W jednej z notatek wspomniałam, że moje kieszonkowe na studiach wynosiło 100zł.Połowę tej kwoty przeznaczałam na bilety ulgowe, by móc dojeżdżać na zajęcia. Z pozostałej sumy kupowałam papierosy, niekiedy coś do picia lub zjedzenia. Zazwyczaj jednak woziłam ze sobą kanapki i picie w małym, białym rowerowym bidonie. Obiady jadałam rzadko, bo choć nie brakowało wtedy barów mlecznych, to jednak ja miałabym problem z przeniesieniem sobie dania do stolika. Kilka razy m...
(więcej) W jednej z notatek wspomniałam, że moje kieszonkowe na studiach wynosiło 100zł.Połowę tej kwoty przeznaczałam na bilety ulgowe, by móc dojeżdżać na zajęcia. Z pozostałej sumy kupowałam papierosy, niekiedy coś do picia lub zjedzenia. Zazwyczaj jednak woziłam ze sobą kanapki i picie w małym, białym rowerowym bidonie. Obiady jadałam rzadko, bo choć nie brakowało wtedy barów mlecznych, to jednak ja miałabym problem z przeniesieniem sobie dania do stolika. Kilka razy moja koleżanka Wanda zabrała mnie do studenckiej stołówki, gdzie zjadłam zupę, bo talony były potrzebne tylko przy drugim daniu. Najwłaściwiej i najprościej było wykupić obiady w studenckiej stołówce, na którą chodziłabym z Wandą, ale takie rozwiązanie nie było brane pod uwagę. Być może dlatego, że obie miałyśmy inny rozkład ćwiczeń i spotykałyśmy się tylko na wykładach. Tuż przy instytucie znajdował się sklep spożywczy, w którym za 2,50 kupowałam raz w miesiącu tabliczkę mlecznej czekolady z orzechami „Goplany”. Kiedy w jednym miesiącu udało mi się zaoszczędzić na biletach, bo dojeżdżałam jednym zamiast dwoma autobusami, to w następnym miesiącu mogłam pozwolić sobie na rozpustę. Nie wiem dlaczego, ale pomimo że było blisko do Bliklego, to nigdy tam nie kupowałam ciastek. W budynku, tuż za uniwersytetem mieściła się cukiernia Pomianowskiego. Wchodziło się w wielką bramę, za którą było brukowane podwórko. Tam mieścił się sklepik z najlepszymi ciastkami jakie zdarzyło mi się jeść, na nie nigdy nie żałowałam pieniędzy. Nie tylko z reszta ja, bo większość dziewcząt tam kupowała, nawet te które dbały o linię. Nie wiem ile cukierni ma w dniu dzisiejszym Pomianowski, ale Blikle otworzył cukiernię na pl. Wilsona (znak nowych czasów, za tzw. komuny był tylko jeden sklep tej firmy, właśnie na Nowym Świecie), tak powiedziała mi moja siostrzenica , która tam kupuje torty na urodziny i imieniny swoich dzieci Dominika i Mai. Na Nowym Świecie były trzy miejsca, które chętnie odwiedzałam. Pierwszym była kawiarnia (jej nazwy z tamtych dni niestety nie pamiętam), ale było to ulubione miejsce spotkań literatów, aktorów i artystów. Ja raz czy dwa poszłam do tego lokalu na herbatę w nadziei, że spotkam kogoś sławnego(najbardziej pragnęłam zobaczyć Stanisława Mikulskiego- podkochiwałam się w nim długie lata). Niestety pory moich wizyt były zbyt wczesne, bo kawiarnia świeciła pustkami. Gwarno i tłoczno robiło się tam zapewne wtedy, gdy ja umęczona całodziennym pobytem na uniwerku, zmierzałam do autobusu linii 148. Po przeciwnej stronie ulicy Nowy Świat było małe bistro, do którego zaglądałam na kawę w czasie spacerów. Trzecim punktem, w którym zostawiałam pieniądze był Międzynarodowy Klub Książki i Prasy powszechnie zwany EMPIKIEM. Bardziej od wycieczek po Nowym Świecie lubiłam wałęsanie się po Starym Mieście. O tym dlaczego kocham warszawską Starówkę następnym razem.
(mniej)