18 września 2009 11:51 CODZIENNOŚĆ
Czas tak szybko ucieka, że aż mnie to przeraża, bo łapię się na tym, że mogę z czymś nie zdążyć. W tygodniu od25 sierpnia do 2 września uczyłam się chodzić, bo odstawiłam kompresy z ziół, a energia mnie rozpierała. Spacery były na bardzo krótkich dystansach, ale po wielomiesięcznym siedzeniu w domu, codzienne wychodzenie na dwór uznałam za wyczyn godny wzmianki. Każdego ranka bywałam u siostry na kawie, dzięki czemu mogłam po 5 latach zobaczyć jak wygląda jej ... (więcej)
Czas tak szybko ucieka, że aż mnie to przeraża, bo łapię się na tym, że mogę z czymś nie zdążyć. W tygodniu od25 sierpnia do 2 września uczyłam się chodzić, bo odstawiłam kompresy z ziół, a energia mnie rozpierała. Spacery były na bardzo krótkich dystansach, ale po wielomiesięcznym siedzeniu w domu, codzienne wychodzenie na dwór uznałam za wyczyn godny wzmianki. Każdego ranka bywałam u siostry na kawie, dzięki czemu mogłam po 5 latach zobaczyć jak wygląda jej życie. Niestety nie wygląda różowo i wcale jej nie zazdroszczę tego, że w ciągu tych lat odmieniła mieszkanie rodziców. Stare wysłużone meblościanki i meble tapicerskie zastąpiła nowymi, przez co mieszkanie wygląda nowocześnie, przytulnie i chce się w nim przebywać. Nasza matka cierpiała na „dywano –manię”, obwieszała dywanami ściany, w każdym pokoju na podłodze leżał dywan zajmujący prawie cały pokój. Po jej śmierci ja ze swojego domu usunęłam wszelkie dywany, ale w domu siostry one pozostały. Co prawda nowe i mniejsze ale jednak są. Siostra twierdzi, że to ze względu na to iż dzieci biegają na bosaka, bo nie nauczone są chodzić w kapciach. A od kogo miały się nauczyć kiedy ich rodzice też tak chodzą. Tryb życia do jakiego zmusiły siostrę okoliczności jest nie do pozazdroszczenia. Od 7 do 16 zajmuje się 2-letnią wnusią, a także odbiera ze szkoły 8-letniego wnuka. Podczas spaceru robi zakupy, a w czasie drzemki małej, gotuje obiad. Usiąść i porozmawiać może dopiero po siedemnastej, gdy córka wraca z pracy lub zięć wstanie, po odespaniu nocy(pracuje jako nocny taksówkarz). Wiem, że to nic nadzwyczajnego, bo w podobny sposób żyje tysiące młodych matek i wiele innych babć, ale przy złym stanie zdrowia(a takim może pochwalić się moja siostra), taki kierat jest wykończający. Ja kiedy idę do niej na poranną kawę, to próbuję zająć się Majką, ale jest to tak żywe dziecko, że nie usiedzi w jednym miejscu nawet minuty. Bardzo szybko nudzi ją oglądanie książeczek, rysowanie czy puszczanie samochodu po stole, a tylko w ten sposób mogę się z nią bawić. Inny rodzaj zabaw ze względu na moje ograniczenia ruchowe jest niemożliwy. Dlatego kiedy wracam do siebie, to cieszę się, że mogę robić to co chcę i kiedy chcę. Zazwyczaj po takiej wizycie kładę się i odpoczywam bo jestem zmęczona(bardziej psychicznie niż fizycznie). Na opiekunkę do dziecka bym się nie nadawała. Czasami myślę, że to dobrze iż nie mam własnych wnucząt, bo zwyczajnie nie dałabym rady się nimi zajmować. Na początku września zaliczyłam wizytę w banku, by wziąć nową pożyczkę, dzięki której załatwiłam kilka spraw. Teraz przez rok będę miała co spłacać. Nigdy nie byłam zwolenniczką życia na kredyt, zawsze wolałam z czegoś zrezygnować niż się na to zapożyczać. Teraz jednak odkładanie z każdej renty określonej kwoty i zbieranie na kupno danej rzeczy wydaje mi się mało racjonalne. Odbyłam też długo odkładaną wizytę w hurtowni pasmanteryjnej(zakupy były bardzo udane), co zmusiło mnie do zrobienia porządków w regale, gdzie przechowuję krawieckie akcesoria. Te porządki jak zresztą wszystkie inne szły mi jak krew z nosa(trwały tydzień, a końca nie widać). W dniach, które teraz opisuję, wielokrotnie myślałam o blogu i nowej notce. Choć myśli kłębiły mi się w głowie i tematów by nie brakowało, to jednak miałam wrażenie, że język nie jest wystarczająco giętki, by wyraził to , co pomyśli głowa. Od 4 dni zmagam się z grypą i moje samopoczucie jest pod „zdechłym Azorkiem”, ale mimo to postanowiłam napisać o swoim zwykłym dniu. W poniedziałek muszę odwiedzić laboratorium analityczne, bo moja siostra prolongowała mi skierowania na badania, które powinnam była wykonać do lipca, a tego nie zrobiłam. Zamierzam także pójść do hurtowni materiałów, byłam tam któregoś dnia i to na piechotę, ale była zamknięta. Moja siostra twierdziła, że przeszłyśmy kilometr, ja jednak tak się zmęczyłam, że miałam wrażenie iż przeszłam dziesięć razy większy dystans. Wczoraj naprawiałam sfatygowane pokrowce na krzesła z pokoju syna. Porozciągane gumy zastąpiłam nowymi tasiemkami(wszak w hurtowni kupiłam ich całe krążki). Syn nie pozwolił założyć ochraniaczy, bo na krześle robi nową „diramę”. Krzesła kupiłam 3 lata temu, a wyglądają jakby miały lat 30-ci, bo upaćkane są farbami i grinstafem. Dzisiaj muszę poprawić osłonę swojego krzesła, bo zrobiona z seledynowej włóczki(miała być też kapa na wersalkę, ale zabrakło mi cierpliwości), porozwlekała się i jest za duża. Jutro zacznę myśleć nad pokrowcami na krzesła siostrzenicy, by Majka nie mazała ich kredkami. Tak więc tydzień upłynie mi pod znakiem pokrowców w różnym wydaniu. Pani w hurtowni podpowiedziała mi, że mogę kupić gotowe pokrowce w sklepie „wszystko za pięć złotych”, ale nie wiem , gdzie w pobliżu taki sklep się znajduje, a siostrzenica czy też siostra w nawale spraw zapominają o ich kupieniu. W niedzielę będę ucztowała, bo siostra i jej córka urządzają wspólnie zaległe imieniny. Wyżerka będzie niezła, bo B. potrafi wspaniale gotować, a na rodzinne imprezy stara się przygotować zawsze coś pysznego. (mniej)