25 sierpnia 2009 12:39 PIERWSZA PRACA
Moja znajomość z Mirkiem zamknęła pewien etap w moim życiu. Studia były dla mnie bardzo ciężkie pod wieloma względami. Ogromny wysiłek fizyczny wpływał negatywnie na mój stan psychiczny. To zaś powodowało, że nie potrafiłam cieszyć się studiami w takim stopniu jak robili to moi rówieśnicy. Ogrom wiadomości jaki musieliśmy przyswajać z poszczególnych przedmiotów, wymagał wielogodzinnych pobytów w czytelni, bo podręczników do kupienia praktycz... (więcej)
Moja znajomość z Mirkiem zamknęła pewien etap w moim życiu. Studia były dla mnie bardzo ciężkie pod wieloma względami. Ogromny wysiłek fizyczny wpływał negatywnie na mój stan psychiczny. To zaś powodowało, że nie potrafiłam cieszyć się studiami w takim stopniu jak robili to moi rówieśnicy. Ogrom wiadomości jaki musieliśmy przyswajać z poszczególnych przedmiotów, wymagał wielogodzinnych pobytów w czytelni, bo podręczników do kupienia praktycznie nie było. Dlatego też, gdy szczęśliwie ukończyłam naukę i obroniłam pracę magisterską, powzięłam postanowienie, że moją pracę będę wykonywała z największym poświęceniem. Najważniejszy zawsze i wszędzie będzie czytelnik, któremu miałam służyć radą i pomocą często wykraczającą poza zakres obowiązków przypisanych do stanowiska. Moim marzeniem było popracowanie, by praktykę w ten sposób nabytą połączyć z posiadaną już teorią i po jakimś czasie zająć się pracą naukową. Tymi planami podzieliłam się z moimi pierwszymi współpracownikami, a ta szczerość bokiem mi wyszła.
Zaraz po otrzymaniu dyplomu zgłosiłam się do Urzędu Pracy w celu otrzymania pozwolenia na zatrudnienie. Pani urzędniczka spisała wszelkie moje dane, karteczkę z nimi włączyła do kartoteki, po czym poinformowała mnie, że wydawaniem zezwoleń na pracę dla osób niepełnosprawnych zajmuje się zupełnie inna instytucja. Udałam się pod wskazany adres. Tam gdy pani dowiedziała się, że od urodzenia mam przyznaną I grupę inwalidzką, której główną zasadą było „żadna praca”, to odmówiła wydania mi stosownego dokumentu. Zanosiło się na to, że pomimo posiadania zawodu, nigdy nie będę mogła pracować. Płakałam, prosiłam, tłumaczyłam, że chcę pracować „by spłacić dług wobec społeczeństwa, że mnie kształciło”. Pani była niewzruszona. Zadzwoniłam do siostry i opowiedziałam o wszystkim. Zjawiła się błyskawicznie i dzięki wrodzonemu sprytowi i umiejętności przekonywania zdobyła zezwolenie. Warunek był jeden- stawię się na komisję i zmienię grupę. Obiecałam, że to zrobię(nastąpiło to 11 lat później, a dlaczego o tym innym razem).
Moja pierwsza praca spełniała wszelkie wymogi i pragnienia. Zaczęłam pracować w Bibliotece Publicznej-wypożyczalnia dla dzieci, która mieściła się przecznicę od mojego domu. Chodziłam do pracy spacerkiem. Z powodu sposobu chodzenia-szybko, kołysząc się na boki, bo łatwiej było utrzymać równowagę, dochodziłam spocona, zmachana i głośno dysząca. Obsadę placówki złożonej z wypożyczalni i czytelni, stanowiły oprócz mnie 3 osoby. Pani kierowniczka(obsługiwała czytelnię), młoda mężatka, matka dwojga małych dzieci(dzisiaj sama jest kierowniczką tej placówki) oraz sprzątaczka. Tylko ta ostatnia nie miała nic przeciwko mojej osobie(przynajmniej tego nie okazywała). Pani kierowniczka nie ukrywała swojej wrogości(choć nie wiem na jakim ona była tle), a druga pani, nie chcąc narażać się szefowej też przyjaźni mi nie okazywała. Odnosiłam czasem wrażenie, że obie panie mając przygotowanie zawodowe(Studium Bibliotekarskie) i kilkuletnią praktykę, a więc o wiele lepsze „fachury” niż ja „szczawik” prosto po studiach, mimo wszystko widziały we mnie zagrożenie dla swoich posad. Ostatnią rzeczą jaka przyszłaby mi do głowy(nie tylko wtedy ale w ogóle, to dybanie na czyjeś stanowisko), ale one o tym nie wiedziały. Atmosfera w pracy daleka była od dobrej, ale kontakt z czytelnikami w dużej mierze mi to rekompensował. O dwóch historyjkach opowiem.
Pierwsza dotyczyła młodego może 11-12 letniego chłopca, świeżo upieczonego fotografika-amatora, zjawił się pewnego dnia w bibliotece i zapytał czy może zrobić mi zdjęcie. Zgodziłam się, bo czemu nie. Chłopczyna obskakiwał mnie ze wszystkich stron i wypstrykał chyba całą kliszę, wtedy pani kierowniczka, siedząca przy biurku w czytelni, rzuciła w moją stronę kartą czytelnika z taką siłą, że ta przeleciała przez pół wypożyczalni, prześlizgnęła się po moim biurku i upadła u moich nóg. Dzieciak spojrzał na mnie zdziwiony nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Ja by „zatuszować”, to dziwne zachowanie swojej pryncypałki powiedziałam coś w tym stylu ”może już dosyć tych zdjęć, bo najwyraźniej przeszkadzamy innym użytkownikom biblioteki”. Na zakończenie dnia powinnam zapytać panią kierowniczkę, co miała oznaczać ta ostentacja, ale nie zrobiłam tego i to był chyba poważny błąd, bo może wtedy dowiedziałabym się dlaczego mnie tak wrogo traktuje.
Drugi epizod miał miejsce późnym wieczorem, tuż przed zamknięciem biblioteki. Przyszła kobieta w średnim wieku i pytała o lekturę dla syna, bo on ją musiał przeczytać na następny dzień(miał być z niej sprawdzian). Niestety w bibliotece wszystkie egzemplarze były wypożyczone(być może w czytelni był egzemplarz, ale księgozbiorem czytelnianym zarządzała kierowniczka, a ona nic na ten temat nie powiedziała). Widziałam rozpacz tej matki, zmęczona bo pewnie wróciła z pracy obładowana zakupami, a tu jeszcze na dokładkę musi latać za książką by syn nie dostał dwói(wtedy nie obowiązywał jeszcze 6-stopniowy system ocen). Żal mi się zrobiło kobiety, bo godzina była zbyt późna, by mogła szukać lektury w innej bibliotece. Poza tym doskonale pamiętałam ze swoich szkolnych lat czym może skończyć się nie przeczytanie lektury(moi rodzice byli zapobiegliwi i lektury na każdy poziom nauki kupowali, by były w domu pod ręką, najprawdopodobniej dlatego bym ja nie musiała latać po wypożyczalniach). Wierna zasadzie, że jako bibliotekarz muszę zrobić wszystko, by czytelnik był zadowolony, a co za tym idzie by chciał przychodzić częściej, powiedziałam „mieszkam pod tym adresem, będę w domu po 20, proszę przyjść dam pani książkę z własnego księgozbioru, bo i tak stoi niepotrzebna.” Kobieta wzięła adres, odetchnęła z wyraźną ulgą jakby kamień spadł jej z serca, uśmiechnęła się i wyszła. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, a innych czytelników już nie było, moja kierowniczka odezwała się do mnie w te słowa: „rozpieszcza pani czytelników”. Zapytałam o co jej chodzi, bo jeżeli o kreskę i kropkę, którymi zaznaczaliśmy frekwencję, to ja to dopiszę, a z moim własnym księgozbiorem mogę robić co mi się podoba i jej nic do tego. Od tego momentu atmosfera stała się jeszcze bardziej nieprzyjemna, a wkrótce po tym zjawiła się osobiście dyrektorka odpowiedzialna za biblioteki w dzielnicy, by mnie poinformować, że zdaniem moich koleżanek nie nadaję się do tej pracy i być może praca naukowa, o której wspominałam byłaby właściwsza. Poczułam się bardzo nieszczęśliwa, zawarłam z Panią O. umowę, że jeżeli przeniesie mnie do innej placówki i po pewnym czasie tam też się nie sprawdzę, to uznam ich zarzuty za słuszne i sama odejdę. Zostałam skierowana do innej placówki(tu dojeżdżałam tramwajem), tym razem do wypożyczalni dla dorosłych. O tym jednak już w następnym wpisie. (mniej)
Zaraz po otrzymaniu dyplomu zgłosiłam się do Urzędu Pracy w celu otrzymania pozwolenia na zatrudnienie. Pani urzędniczka spisała wszelkie moje dane, karteczkę z nimi włączyła do kartoteki, po czym poinformowała mnie, że wydawaniem zezwoleń na pracę dla osób niepełnosprawnych zajmuje się zupełnie inna instytucja. Udałam się pod wskazany adres. Tam gdy pani dowiedziała się, że od urodzenia mam przyznaną I grupę inwalidzką, której główną zasadą było „żadna praca”, to odmówiła wydania mi stosownego dokumentu. Zanosiło się na to, że pomimo posiadania zawodu, nigdy nie będę mogła pracować. Płakałam, prosiłam, tłumaczyłam, że chcę pracować „by spłacić dług wobec społeczeństwa, że mnie kształciło”. Pani była niewzruszona. Zadzwoniłam do siostry i opowiedziałam o wszystkim. Zjawiła się błyskawicznie i dzięki wrodzonemu sprytowi i umiejętności przekonywania zdobyła zezwolenie. Warunek był jeden- stawię się na komisję i zmienię grupę. Obiecałam, że to zrobię(nastąpiło to 11 lat później, a dlaczego o tym innym razem).
Moja pierwsza praca spełniała wszelkie wymogi i pragnienia. Zaczęłam pracować w Bibliotece Publicznej-wypożyczalnia dla dzieci, która mieściła się przecznicę od mojego domu. Chodziłam do pracy spacerkiem. Z powodu sposobu chodzenia-szybko, kołysząc się na boki, bo łatwiej było utrzymać równowagę, dochodziłam spocona, zmachana i głośno dysząca. Obsadę placówki złożonej z wypożyczalni i czytelni, stanowiły oprócz mnie 3 osoby. Pani kierowniczka(obsługiwała czytelnię), młoda mężatka, matka dwojga małych dzieci(dzisiaj sama jest kierowniczką tej placówki) oraz sprzątaczka. Tylko ta ostatnia nie miała nic przeciwko mojej osobie(przynajmniej tego nie okazywała). Pani kierowniczka nie ukrywała swojej wrogości(choć nie wiem na jakim ona była tle), a druga pani, nie chcąc narażać się szefowej też przyjaźni mi nie okazywała. Odnosiłam czasem wrażenie, że obie panie mając przygotowanie zawodowe(Studium Bibliotekarskie) i kilkuletnią praktykę, a więc o wiele lepsze „fachury” niż ja „szczawik” prosto po studiach, mimo wszystko widziały we mnie zagrożenie dla swoich posad. Ostatnią rzeczą jaka przyszłaby mi do głowy(nie tylko wtedy ale w ogóle, to dybanie na czyjeś stanowisko), ale one o tym nie wiedziały. Atmosfera w pracy daleka była od dobrej, ale kontakt z czytelnikami w dużej mierze mi to rekompensował. O dwóch historyjkach opowiem.
Pierwsza dotyczyła młodego może 11-12 letniego chłopca, świeżo upieczonego fotografika-amatora, zjawił się pewnego dnia w bibliotece i zapytał czy może zrobić mi zdjęcie. Zgodziłam się, bo czemu nie. Chłopczyna obskakiwał mnie ze wszystkich stron i wypstrykał chyba całą kliszę, wtedy pani kierowniczka, siedząca przy biurku w czytelni, rzuciła w moją stronę kartą czytelnika z taką siłą, że ta przeleciała przez pół wypożyczalni, prześlizgnęła się po moim biurku i upadła u moich nóg. Dzieciak spojrzał na mnie zdziwiony nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Ja by „zatuszować”, to dziwne zachowanie swojej pryncypałki powiedziałam coś w tym stylu ”może już dosyć tych zdjęć, bo najwyraźniej przeszkadzamy innym użytkownikom biblioteki”. Na zakończenie dnia powinnam zapytać panią kierowniczkę, co miała oznaczać ta ostentacja, ale nie zrobiłam tego i to był chyba poważny błąd, bo może wtedy dowiedziałabym się dlaczego mnie tak wrogo traktuje.
Drugi epizod miał miejsce późnym wieczorem, tuż przed zamknięciem biblioteki. Przyszła kobieta w średnim wieku i pytała o lekturę dla syna, bo on ją musiał przeczytać na następny dzień(miał być z niej sprawdzian). Niestety w bibliotece wszystkie egzemplarze były wypożyczone(być może w czytelni był egzemplarz, ale księgozbiorem czytelnianym zarządzała kierowniczka, a ona nic na ten temat nie powiedziała). Widziałam rozpacz tej matki, zmęczona bo pewnie wróciła z pracy obładowana zakupami, a tu jeszcze na dokładkę musi latać za książką by syn nie dostał dwói(wtedy nie obowiązywał jeszcze 6-stopniowy system ocen). Żal mi się zrobiło kobiety, bo godzina była zbyt późna, by mogła szukać lektury w innej bibliotece. Poza tym doskonale pamiętałam ze swoich szkolnych lat czym może skończyć się nie przeczytanie lektury(moi rodzice byli zapobiegliwi i lektury na każdy poziom nauki kupowali, by były w domu pod ręką, najprawdopodobniej dlatego bym ja nie musiała latać po wypożyczalniach). Wierna zasadzie, że jako bibliotekarz muszę zrobić wszystko, by czytelnik był zadowolony, a co za tym idzie by chciał przychodzić częściej, powiedziałam „mieszkam pod tym adresem, będę w domu po 20, proszę przyjść dam pani książkę z własnego księgozbioru, bo i tak stoi niepotrzebna.” Kobieta wzięła adres, odetchnęła z wyraźną ulgą jakby kamień spadł jej z serca, uśmiechnęła się i wyszła. Gdy tylko zamknęły się za nią drzwi, a innych czytelników już nie było, moja kierowniczka odezwała się do mnie w te słowa: „rozpieszcza pani czytelników”. Zapytałam o co jej chodzi, bo jeżeli o kreskę i kropkę, którymi zaznaczaliśmy frekwencję, to ja to dopiszę, a z moim własnym księgozbiorem mogę robić co mi się podoba i jej nic do tego. Od tego momentu atmosfera stała się jeszcze bardziej nieprzyjemna, a wkrótce po tym zjawiła się osobiście dyrektorka odpowiedzialna za biblioteki w dzielnicy, by mnie poinformować, że zdaniem moich koleżanek nie nadaję się do tej pracy i być może praca naukowa, o której wspominałam byłaby właściwsza. Poczułam się bardzo nieszczęśliwa, zawarłam z Panią O. umowę, że jeżeli przeniesie mnie do innej placówki i po pewnym czasie tam też się nie sprawdzę, to uznam ich zarzuty za słuszne i sama odejdę. Zostałam skierowana do innej placówki(tu dojeżdżałam tramwajem), tym razem do wypożyczalni dla dorosłych. O tym jednak już w następnym wpisie. (mniej)