17 sierpnia 2009 19:20 WIELBICIEL DOKTORA LWA STAROWICZA
Będąc na trzecim roku studiów poznałam Mirka M. Pracował w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej i często przynosił mi z magazynu materiały potrzebne do pracy. Bardzo szybko zorientował się, że mam na niego chrapkę. Miał własną kawalerkę, więc spotykanie się w intymnej atmosferze nie było problemem. Nigdy jednak nie zadeklarowaliśmy się jako para, dlatego często widywałam go z innymi kobietami. Ja traktowałam tę znajomość poważnie, ale dla niego byłam „zapchaj dziurą&rd... (więcej)
Będąc na trzecim roku studiów poznałam Mirka M. Pracował w czytelni Biblioteki Uniwersyteckiej i często przynosił mi z magazynu materiały potrzebne do pracy. Bardzo szybko zorientował się, że mam na niego chrapkę. Miał własną kawalerkę, więc spotykanie się w intymnej atmosferze nie było problemem. Nigdy jednak nie zadeklarowaliśmy się jako para, dlatego często widywałam go z innymi kobietami. Ja traktowałam tę znajomość poważnie, ale dla niego byłam „zapchaj dziurą”- przypominał sobie o mnie, gdy brakowało mu innych panienek. Był to facet o wielkich acz niespełnionych ambicjach. Miał średnie wykształcenie i jak sam o sobie mówił: ”nie chciało się nosić teczki, to dźwiga się książeczki”. Miał aspiracje być muzykiem, dlatego w mieszkaniu stało pianino, a w piwnicy kontrabas. Uwielbiał czytać artykuły dra Lwa Starowicza publikowane w jednym z modnych wówczas czasopism. Kiedy się spotykaliśmy, to zmuszał mnie do ich czytania, a potem przypisywał mi wszystkie te cechy opisywane w danym artykule. Było to bardzo denerwujące, ale nie tak jak jego dziwaczne zachowania. Pewnego razu, gdy moi rodzice, siostra i jej mąż wybrali się na sylwestrową zabawę, bez zapowiedzi zjawił się Mirek. Siedziałam sobie spokojnie przed telewizorem w szlafroku, gdy nagle usłyszałam dzwonek. Byłam przekonana, że to moi bliscy czegoś zapomnieli. Nie patrząc przez wizjer, otworzyłam drzwi i aż mnie zamurowało. Na progu stał M. z małą paczuszką herbaty „Yunan”(jego wkład w sylwestrowy wieczór). Poczułam się jak Kopciuszek, a może jeszcze gorzej. Nie wiedziałam co robić najpierw: czy sprzątać ze stołu suszarkę, wałki i inne kosmetyki pozostawione przez moje strojnisie, czy też pozbywać się szlafroka na rzecz bardziej stosownego stroju. Był to najgorszy sylwester w moim życiu, bo tematów do rozmowy brakowało, a ja przez cały wieczór wysłuchiwałam jego połajanek. Z tego zdarzenia wyciągnęłam ważne wnioski. Na każdego następnego sylwestra robiłam makijaż, ubierałam się w najlepszą kieckę, na wypadek gdyby znów trafił mi się niezapowiedziany gość. Taki nawyk przydał mi się wiele lat później kiedy niespodziewanie przyjechał ojciec mojego syna, przywożąc butelkę wina. Wracając do dziwnych historii z Mirkiem, to pamiętam jak zabrałam go do swoich znajomych- młodego małżeństwa, któremu dopiero co urodziła się córeczka. Odstroiłam się na tę okoliczność „jak diabeł na zielone świątki”. Granatowa sukienka dżinsowa, błękitne rajstopy, niebieskie nowe pantofle. Mój towarzysz pomimo usilnych starań gospodarzy, by czuł się swobodnie, cały wieczór siedział naburmuszony, nie ukrywając znudzenia. Chcąc go pokazać w jak najlepszym świetle, powiedziałam o jego muzycznych zainteresowaniach. Poproszono go by zagrał na gitarze, ale odmówił. To przelało czarę goryczy. Wykorzystując fakt, że dziecko zaczęło płakać, poszłam z gospodynią do dziecinnego pokoju i przesiedziałam tam tak długo, aż nadszedł czas by zakończyć wizytę. Pomimo, że ludzie mieszkali na Tamce, więc powinniśmy wracać autobusem, to jednak pamiętam, że był to tramwaj. Kiedy dojechaliśmy do mojego przystanku, wysiadłam i ze zdziwieniem zobaczyłam, że mój towarzysz został w wagonie. Wracałam o 12 w nocy sama pustymi ulicami i miałam pietra jak diabli. Nowe buty obtarły mi pięty tak, że krew wylewała mi się małym strumieniem, nie mogłam więc iść szybko. W pewnym momencie byłam nawet gotowa gnać na bosaka, byle jak najszybciej znaleźć się w domu. Zostałam zaczepiona tylko raz przez jakiegoś podchmielonego gościa, który na szczęscie nie był natarczywy i udało mi się go pozbyć. W jakiś czas po tym incydencie, kiedy mnie złość na Mirka minęła, a on zapragnął mojego towarzystwa, zabrał mnie ze sobą na imieniny swojej sąsiadki Alicji. W tym dniu ubrałam żółte spodnie i pomarańczową bluzkę(czyli moje najnowsze ubranie) i byłam przekonana, że prezentuję się dobrze. Mirek gdy wychodziliśmy nie zrobił uwagi na temat mojego stroju. Dopiero w połowie drogi na imprezę powiedział „jak tyś się ubrała”. Kiedy zapytałam, co mu się nie podoba, nie umiał sprecyzować zastrzeżeń. To jednak sprawiło, że jechałam w gości w minorowym nastroju. Po dotarciu na miejsce, okazało się że solenizantka umizguje się do Mirka, a jemu te zaloty jak najbardziej są w smak. Czułam się jak piąte koło u wozu, nie pamiętam czy po imprezie wróciłam do domu, czy też nocowałam u niego, ale jednego byłam pewna. Wspólne życie towarzyskie jest nie dla nas. O moich innych przypadkach związanych z tym mężczyzną opowiem w „odcinku” Kanadyjczyk”.
(mniej)
(mniej)