21 sierpnia 2009 07:29 KANADYJCZYK
W roku 1979 pracowałam już w Centralnej Bibliotece Wojskowej(wtedy miała swoją siedzibę obok willi Kardynała Wyszyńskiego) na al. 1 Armii Wojska Polskiego(pierwotna nazwa al. Szucha, na której w czasie okupacji gestapo w jednym z gmachów miało więzienie i miejsce kaźni Polaków). Mirek zjawił się niespodziewanie po wielu miesiącach, gdy ja uznałam już dawno znajomość za zakończoną. Ponieważ przyszedł tuż przed zamknięciem, to pewnie dlatego spotkał mnie &bdquo... (więcej)
W roku 1979 pracowałam już w Centralnej Bibliotece Wojskowej(wtedy miała swoją siedzibę obok willi Kardynała Wyszyńskiego) na al. 1 Armii Wojska Polskiego(pierwotna nazwa al. Szucha, na której w czasie okupacji gestapo w jednym z gmachów miało więzienie i miejsce kaźni Polaków). Mirek zjawił się niespodziewanie po wielu miesiącach, gdy ja uznałam już dawno znajomość za zakończoną. Ponieważ przyszedł tuż przed zamknięciem, to pewnie dlatego spotkał mnie „zaszczyt”, że zostałam odprowadzona do domu. Kiedy staliśmy przed moją windą, wręczył mi pakunek i powiedział „to ciastka dla ciebie, na osłodę, bo chciałem ci powiedzieć, że się żenię”. Nie wiedziałam czy śmiać się czy płakać i to nie dlatego, że on się żenił, ale dlatego że forma pożegnania wydała mi się taka żałosna. Zaczęłam się zastanawiać, co ja widziałam w tym facecie, że tolerowałam go tyle lat. Po roku 1983 zamieszkałam we własnej kawalerce, przyznanej mi przez ówczesny zakład pracy. Tak się złożyło, że mieszkanie oddzielało od ulicy Szegedyńskiej, przy której mieszkał Mirek, tylko duże podwórko. Wracając któregoś dnia z przychodni zapragnęłam nagle odwiedzić pana M. i jego żonę. Nie ukrywam, że byłam ciekawa jak kobieta ta wygląda. Kupiłam jakiś drobiazg, by nie zjawić się z pustymi rękami i zapukałam do drzwi. Nie znoszę niezapowiedzianych gości, dlatego też nie byłam zdziwiona, że Basia nie była zachwycona moją wizytą. Jedno co mnie usprawiedliwiało, to fakt, że nie mieli telefonu, a o komórkach nikt wtedy jeszcze nie słyszał. Szatynka, niskiego wzrostu, dość korpulentna, okazała się przemiłą osobą. Realistka, trzeźwo myśląca i mocno stojąca na ziemi, pochodziła spoza Warszawy i chyba czuła się dość osamotniona, tym bardziej, że nie mogła pracować, bo opiekowała się kilkumiesięcznym synem. Poczułyśmy do siebie taką sympatię, że bardzo szybko stałyśmy się niemal przyjaciółkami. Do tego stopnia byłyśmy zżyte, że Basia wraz z synkiem mieszkała u mnie parę dni, po tym jak jej mąż okazał się damskim bokserem, a ona nie zamierzała tego tolerować. Nie wiem czy ona zostawiła mu adres pod którym będzie, czy też sam się domyślił gdzie jej szukać. Zjawił się któregoś wieczora i namawiał ją do powrotu, zaufała i wróciła. Nie pamiętam czy mój syn był już na świecie, gdy oni podjęli decyzję o wyjeździe do Kanady. Wiem tylko, że pożyczyłam od Basi mały piecyk tzw. Farelkę i ona przed wyjazdem chciała ją odzyskać. Przeszukałam całą swoją kawalerkę i mieszkanie rodziców i dmuchawy nie znalazłam, dlatego też upierałam się ,że ją oddałam. Ona twierdziła, że nie i w ten sposób coś co miało dawać ciepło, stało się powodem ochłodzenia stosunków. Gniewy były do tego stopnia, że nawet nie pożegnałyśmy się przed ich wyjazdem. Było mi przykro, ale wstyd zrobiło mi się dopiero wtedy, kiedy kilka lat później, gdy rodzice przestawiali pianino w czasie remontu, wyjęli zza instrumentu zakurzoną Farelkę. Nie miałam nowego adresu Mirka, dlatego też nie mogłam napisać do Basi i jej przeprosić, a samą rzecz odesłać jej rodzinie w kraju. W roku 1986 przeniosłam się do dwupokojowego mieszkania, w którym mieszkam do dziś. Mieszkanie to ma kilka zalet. Choć nie ma balkonu ani piwnicy(a w kawalerce miałam balkon, choć o piwnicy nic mi nie było wiadomo), to znajduje się w tym samym bloku, co mieszkanie rodziców. Mogłam więc powierzać im opiekę nad synem, bez konieczności dowożenia go. Nie mam pojęcia w jaki sposób Mirek zdobył mój nowy adres, w każdym bądź razie zjawił się znienacka , pewnego pięknego dnia. Okazało się, że przyjechał wraz z matką na pogrzeb swojego ojca, bo matka choć od lat mieszkała za granicą, to nie była rozwiedziona i liczyła na rentę po mężu. W czasie wizyty poczęstowałam Mirka kawą, a ponieważ zażyczył sobie mleka, to przyniosłam je w kartonie. Wlewając je do szklanki, rozlałam niechcący i od razu spotkałam się z reprymendą: „ co ty wyprawiasz”. Wizyta była bardzo uciążliwa, ale dowiedziałam się, że Basia rozwiodła się z nim niedługo po przyjeździe do Kanady. Powodzi jej się bardzo dobrze, pomimo że on nie płaci na dziecko(bo rzekomo mało zarabia). Ona dzięki temu, że zawsze była przedsiębiorcza, postarała się o opiekę państwa, zgłosiła się na naukę języka(za co podobno płacili jej dodatkowo) i stać ją było na mieszkanie i ekstra sprzęt elektroniczny. Mirek gdy to mówił, to widać było, że jest wściekły, że była żona radzi sobie lepiej niż on. On pracował tam jako fizyczny w jakiejś fabryce i choć narzekał na małe zarobki, to jednak było go stać na dwupokojowe mieszkanie, dużo większe od polskiej kawalerki. Najzabawniejszym momentem tej wizyty, była chwila gdy z reklamówki, w której miał drugie śniadanie, wyjął jednego czekoladowego cukierka i nożem podzielił go na trzy części. Mój syn patrzył na te jego poczynania z rozdziawioną gębą, bo choć nam nigdy się nie przelewało, to jednak nie dzieliłam mu cukierka na cząstki. Na koniec wizyty Mirek wręczył K.J. 10 dolarów kanadyjskich (wartość nieco mniejsza niż amerykańskich, ale na owe czasy, to był spory prezent), a mnie złożył propozycję „nie do odrzucenia”- może by został na noc? Udałam, że nie rozumiem, o co mu chodzi i powiedziałam: ”łóżko syna jest za wąskie bym mogła z nim spać, odstępując ci wersalkę, a dodatkowej, składanej polówki nie posiadam". Nie wiem skąd u mężczyzn bierze się to zadufanie i przeświadczenie, że samotna kobieta na widok rozporka, jest zwarta i gotowa. Żadnemu z facetów, których znałam nie przyszło do głowy, że to nie oni mnie, aleja ich wybierałam, że nie mogliby liczyć na nic z mojej strony gdybym sama tego nie chciała. To było nasze ostatnie spotkanie. On napisał do mnie jeszcze raz, prosząc bym kupiła książkę jakiejś kobiety-wdowy po działaczu solidarnościowym, bo ta nie ma z czego żyć, a pieniądze że sprzedaży bardzo by jej się przydały. Odpisałam, że sama wybieram książki jakie chcę kupić, ale od kiedy żyję z renty, to pieniądze są mi potrzebne na inne ważniejsze rzeczy. To chyba zadecydowało o tym, że mogę uznać tę znajomość za definitywnie zakończoną. Nie żałuję tego, choć bardzo chciałabym nawiązać kontakt z Basią. Nie prosiłam Mirka o jej adres, gdy się widzieliśmy, bo z tego co o niej mówił i jak to robił, wnioskowałam że by mi go nie podał. (mniej)