10 lipca 2009 13:17 TRYPTYK O NARODZINACH - Cz. 3 Czy powinnam?
Dwadzieścia pięć lat temu nastąpił najszczęśliwszy dzień mojego życia. Urodziłam zdrowego syna, tak przynajmniej myśleliśmy przez pierwsze tygodnie. Wkrótce jednak okazało się, że K.J. cierpi na wadę zwieraczy pęcherza moczowego. Mocz nie był całkowicie wydalany z organizmu, a jego resztki zatruwały organizm. Z chwilą gdy zakażenie doszłoby do rdzenia kręgowego, umarłby. Na szczęście pediatra prowadząca dr G. Czachorowska, w porę dostrzegła zagrożenie i syn wylądował w s... (więcej)
Dwadzieścia pięć lat temu nastąpił najszczęśliwszy dzień mojego życia. Urodziłam zdrowego syna, tak przynajmniej myśleliśmy przez pierwsze tygodnie. Wkrótce jednak okazało się, że K.J. cierpi na wadę zwieraczy pęcherza moczowego. Mocz nie był całkowicie wydalany z organizmu, a jego resztki zatruwały organizm. Z chwilą gdy zakażenie doszłoby do rdzenia kręgowego, umarłby. Na szczęście pediatra prowadząca dr G. Czachorowska, w porę dostrzegła zagrożenie i syn wylądował w szpitalu. Rozpoczęła się kilkuletnia walka o jego zdrowie i życie. Ciągłe badanie moczu, posiewy. Gdyby nie wytrwałość mojego ojca, który na tych swoich bolących nogach( cierpiał na nagniotki i chorobę układu krążenia), wydreptywał ścieżki do nefrologa i laboratoriów analitycznych, to dziś nie mielibyśmy co świętować. Leczenie było bardzo trudne, bo nefrolog zapisywała lek spoza spisu polskich leków i trzeba go było zdobywać pokątnie. A to ktoś przysłał z zagranicy, a to mój znajomy zdobył receptę u lekarza w Krakowie albo znajomi rodziców w Gdyni. Do dzisiaj nie rozumiem dlaczego lekarka wiedząc jak trudno dostępny jest to lek, przepisywała właśnie ten. Kiedy efekty leczenia były niezadowalające, to matka pojechała z całą historią choroby do Łodzi, gdzie urzędowali lekarze Ojców Bonifratrów. Wtedy nie mieli oni siedziby w Warszawie(a przynajmniej my o niej nie wiedzieliśmy). Wielomiesięczne leczenie ziołami sprawiło, że syn przestał mieć bakterie Coli w organizmie. Podczas kontrolnej wizyty u nefrologa, pani doktor stwierdziła, że to nie możliwe, aby go wyleczono w ciągu paru miesięcy, bo ona leczyła go od lat. Postanowiła zrobić badania w szpitalu, wypuszczono go stamtąd z bakteriami. Musieliśmy wrócić do ziół. Ostatni posiew jaki nosił mój ojciec przed swoją śmiercią był dobry. Nagłe odejście mojego ojca przerwało proces leczenia K.J. Ani ja ani matka nie kontynuowaliśmy nawet kontrolnie jego badań w tym kierunku. Chyba uznałyśmy, że sprawdziły się wcześniejsze przypuszczenia lekarzy, że wraz z rozwijaniem się syna, zwieracze mogą się należycie wykształcić i nie będzie następowało zakażanie organizmu moczem. W chwili obecnej syn uchodzi za zdrowego fizycznie, ale tak naprawdę, to nie wiadomo, co w nim siedzi. Od czasu, gdy stał się dorosły nie chodzi do lekarzy i nie wykonuje żadnych kontrolnych badań.
Jak już pisałam, jako nastolatka marzyłam o mężu i dzieciach. Tego pierwszego nie miałam, bo ojciec K.J. zgodnie z powiedzeniem „trzymaj się Genia, charakter mi się zmienia” poszedł w siną dal i tyle go widziałam. Bóg chyba jednak nade mną czuwał, bo obdarował mnie dzieckiem. Wtedy uważałam to, za najlepszą rzecz w życiu. Dziś z perspektywy czasu, kiedy wiem(przynajmniej częściowo) co przeżywał mój syn jako dziecko niepełnosprawnej matki, to już nie mam tej pewności. Czy kierując się egoizmem i chęcią posiadania dziecka, miałam prawo skazywać go na taki los? Dorośli traktowali go ze współczuciem, bo bez ojca i z kaleką matką. Dzieci wyśmiewały się ze mnie i z niego. Przedrzeźniali mój chód, a jemu wymyślali od biedaków. Pomimo, że starałam się by miał wszystko to, co mieli rówieśnicy(w dużej mierze dzięki pomocy finansowej matki), to i tak był traktowany jak ktoś gorszy, bo z niepełnej rodziny. Żyjąc w poczuciu odrzucenia przez ojca, z „piętnem” kalectwa własnej matki, stał się człowiekiem nie wierzącym w swoje siły, zdolności i wartość. Trudno nawiązuje kontakty z ludźmi, wydaje mu się, że są do niego wrogo nastawieni. Tak naprawdę dobrze się czuje tylko ze swoimi zwierzętami. Relacje między nami też są różne, gdy jest optymistycznie nastawiony, to potrafi być troskliwy, czuły i opiekuńczy. Częściej jednak wszystko i wszyscy są postrzegani negatywnie i wtedy konflikt pokoleń przybiera na sile. Nie zgadzamy się ze sobą w żadnej kwestii, a wymiana zdań prowadzi do kłótni. Ja ze swoją matką też bardzo często różniłam się poglądami i wtedy „szło na noże”, ale ponieważ zawsze byłam od niej uzależniona(najpierw w kwestii opieki fizycznej, później pomocy finansowej), to zawsze musiałam ustępować. Stawiała na swoim. Czułam się z tym nieszczęśliwa i nierozumiana. Dziś łapię się na tym, że mniej lub bardziej świadomie powielam w wielu momentach zachowania matki. Mój syn też ma prawo czuć się w związku z tym tak jak ja kiedyś. Nasz problem polega jednak na tym, że on nie ustępuje, bo zdaje sobie sprawę, że bardziej on jest potrzebny mnie niż ja jemu. Chciałabym pożyć na tyle długo, by mój syn został rodzicem, w nadziei że wtedy mnie zrozumie. Ja postępowanie swojej matki zaczęłam rozumieć, gdy jej już nie było i nie mogłam powiedzieć „przepraszam”. Pragnę, aby mój syn miał szansę zrobić to za mojego życia. Tego życzę Mu na 25 urodziny.
Na ślubie siostrzenicy śpiewano „on nie winny, ona winna pocałować go powinna”. Może ja parafrazując tę przyśpiewkę powinnam napisać „on nie winny, ona winna, ona rodzić nie powinna”?
(mniej)
Jak już pisałam, jako nastolatka marzyłam o mężu i dzieciach. Tego pierwszego nie miałam, bo ojciec K.J. zgodnie z powiedzeniem „trzymaj się Genia, charakter mi się zmienia” poszedł w siną dal i tyle go widziałam. Bóg chyba jednak nade mną czuwał, bo obdarował mnie dzieckiem. Wtedy uważałam to, za najlepszą rzecz w życiu. Dziś z perspektywy czasu, kiedy wiem(przynajmniej częściowo) co przeżywał mój syn jako dziecko niepełnosprawnej matki, to już nie mam tej pewności. Czy kierując się egoizmem i chęcią posiadania dziecka, miałam prawo skazywać go na taki los? Dorośli traktowali go ze współczuciem, bo bez ojca i z kaleką matką. Dzieci wyśmiewały się ze mnie i z niego. Przedrzeźniali mój chód, a jemu wymyślali od biedaków. Pomimo, że starałam się by miał wszystko to, co mieli rówieśnicy(w dużej mierze dzięki pomocy finansowej matki), to i tak był traktowany jak ktoś gorszy, bo z niepełnej rodziny. Żyjąc w poczuciu odrzucenia przez ojca, z „piętnem” kalectwa własnej matki, stał się człowiekiem nie wierzącym w swoje siły, zdolności i wartość. Trudno nawiązuje kontakty z ludźmi, wydaje mu się, że są do niego wrogo nastawieni. Tak naprawdę dobrze się czuje tylko ze swoimi zwierzętami. Relacje między nami też są różne, gdy jest optymistycznie nastawiony, to potrafi być troskliwy, czuły i opiekuńczy. Częściej jednak wszystko i wszyscy są postrzegani negatywnie i wtedy konflikt pokoleń przybiera na sile. Nie zgadzamy się ze sobą w żadnej kwestii, a wymiana zdań prowadzi do kłótni. Ja ze swoją matką też bardzo często różniłam się poglądami i wtedy „szło na noże”, ale ponieważ zawsze byłam od niej uzależniona(najpierw w kwestii opieki fizycznej, później pomocy finansowej), to zawsze musiałam ustępować. Stawiała na swoim. Czułam się z tym nieszczęśliwa i nierozumiana. Dziś łapię się na tym, że mniej lub bardziej świadomie powielam w wielu momentach zachowania matki. Mój syn też ma prawo czuć się w związku z tym tak jak ja kiedyś. Nasz problem polega jednak na tym, że on nie ustępuje, bo zdaje sobie sprawę, że bardziej on jest potrzebny mnie niż ja jemu. Chciałabym pożyć na tyle długo, by mój syn został rodzicem, w nadziei że wtedy mnie zrozumie. Ja postępowanie swojej matki zaczęłam rozumieć, gdy jej już nie było i nie mogłam powiedzieć „przepraszam”. Pragnę, aby mój syn miał szansę zrobić to za mojego życia. Tego życzę Mu na 25 urodziny.
Na ślubie siostrzenicy śpiewano „on nie winny, ona winna pocałować go powinna”. Może ja parafrazując tę przyśpiewkę powinnam napisać „on nie winny, ona winna, ona rodzić nie powinna”?
(mniej)