Drugim powodem, dla którego 24 lipca był dla mnie tak ważny, był mój syn. Od chwili jego urodzenia całe życie podporządkowałam jemu. Starałam się by miał nie tylko przytulny dom, wikt i opierunek, ale spełniałam wszelkie jego zachcianki. Gdy na coś nie było mnie stać, to szłam do matki prosząc o pożyczkę „na wieczne nieoddanie”. Wszyscy z naszego otoczenia widzieli moje starania tylko nie on. Teraz ma mi za złe, że pogodziłam się z siostrą i jej rodziną, b...
(więcej) Drugim powodem, dla którego 24 lipca był dla mnie tak ważny, był mój syn. Od chwili jego urodzenia całe życie podporządkowałam jemu. Starałam się by miał nie tylko przytulny dom, wikt i opierunek, ale spełniałam wszelkie jego zachcianki. Gdy na coś nie było mnie stać, to szłam do matki prosząc o pożyczkę „na wieczne nieoddanie”. Wszyscy z naszego otoczenia widzieli moje starania tylko nie on. Teraz ma mi za złe, że pogodziłam się z siostrą i jej rodziną, bo poczuł się zagrożony, że mniej będzie ode mnie mógł wyciągać pieniędzy. Umowa między nami była prosta i jasna. Pracuje w domu, a ja go utrzymuję pod warunkiem, że on sprząta i robi zakupy(czyli to czego ja robić nie mogę). Wszystkie zarobione(niewielkie) pieniądze przeznaczał na siebie. Zakupy robi chętnie, bo zawsze „koszykowe” mu wpadnie dodatkowo, ale ze sprzątaniem są ogromne problemy. O to właśnie poszło w ten wspomniany dzień lipcowy. Pokłóciliśmy się, a mój syn obrzucił mnie takimi inwektywami, że coś we mnie pękło. Postanowiłam, że jeżeli taki mocny w pysku, to niech będzie mocny i w utrzymywaniu się samemu. Niektórzy nazywają to "odcięciem pępowiny ", ja chcę tylko żeby zobaczył jak trudno zdobywa się pieniądze, które on tak niefrasobliwie wydawał, bo pochodziły z mojej kieszeni. Jego próba utrzymywania się samemu sprowadza się do tego, że jak robi zakupy dla mnie to dla siebie kupuje jeszcze więcej. Tak więc dalej płacę ja. Pieniądze, które dostał na rozkręcenie swojej działalności, wydaje na przyjemności, a potem będzie narzekał, że nie ma tej czy innej rzeczy potrzebnej do pracy. Kółko się zamyka. Nie wiem co mogłabym zrobić, by mój syn wreszcie wydoroślał. Nie potrafi zrozumieć, że picie piwka i przychylność „ławeczkowego” towarzystwa, skończy się z chwilą, gdy on przestanie mieć pieniądze. Jeżeli teraz nie zacznie dbać sam o siebie, kiedy ja jeszcze żyję i w trudnych momentach mogę pomóc, to jak zamierza dać sobie radę, gdy mnie już nie będzie? Kiedyś oglądałam polski film o młodym małżeństwie przechodzącym kryzys. Kiedy wyrzucony z domu mąż przyszedł po walizkę ze swoimi rzeczami , to żona powiedziała: „jesteśmy dwojgiem bliskich, obcych sobie ludzi”. Bardzo spodobało mi się to zdanie. Oddaje ono w pełni relacje panujące teraz między mną i moim synem. Czuję się jak Syzyf, wtaczam pod górę ten swój kamień, a on ciągle spada, odbierając mi resztkę sił fizycznych i psychicznych. Na moim przykładzie widać, że nie wystarczy chcieć być matką, nie wystarczy starać się być dobrą matką. Trzeba jeszcze być mądrą matką. Ja nią nie byłam. Poniosłam klęskę wychowawczą i moralną. Ktoś kto jako dziecko był moją radością i sensem życia, teraz gdy bardziej niż kiedykolwiek byłby mi potrzebny, stał się najbardziej nieprzychylną osobą. To boli tak bardzo boli, że nawet nie mogę skupić się na pisaniu jakichkolwiek tekstów.
(mniej)