Był rok 1974, wakacje po maturze. Wyjechałam z rodzicami na wczasy do jakiegoś wojskowego ośrodka wypoczynkowego. Poznałam tam grupę młodych chłopaków, którzy byli ratownikami. Pogoda musiała być piękna, bo większość czasu przesiadywaliśmy na drewnianym molo. Wtedy też poznałam Mariusza, chłopaka o kilka lat ode mnie starszego, pochodzącego z Torunia. On nie ukrywał, że zawarł ze mną znajomość , bo mu było mnie żal. Mnie on się bardzo podobał i podkochiwała...
(więcej) Był rok 1974, wakacje po maturze. Wyjechałam z rodzicami na wczasy do jakiegoś wojskowego ośrodka wypoczynkowego. Poznałam tam grupę młodych chłopaków, którzy byli ratownikami. Pogoda musiała być piękna, bo większość czasu przesiadywaliśmy na drewnianym molo. Wtedy też poznałam Mariusza, chłopaka o kilka lat ode mnie starszego, pochodzącego z Torunia. On nie ukrywał, że zawarł ze mną znajomość , bo mu było mnie żal. Mnie on się bardzo podobał i podkochiwałam się w nim, choć już na wstępie wyznał, że szykuje się do stanu duchownego. Nasza znajomość przetrwała trochę dłużej niż rok. W następne wakacje specjalnie wybrałam miasto Kopernika na miejsce praktyk studenckich po I roku. Zakwaterowano nas w jakimś obskurnym akademiku. Zaraz po przyjeździe zadzwoniłam do Mariusza i zostałam zaproszona do jego domu na herbatkę. Ponieważ chłopak był wysokim, przystojnym brunetem, takim którym dziewczyny chętnie chwalą się przed koleżankami, to i ja dużo o nim opowiadałam. Sądziłam, że będziemy spędzać ze sobą dużo czasu. W dniu wizyty w domu Mariusza, ubrałam się w najlepszą swoją sukienkę(specjalnie wziętą z domu), kupiłam kwiaty i taksówką zajechałam przed jednorodzinny dom. Przyjęła mnie matka Mariusza, pan domu wpadł się przywitać i chwilę potem wymawiając się czekającymi pacjentami, zniknął z pola widzenia. Niestety nie tylko on. Rodzeństwa Mariusza nie poznałam, a jego w tym dniu nie zobaczyłam. W czasie pobytu tam wyczuwałam napięcie gospodyni, że musi przyjmować obcą sobie dziewczynę, bo jej syn po prostu uciekł. Chcąc wytłumaczyć jego dziwaczne zachowanie Pani B. powiedziała, że przeżywa on kryzys, bo z jednej strony pociąga go stan duchowny, z drugiej nęci życie świeckie. Rozumiałam to, ale mógł przecież przełożyć wizytę, bo ja w Toruniu miałam być cały miesiąc. Po godzinie wzajemnych „tortur”, pożegnałam się z matką Mariusza i wróciłam do akademika. Koleżanki choć wiedziały o spotkaniu, to jednak wyczuły, że coś jest nie tak i nie wypytywały o szczegóły. Zresztą beczałam wtedy całą noc, więc nie trudno było się domyśleć, że wizyta do udanych nie należała. Mariusz zjawił się w akademiku dwa dni później. Akurat siedziałam sama w pokoju, moje koleżanki nie mogły więc zobaczyć, że ten „super facet ” , o którym tyle nawijałam, istnieje a nie jest wytworem mojej chorej wyobraźni. On próbował się nieudolnie tłumaczyć ze swojej nieobecności , ale ja czułam się bardzo poniżona, zlekceważona i była najzwyczajniej w świecie zła. Rozmowa się nie kleiła, on nie zaproponował wycieczki po swoim rodzinnym mieście( ja razem z mamą obwoziłam go po Wrocławiu, bo mamy wspólne zdjęcie pod pomnikiem papieża Jana XXIII). Wtedy widzieliśmy się po raz ostatni. Mariusz nie został duchownym, parę lat później przysłał mi ślubne zdjęcie, które jest jedyną pamiątką po tej znajomości. Czy praktyki były udane i ile z nich wyniosłam, tego nie pamiętam. Wiem, że bardzo podobał mi się cały kompleks budynków należących do Uniwersytetu, bo był bardzo nowoczesny. Prywatne rozczarowanie jakie wywoziłam z Torunia, zaowocowało tym, że w następnych latach nie pchałam się na praktyki wyjazdowe, tylko odbywałam je w bibliotekach warszawskich.
(mniej)