12 lipca 2009 11:16 "FIUT" czyli SKRÓT
Dawno temu krążył taki żart, którego genezy należy chyba szukać w Kabarecie Jana Pietrzaka. Co to jest „FIUT”? FIUT to jest skrót „Film I Uwentualnie Telewizja”. Dzisiaj więc będzie o jego końcu czyli o telewizji. Pierwszy telewizor marki „Neptun” pojawił się w naszym domu po roku 1962, kiedy mieszkaliśmy w drugim naszym mieszkaniu na ul. Grabiszyńskiej. Mieszkanie składało się z dużego pokoju zajmowanego przez rodzicó... (więcej)
Dawno temu krążył taki żart, którego genezy należy chyba szukać w Kabarecie Jana Pietrzaka. Co to jest „FIUT”? FIUT to jest skrót „Film I Uwentualnie Telewizja”. Dzisiaj więc będzie o jego końcu czyli o telewizji. Pierwszy telewizor marki „Neptun” pojawił się w naszym domu po roku 1962, kiedy mieszkaliśmy w drugim naszym mieszkaniu na ul. Grabiszyńskiej. Mieszkanie składało się z dużego pokoju zajmowanego przez rodziców, średniego zamieszkiwanego przez moją siostrę i najmniejszego(długiego lecz wąskiego), który był moim królestwem. Uzupełnieniem kwatery był średniej wielkości kwadratowy przedpokój , z którego można było wejść do pokoi i do łazienki tak małej, że znajdował się tam sedes, umywalka i wanna. Pralkę wirnikową z dokręcaną wyżymaczką rodzice trzymali w pralni w piwnicy, bo w mieszkaniu nie było na nią miejsca. Łazienka jest o tyle ważna w tym opowiadaniu, że można było do niej przejść nie tylko z przedpokoju, ale i z kuchni. Mnie jako dziecku to rozwiązanie się bardzo podobało. Wracając jednak do „Neptuna”, to był on meblem wolno stojącym ustawionym na stoliku po maszynie do szycia. Ów „stolik” bardzo mi się podobał, bo miał metalowe kute nogi, które wyglądały jak rzeźbione . Najpierw oglądaliśmy programy czarno-białe, ale w pewnym momencie przed ekranem naszego odbiornika zawisła „tęczowa” płytka z plastiku, dająca złudzenie kolorowego obrazu. Nam wolno było oglądać dobranockę i niedzielny program dla dzieci. Do oglądania dziennika byłyśmy dopuszczone w klasach 7-8 podstawówki, by znać pewne informacje przydatne na lekcjach „wychowania obywatelskiego”. Programy wieczorne w tym i filmy mogłyśmy oglądać dopiero w liceum. Kiedy był jakiś film, który chciałyśmy obejrzeć, to siadałyśmy pod zamkniętymi drzwiami pokoju rodziców, zadzierałyśmy głowy i gapiłyśmy się w szybę w drzwiach, bo tam odbijał się „obraz” z telewizora. Kiedy zostałyśmy nakryte na takim podglądaniu, to znalazłyśmy nowy sposób oglądania. Przez łazienkę przechodziłyśmy do kuchni, siadałyśmy bokiem przy łazience, by choć kątem oka widzieć ekran. Pierwszymi spikerami byli Edyta Wojtczak i Jan Suzin. Prognozę pogody przepowiadali „Wicherek” i „Chmurka”. Czasami gdy w poniedziałkowym „Teatrze Telewizji” szedł spektakl zrobiony na podstawie lektury szkolnej wolno nam było go obejrzeć. Ja najbardziej lubiłam czwartkowy „Teatr Sensacji – Kobra” i niedzielne „Tele-Echo” rewelacyjnie prowadzone przez Irenę Dziedzic(program chyba najdłużej emitowany w telewizji). Oczywiście z zapartym tchem oglądało się wszystkie festiwale w Opolu, Sopocie, Kołobrzegu czy Zielonej Górze. Wtedy odbierało się te imprezy jako ważne i ciekawe wydarzenia kulturalne, bo nie było telewizji satelitarnej i 100 programów do wyboru do koloru. Cieszy mnie to, że teraz jest kablówka, anteny satelitarne, coraz większe i bardziej płaskie telewizory obsługiwane pilotem, bo wiem że moje wnuki będą mogły żyć w nowoczesnym świecie i lepiej poznawać jego uroki niż nam to było dane. Zastanawiam się jednak czy tak ogromny skok cywilizacyjny byłby możliwy gdyby nie te pierwsze 45 powojennych lat, bo to właśnie wtedy żyli i pracowali ludzie, którzy tę technikę tworzyli i udoskonalali. Może więc komunizm to nie tylko kartki na towary deficytowe, kolejki i puste półki z octem(to trwało tylko parę lat), a życie toczyło się przecież całe półwieku.
(mniej)