31 lipca 2009 12:48 "ŚWIEKRA"
Ten wpis miał powstać przed 26 lipca czyli imieninami Anny. Chciałam go poświęcić mojej niedoszłej teściowej, babce K.J. Tak by się też stało, gdyby nie to, że dwa dni wcześniej miałam bardzo ostry konflikt z synem, który przypłaciłam ciężkim „odchorowaniem” zarówno fizycznym jak i psychicznym. Po raz tysięczny podrapałam boleśnie nogi, leczone od 5 miesięcy na zapalenie tkanki podskórnej. Moja siostra, z którą się pogodziłam po 5 latach wzaj... (więcej)
Ten wpis miał powstać przed 26 lipca czyli imieninami Anny. Chciałam go poświęcić mojej niedoszłej teściowej, babce K.J. Tak by się też stało, gdyby nie to, że dwa dni wcześniej miałam bardzo ostry konflikt z synem, który przypłaciłam ciężkim „odchorowaniem” zarówno fizycznym jak i psychicznym. Po raz tysięczny podrapałam boleśnie nogi, leczone od 5 miesięcy na zapalenie tkanki podskórnej. Moja siostra, z którą się pogodziłam po 5 latach wzajemnej wrogości, twierdzi że ja mam to swędzenie nóg na tle nerwowym. Przypomniałam sobie jakiś film, w którym bohater(mały chłopiec) okaleczał się ze strachu przed swoim ojcem. To moje ciągłe „oranie” paznokciami, świeżo podleczonych nóg ma chyba także podłoże psychiczne. Zalecana jest wizyta w Poradni Zdrowia Psychicznego, albo przynajmniej u dobrego neurologa( na szczęście odnalazłam adres mojego ulubionego lekarza tej specjalności, którego szukałam od kilku miesięcy). Ta notka miała być poświęcona jednak nie mojemu stanowi psychicznemu czy też fizycznemu, ale mojej ŚWIEKRZE.
Najpierw poznałam Ją z opowiadań P. i na ich podstawie postawiłam Ją na piedestał, zamiast skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Do osobistego spotkania doszło we wrześniu 1983 roku. Na progu domu przywitała mnie bardzo wysoka, chuda kobieta o orlim nosie i drapieżnym spojrzeniu. W momencie przywitania pomyślałam „oto jastrząb, który szuka ofiary by ją rozszarpać”. Jak każdy człowiek mający świadomość, że decydują się jego losy, tak i ja miałam obmyślony plan, co powiedzieć i zrobić, by wypaść jak najkorzystniej. Po pierwsze kupiłam nową sukienkę z materiału boucle- w kolorach beżowym i brązowym. Tak naprawdę, to nie wiem dlaczego ją kupiłam, bo choć była fajna(rękawy łączyły się z górą w tzw. „nietoperz”), to dół był wąski i źle mi się chodziło. Czego jednak nie robi się dla dobrego wyglądu. Po drugie umówiłam się ze swoim facetem, że będę uchodziła za osobę niepalącą, a on miał się z paleniem ograniczać by mnie nie ciągnęło do papierosa. On palił jednego za drugim, a na moją uwagę o postanowieniu odrzekł :"jestem u siebie i będę robił co mi się podoba". Wściekłam się i ostentacyjnie opuściłam pokój. W ciemnej kuchni zawadziłam o belkę wystającą z podłogi i runęłam jak długa. Uderzyłam głową w drzwi drugiego pokoju i zobaczyłam przed oczami cały gwiazdozbiór. Kiedy próbowałam opanować zawroty głowy, wszedł "zatroskany i ponoć zakochany" P. i zapytał "co ty wyprawiasz"? A ja chciałam tylko nie szokować wiejskiej nauczycielki, bo palenie wśród kobiet choć było powszechne, to jednak w pewnych kręgach niemile widziane. Podejrzewałam, że moja ewentualna teściowa, należy właśnie do tej grupy osób. Nie myliłam się. Cała wizyta w żadnym momencie nie przebiegała tak, jakbym sobie tego życzyła. Już pierwszego wieczoru miałam ochotę wyjechać, by uratować swój weekend i przepustkę P. Nie zdałam egzaminu na przyszłą synową. Matka P. skwitowała to stwierdzeniem „ja myślałam, że ty jesteś gołębica, a ty to ho ho”. Jako przyszła żona nie wypadłam dobrze, bo nie obrałam jabłuszek na kompot do obiadu( na swoje usprawiedliwienie dodam, że P. odmówił mi podania noża, a ja nie chciałam kręcić się po kuchni w czasie, gdy pani domu z córką szykowały jedzenie). Incydent ten został skomentowany „ nie wyobrażam sobie waszego wspólnego życia jeśli ty nie potrafisz nawet obrać jabłek, tylko P. musi za ciebie to robić.” W ciągu dnia zawsze pod nieobecność P. byłam zasypywana uwagami w stylu „może ty nie tylko na nogi jesteś chora; ty się garbisz; kobiety w twoim wieku (miałam 28 lat) rodzą dzieci z „mongolizmem”; gdy jako żona P. będziesz szła przez wieś, to wszystkie baby będą podbiegały do płotów; ciągle się zastanawiam jak P. poniesie cię do ołtarza”. To tylko niektóre ze zdań wypowiedzianych przez moją niedoszłą świekrę, ale wystarczyło, by zrozumieć, że choć bym miała macicę ze złota i cała była obsypana brylantami, to akceptacji nie uzyskałam. Łudziłam się jeszcze, że P. spełni swoją obietnicę, złożoną jeszcze w Warszawie przed wyjazdem i weźmie mnie w obronę. Płomienna deklaracja jak wszystkie inne składane wcześniej jak i później, nie została spełniona. Mój narzeczony(wszak jechałam poznać jego rodzinę, bo się oświadczył i nalegał na szybki ślub), wizytę u swojej matki skwitował następująco: „przyjazd był przedwczesny i plany małżeńskie też”. Przy pożegnaniu świekra powiedziała: „cieszcie się radością życia”(dla mnie po tym co mnie w czasie tej wizyty spotkało, zabrzmiało to wulgarnie ,bo odczytałam to w sposób jednoznaczny: „sypiaj z nią do woli, ale nie kupuj mleczarni tylko dlatego, że chcesz napić się mleka”). Synek chyba zrozumiał przesłanie, bo po powrocie do Warszawy unikał mnie, gdy to ja chciałam porozmawiać, ale zjawiał się niezapowiedziany wtedy, gdy potrzebował seksu. W takich momentach zapewniał, że kocha. Dopiero przyciśnięty do muru przez moją siostrę, by wyjaśnił swoje dziwaczne zachowanie, poinformował mnie, że : „ty mnie kochałaś naprawdę, a mnie się tylko zdawało, że ja ciebie też”. W tym momencie zdobyłam pewność, że „ z tej mąki nie będzie chleba”, nie wiedziałam jednak że będę go potrzebowała dla dwojga. O tym dowiedziałam się w trzy miesiące później. Z perspektywy czasu, gdy porównywałam zachowanie matki Jurka(tego z Lublina) i matki P. w stosunku do mnie, to zdałam sobie sprawę, że pierwsza chciała mnie za synową mimo mych wad, a druga nie chciała nawet jeżeli miałam zalety(ona ich nie chciała widzieć).
Na zakończenie krótki komentarz do uwag mojej świekry(dopiero dzisiaj jestem w stanie na niego się zdobyć, wcześniej za bardzo bolało):
1. Żebym miała więcej chorób niż tylko paraliż nóg potrzeba było 26 lat, a wg. mnie na przestrzeni takiego czasu, rozchorować się może każdy nawet ukochany synek, który ponoć mocno posiwiał i wygląda źle(słowa Pani Anny z 26.lipca br).
2. Garbienie się nie przeszkodziło mi urodzić syna i go wychować(fakt, że poniosłam na tym polu klęskę, ale to nie tylko moja wina).
3. W chwili urodzenia mój syn otrzymał 10 punktów i nie stwierdzono u niego oznak „mongolizmu”.
4. Przez 25 lat mój syn nie był głodny, a i jego ojcu, gdy jeszcze przyjeżdżał, kiszki marsza nie grały, więc ocenianie moich kulinarnych umiejętności na podstawie jabłuszek, było chyba błędne.
5. Nie wiem czy na widok dwóch żon P. baby ze wsi podbiegały do płotów,( w moim przypadku sensacją byłoby kalectwo), ale może i one mają coś, co wywołuje zainteresowanie sąsiadów.
6. Pani Anna bała się mieć za synową kalekę, która nie była na dokładkę gołębicą i nie gruchała pod dyktando teściowej. Ona sama od 20 lat opiekuje się drugim swoim synem, który po wypadku, jeździ na wózku. Może po takich doświadczeniach lepiej mnie rozumie.
7. P. nie poniósł mnie do ołtarza, ale prawdopodobnie nie stanął przed nim także z żadną ze swoich żon. Pierwsza była rozwódką, więc ślub kościelny nie wchodził w rachubę, a druga wychodziła za rozwodnika.(chyba, że otrzymał dyspensę papieską, ale w to wątpię).
8. Gdy mój syn miał 17 lat, nawiązałam ponowny kontakt z teściową(trwa do dziś) i od czasu do czasu przemycam jej w rozmowie, co myślę o takim potraktowaniu mnie wiele lat temu. Dziwne, ale każdą aluzję rozumie bezbłędnie, czyżby „małe wyrzuty sumienia”?
Przyszłe synowe niechaj wyciągną należyte wnioski z tej historii, bo popełnianie błędów jest dopuszczalne, ale powtarzanie ich jest karygodne. Ja swoje wyciągnęłam, nigdy więcej nie uwierzyłam mężczyźnie, że kocha i w ten sposób uniknęłam spotkania z ewentualną teściową.
(mniej)
Najpierw poznałam Ją z opowiadań P. i na ich podstawie postawiłam Ją na piedestał, zamiast skonfrontować wyobrażenia z rzeczywistością. Do osobistego spotkania doszło we wrześniu 1983 roku. Na progu domu przywitała mnie bardzo wysoka, chuda kobieta o orlim nosie i drapieżnym spojrzeniu. W momencie przywitania pomyślałam „oto jastrząb, który szuka ofiary by ją rozszarpać”. Jak każdy człowiek mający świadomość, że decydują się jego losy, tak i ja miałam obmyślony plan, co powiedzieć i zrobić, by wypaść jak najkorzystniej. Po pierwsze kupiłam nową sukienkę z materiału boucle- w kolorach beżowym i brązowym. Tak naprawdę, to nie wiem dlaczego ją kupiłam, bo choć była fajna(rękawy łączyły się z górą w tzw. „nietoperz”), to dół był wąski i źle mi się chodziło. Czego jednak nie robi się dla dobrego wyglądu. Po drugie umówiłam się ze swoim facetem, że będę uchodziła za osobę niepalącą, a on miał się z paleniem ograniczać by mnie nie ciągnęło do papierosa. On palił jednego za drugim, a na moją uwagę o postanowieniu odrzekł :"jestem u siebie i będę robił co mi się podoba". Wściekłam się i ostentacyjnie opuściłam pokój. W ciemnej kuchni zawadziłam o belkę wystającą z podłogi i runęłam jak długa. Uderzyłam głową w drzwi drugiego pokoju i zobaczyłam przed oczami cały gwiazdozbiór. Kiedy próbowałam opanować zawroty głowy, wszedł "zatroskany i ponoć zakochany" P. i zapytał "co ty wyprawiasz"? A ja chciałam tylko nie szokować wiejskiej nauczycielki, bo palenie wśród kobiet choć było powszechne, to jednak w pewnych kręgach niemile widziane. Podejrzewałam, że moja ewentualna teściowa, należy właśnie do tej grupy osób. Nie myliłam się. Cała wizyta w żadnym momencie nie przebiegała tak, jakbym sobie tego życzyła. Już pierwszego wieczoru miałam ochotę wyjechać, by uratować swój weekend i przepustkę P. Nie zdałam egzaminu na przyszłą synową. Matka P. skwitowała to stwierdzeniem „ja myślałam, że ty jesteś gołębica, a ty to ho ho”. Jako przyszła żona nie wypadłam dobrze, bo nie obrałam jabłuszek na kompot do obiadu( na swoje usprawiedliwienie dodam, że P. odmówił mi podania noża, a ja nie chciałam kręcić się po kuchni w czasie, gdy pani domu z córką szykowały jedzenie). Incydent ten został skomentowany „ nie wyobrażam sobie waszego wspólnego życia jeśli ty nie potrafisz nawet obrać jabłek, tylko P. musi za ciebie to robić.” W ciągu dnia zawsze pod nieobecność P. byłam zasypywana uwagami w stylu „może ty nie tylko na nogi jesteś chora; ty się garbisz; kobiety w twoim wieku (miałam 28 lat) rodzą dzieci z „mongolizmem”; gdy jako żona P. będziesz szła przez wieś, to wszystkie baby będą podbiegały do płotów; ciągle się zastanawiam jak P. poniesie cię do ołtarza”. To tylko niektóre ze zdań wypowiedzianych przez moją niedoszłą świekrę, ale wystarczyło, by zrozumieć, że choć bym miała macicę ze złota i cała była obsypana brylantami, to akceptacji nie uzyskałam. Łudziłam się jeszcze, że P. spełni swoją obietnicę, złożoną jeszcze w Warszawie przed wyjazdem i weźmie mnie w obronę. Płomienna deklaracja jak wszystkie inne składane wcześniej jak i później, nie została spełniona. Mój narzeczony(wszak jechałam poznać jego rodzinę, bo się oświadczył i nalegał na szybki ślub), wizytę u swojej matki skwitował następująco: „przyjazd był przedwczesny i plany małżeńskie też”. Przy pożegnaniu świekra powiedziała: „cieszcie się radością życia”(dla mnie po tym co mnie w czasie tej wizyty spotkało, zabrzmiało to wulgarnie ,bo odczytałam to w sposób jednoznaczny: „sypiaj z nią do woli, ale nie kupuj mleczarni tylko dlatego, że chcesz napić się mleka”). Synek chyba zrozumiał przesłanie, bo po powrocie do Warszawy unikał mnie, gdy to ja chciałam porozmawiać, ale zjawiał się niezapowiedziany wtedy, gdy potrzebował seksu. W takich momentach zapewniał, że kocha. Dopiero przyciśnięty do muru przez moją siostrę, by wyjaśnił swoje dziwaczne zachowanie, poinformował mnie, że : „ty mnie kochałaś naprawdę, a mnie się tylko zdawało, że ja ciebie też”. W tym momencie zdobyłam pewność, że „ z tej mąki nie będzie chleba”, nie wiedziałam jednak że będę go potrzebowała dla dwojga. O tym dowiedziałam się w trzy miesiące później. Z perspektywy czasu, gdy porównywałam zachowanie matki Jurka(tego z Lublina) i matki P. w stosunku do mnie, to zdałam sobie sprawę, że pierwsza chciała mnie za synową mimo mych wad, a druga nie chciała nawet jeżeli miałam zalety(ona ich nie chciała widzieć).
Na zakończenie krótki komentarz do uwag mojej świekry(dopiero dzisiaj jestem w stanie na niego się zdobyć, wcześniej za bardzo bolało):
1. Żebym miała więcej chorób niż tylko paraliż nóg potrzeba było 26 lat, a wg. mnie na przestrzeni takiego czasu, rozchorować się może każdy nawet ukochany synek, który ponoć mocno posiwiał i wygląda źle(słowa Pani Anny z 26.lipca br).
2. Garbienie się nie przeszkodziło mi urodzić syna i go wychować(fakt, że poniosłam na tym polu klęskę, ale to nie tylko moja wina).
3. W chwili urodzenia mój syn otrzymał 10 punktów i nie stwierdzono u niego oznak „mongolizmu”.
4. Przez 25 lat mój syn nie był głodny, a i jego ojcu, gdy jeszcze przyjeżdżał, kiszki marsza nie grały, więc ocenianie moich kulinarnych umiejętności na podstawie jabłuszek, było chyba błędne.
5. Nie wiem czy na widok dwóch żon P. baby ze wsi podbiegały do płotów,( w moim przypadku sensacją byłoby kalectwo), ale może i one mają coś, co wywołuje zainteresowanie sąsiadów.
6. Pani Anna bała się mieć za synową kalekę, która nie była na dokładkę gołębicą i nie gruchała pod dyktando teściowej. Ona sama od 20 lat opiekuje się drugim swoim synem, który po wypadku, jeździ na wózku. Może po takich doświadczeniach lepiej mnie rozumie.
7. P. nie poniósł mnie do ołtarza, ale prawdopodobnie nie stanął przed nim także z żadną ze swoich żon. Pierwsza była rozwódką, więc ślub kościelny nie wchodził w rachubę, a druga wychodziła za rozwodnika.(chyba, że otrzymał dyspensę papieską, ale w to wątpię).
8. Gdy mój syn miał 17 lat, nawiązałam ponowny kontakt z teściową(trwa do dziś) i od czasu do czasu przemycam jej w rozmowie, co myślę o takim potraktowaniu mnie wiele lat temu. Dziwne, ale każdą aluzję rozumie bezbłędnie, czyżby „małe wyrzuty sumienia”?
Przyszłe synowe niechaj wyciągną należyte wnioski z tej historii, bo popełnianie błędów jest dopuszczalne, ale powtarzanie ich jest karygodne. Ja swoje wyciągnęłam, nigdy więcej nie uwierzyłam mężczyźnie, że kocha i w ten sposób uniknęłam spotkania z ewentualną teściową.
(mniej)