższa ode mnie, nie miała kłopotu z włączaniem książek na najwyższych półkach(a ja tak), dla... (więcej)
Nowa wypożyczalnia, w której przyszło mi pracować była pod względem przestrzeni o wiele większa, dlatego chodzenia było sporo. Oprócz mnie pracowała tam pani A.(kierowniczka) i młoda dziewczyna prosto po maturze, która podjęła tę pracę, bo zamieszkała niedaleko, by opiekować się ciężko chorą babcią. Osóbka była wesoła, sympatyczna i życzliwa. Dużo wyższa ode mnie, nie miała kłopotu z włączaniem książek na najwyższych półkach(a ja tak), dlatego też często mnie w tym wyręczała. Pani A. młoda mężatka i świeżo upieczona mamusia, całymi godzinami potrafiła rozprawiać o tym, jaki to jej synek jest mądry i wspaniały. Rozumiałam ją, była dumna ze swojego dziecka, ale czasami cierpiałam na przesyt tych macierzyńskich opowieści(może dlatego, że wtedy byłam przekonana, że sama nie będę miała dzieci i przemawiała przeze mnie zazdrość?). Kiedy temat dziecka był wyczerpany, to zaczynały się zachwyty nad super przystojnym i bardzo utalentowanym, świetnie zarabiającym mężem. Pokój pracy własnej, gdzie opracowywałyśmy książki zanim trafiły na półkę, dzieliłyśmy z pracownicami wypożyczalni dla dzieci. Były nimi: pani H.(kierowniczka) i młoda dziewczyna w zaawansowanej ciąży pani W. Z panią W. rozmawiałam niewiele, bo była bardzo nieśmiała, a poza tym nie lubiła opowiadać o swoim życiu osobistym. Natomiast pani H. serdeczna przyjaciółka pani A., odwzajemniała się opowieściami o dwóch córeczkach bliźniaczkach, które wtedy mogły liczyć sobie z 3 latka(raz je widziałam przed biblioteką jak siedząc w wózku czekały na mamę). Przez 3 miesiące pracy nie słyszałam od swojej szefowej słowa krytyki na moją pracę, dlatego też sądziłam, że wreszcie znalazłam swoje miejsce. Obie panie zachwycały się perfumami „Gazela”, które wtedy były najmodniejsze, a można je było kupić w jedynej perfumerii na ul. Okopowej. Żeby się przypodobać paniom też kupiłam te perfumy, choć wiedziałam, że nie będę ich używać, bo chodząc bardzo się pociłam, a połączenie potu(nawet tuszowanego dezodorantem) z perfumami stanowiło mieszankę piorunującą. Czego się jednak nie robi dla dobrych stosunków z koleżankami. O tym, co tak naprawdę miały mi panie do zarzucenia dowiedziałam się od tej młodej dziewczyny(była to forma ostrzeżenia bym miała się na baczności). Kobieta ta została potrącona przez samochód i długo leżała w szpitalu, potem chodziła o kuli. Twierdziła, że została zwolniona, ponieważ nie chciano czekać aż dojdzie do pełnej sprawności. Była rozżalona na takie potraktowanie jej i dlatego w chwili szczerości opowiedziała mi, co sądzą o mnie obie panie kierowniczki. Oto główne zarzuty: 1. Maluję paznokcie zbyt intensywnym kolorem(lakier był bordowy); 2.jadam wędzoną rybę na drugie śniadanie i potem wszędzie śmierdzi rybą(uwielbiam wędzoną makrelę i często idąc do pracy przechodziłam obok sklepu rybnego i kupowałam tam mój smakołyk). Śniadania jadałyśmy w pokoju śniadaniowym, więc nie wiem jak zapach ryby mógł przeszkadzać paniom, które w tym czasie siedziały w pokoju pracy własnej lub wypożyczalni; 3. Za wolno włączam książki na półki. Tyle po 30 latach pamiętam z tych zarzutów. Myślę jednak, że nie bez znaczenia był pewien incydent, który nie spodobał się pani A. W tamtych czasach(ale myślę, że jest tak i dziś) pewni autorzy i ich dzieła byli bardzo poczytni, dlatego ich książki( a zazwyczaj był jeden, góra dwa egzemplarze tytułu), były rozchwytywane przez czytelników. Książki te nie trafiały na półkę, tylko do specjalnej szuflady biurka i były na nie zapisy. Pewnego razu zjawiła się w bibliotece starsza pani, która bardzo chciała przeczytać „Młode lwy” I. Shaw’a(a ten był jednym z wybrańców). Powiedziała mi, że czeka na tę książkę długo i nie wie czy kiedyś ją przeczyta. Obiecałam jej, że gdy tylko książka wróci od czytelnika, to ja ją powiadomię żeby przyszła. Moja kierowniczka nie zorientowała się w mojej „samowoli” aż do momentu kiedy czytelniczka oddając mi książkę wręczyła uroczy bukiecik frezji w podziękowaniu. Na ten moment pani A. weszła do wypożyczalni i zaczęła dociekać za co dostałam kwiaty. Przyznałam się do wszystkiego, bo uważałam, że nie zrobiłam nic złego. Okazało się jednak, że książki z szuflady podlegają tylko kierowniczce i to ona decyduje o tym, kto w danym momencie ją dostanie. Jednym słowem podpadłam na całego. Krótko po tym zdarzeniu zostałam wezwana do dyrektorki, która wytknęła mi zbyt wolne porządkowanie książek na półkach z nie sięganiem na najwyższe półki włącznie oraz zasugerowała, że chyba lepiej będzie jeżeli poświęcę się pracy naukowej. Ponieważ nie sprawdziłam się po raz drugi, to musiałam dotrzymać słowa i odejść. Na szczęście rozwiązanie umowy o pracę odbyło się za porozumieniem stron, więc nie musiałam ponownie zdobywać zaświadczenia o zgodę na pracę. Swoją porażkę przeżyłam bardzo mocno, ale jak mówią „nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło”. Wiele lat później gdy syn pani A. był już osiemnastolatkiem spotkałyśmy się na ulicy i wymieniłyśmy kilka grzecznościowych zdań w rodzaju:„ co u pani słychać”. Pomimo, że powiedziałam pani A., że szukam pracy, to jednak z jej strony nie padła propozycja pomocy w tym względzie. Kiedy mój syn chodził już do szkoły, to vis- a- vis wybudowano nową placówkę. Matka poradziła mi, żebym poszła tam zapytać o pracę. Niestety okazało się, ze wszystkie etaty są już obsadzone. Jednego razu szukając hasła do krzyżówki poszłam do czytelni tejże biblioteki i siedzącej tam pani wyjaśniłam, że chcę skorzystać z „Małego słownika chemicznego”, który jak wszystkie wydawnictwa encyklopedyczne znajdował się w księgozbiorze podręcznym. Pani powiedziała: „proszę zaczekać, pójdę po koleżankę”. Nie bardzo wiedziałam do czego była potrzebna ta druga bibliotekarka, ale ostatecznie nie pracowałam w zawodzie już kilka lat, więc może były takie nowe przepisy. W czasie gdy owa młoda dama wołała koleżankę, ja zdążyłam podejść do regału, sprawdzić w słowniku interesujące mnie hasło, włożyć książkę na miejsce i wyjść. Z wypożyczalni tej biblioteki zaczęłam korzystać w momencie, kiedy okazało się, że ciężko mi dojść do dotychczasowej biblioteki(tej samej, w której zaczynałam zawodową karierę). W roku 2006 gdy zamieszkała z nami Vega(nasza suczka) miałam niemiłą przygodę związaną z biblioteką, o której opowiadam. Otóż niefrasobliwie położyłam książkę tak nisko, że padła ona ofiarą mojego szczeniaka. Zwracając książki przyznałam się do swojej „głupoty” i chciałam zapłacić za tę uszkodzoną pozycję. Bibliotekarka obsługująca mnie poszła na zaplecze po panią kierowniczkę, która o dziwo zwróciła się do mnie po imieniu. Przyjrzałam jej się bliżej i miałam wrażenie, że była to pani H.(dawniej kierowniczka wypożyczalni dla dzieci z mojej drugiej placówki, być może ona też mnie rozpoznała mimo upływu lat, wszak dzięki kalectwu, jestem dość charakterystyczna). Od dwóch lat już nie jestem w stanie dojść nawet do tej biblioteki, dlatego też parę razy wysyłałam po książki(zazwyczaj z listą tytułów) mojego syna. Nigdy nie przyniósł mi oczekiwanych książek, bo sam nie umie poruszać się po bibliotece ponieważ tak naprawdę nigdy z niej nie korzystał. Zazwyczaj przynosił mi przypadkowe książki, najprawdopodobniej wzięte z wózka zwrotów, uznając, że jeżeli inni je czytali, to mogę przeczytać i ja. Kiedy pewnego razu przyniósł mi te same książki, które właśnie miał oddać, a na dokładkę jeden tytuł w dwóch egzemplarzach, to już byłam pewna, że moje podejrzenia są właściwe. Wtedy powiedziałam, że jeżeli nie wie, gdzie szukać danej pozycji, to niech poprosi o pomoc bibliotekarkę. Odpowiedział, że już tak robił ale pani nie wychodząc zza kontuaru powiedziała: „proszę iść do regału z literaturą amerykańską, angielska( w zależności od tego kim był autor)” lub wskazywała mu kilkumetrowy ciąg regałów z literaturą kobiecą nie biorąc pod uwagę tego, że może on mieć za małe rozeznanie jak poszukiwać danej książki. Wiem, że dla stałego bywalca biblioteki jest to rzecz nie do pojęcia, jak można nie umieć znaleźć książki na półce. Ja jednak wiem, bo trochę przepracowałam w tym zawodzie, że są ludzie, którzy nie umieją sami wybrać książki, dlatego też ja zawsze podchodziłam z każdym czytelnikiem do właściwych regałów i objaśniałam jak może dany tytuł odszukać. Może dlatego też podobnego zachowania oczekiwałam po młodszych koleżankach. Mój syn teraz już nie chce mi chodzić po książki do biblioteki, mam jednak nadzieję, że jego dziewczyna kiedy dłużej z nami pobędzie go w tym wyręczy. Gdy dla odmiany od innych zajęć chcę poczytać, to pożyczam romansidła od sąsiadki, ale te niedługo się skończą. Po odejściu z bibliotekarstwa publicznego, trafiłam do resortu wojskowego, a o tym jak do tego doszło i co z tego wynikło przy kolejnym spotkaniu. (mniej)