2 lipca 2009 15:09 ŁACIŃSKA MAKATKA"
Gdybym robótkami ręcznymi zainteresowała się przed 1966 rokiem, to wielu rzeczy nauczyłabym się nie tylko lepiej ale i wcześniej. Do tego roku żyła bowiem moja babka po kądzieli- Helena. Była to niezwykła osoba, ja wprost Ją uwielbiałam. W odróżnieniu od mojej matki, babcia miał do mnie anielską cierpliwość i w wielu sprawach mi pobłażała. Co jednak najważniejsze nigdy nie traktowała mnie jak kalekę. Miało jednak być o robótkach ręcznych, a więc ad rem.(więcej)
Gdybym robótkami ręcznymi zainteresowała się przed 1966 rokiem, to wielu rzeczy nauczyłabym się nie tylko lepiej ale i wcześniej. Do tego roku żyła bowiem moja babka po kądzieli- Helena. Była to niezwykła osoba, ja wprost Ją uwielbiałam. W odróżnieniu od mojej matki, babcia miał do mnie anielską cierpliwość i w wielu sprawach mi pobłażała. Co jednak najważniejsze nigdy nie traktowała mnie jak kalekę. Miało jednak być o robótkach ręcznych, a więc ad rem.
O ile mnie pamięć nie myli, to wszystko zaczęło się w czasie jednego z pobytów w sanatorium w Lądku Zdroju. Popołudniami moje koleżanki chodziły na spacery, a wieczorami do „Piekiełka” na dyskoteki. Ja nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy, dlatego też czas spędzałam w ośrodku. Ponieważ do Lądka jeździłam od lat i najbliższą okolicę już znałam, to spacery też mnie nie pociągały. Pewnego dnia, gdy bardzo się nudziłam, postanowiłam zająć się haftowaniem. Nie miałam w tym temacie żadnej wiedzy teoretycznej, nie wiedziałam nic o ściegach i potrzebnych narzędziach(o tamborku, kostce, właściwych nożyczkach itp.). Poszłam do pasmanterii kupiłam karnet igieł i dwa kolory muliny(zielony i różowy) oraz do sklepu z materiałami po kawałek białego płótna. Materiał był cienki (żaden len czy kanwa) dlatego też bez rozpięcia go na tamborku, cały haft się ściągał. O tym przekonałam się dopiero w trakcie pracy. Po powrocie do sanatorium pożyczyłam od pielęgniarek kalkę maszynową i przeniosłam na materiał wzór kwiatków z mojej podomki z kory. Kwiatki były rozmieszczone na brzegach, a środek był pusty. Żeby go zapełnić umieściłam w nim napis „per aspera ad astra”(„przez trudy do gwiazd”). Maksyma ta była dowodem mojej fascynacji łaciną, a zwłaszcza przysłowiami. Po skończeniu wyszywania byłam z siebie bardzo dumna. Kiedy wróciłam do domu i pokazałam swoje „dzieło” mamie, ona nie podzielała mojego zachwytu. Ponieważ wolnego materiału zostało jeszcze raz tyle, to mama usztywniła nim moją pracę, tworząc w ten sposób makatkę, która nigdzie w mieszkaniu nie zawisła, tylko przez lata leżała w szafie wśród serwetek i obrusów. Być może takie potraktowanie mojego pierwszego haftu powinno mnie do tego rodzaju działalności zniechęcić. Tak się jednak nie stało. Krótko po tym zaczęłam haftować biały obrus na rozkładany stół, miał to być prezent na 4 grudnia-imieniny mamy. Tym razem środek też był pusty, bo uznałam, że tam będą stały talerze i półmiski z potrawami. Motyw dekoracyjny znajdował się na części zwisającej ze stołu, a stanowił go bukiecik różnych kwiatków. Obrus ten haftowałam dużo dłużej niż pierwszą pracę, ale tym razem zastosowałam całą gamę kolorów(bo kwiatki były drobne, ale różne w kształcie). Poza tym mama kupiła mi „Małą hafciarkę”(zabawkę jaką kupuje się dzieciom przy ich pierwszych próbach), z której wykorzystałam plastikowy tamborek, dzięki któremu haft pomimo, że był wykonywany na dość cienkim jak na obrus materiale, to jednak nie ściągał się. Moja mama wykorzystała ten obrus przy kilku rodzinnych uroczystościach, gdy rozsuwano stół, by pomieścić wszystkich gości. Dzisiaj leży on nie używany w szafie i żółknie, bo ja mam zbyt mały stół. W jakiś rok później, gdy byłam z wizytą w domu mojego pierwszego chłopaka, pokazano mi „hafciarski majstersztyk”( nie było wiadomo, gdzie jest strona prawa, a gdzie lewa, bo z obu wyglądał równie doskonale). Był on dziełem babki Jerzego, przekazanym córce w wianie. Wtedy zrozumiałam, że moje wyszywanie, to tylko nieudolne naśladownictwo prawdziwych haftów. Postanowiłam wrócić do początku i wzbogacić swoją wiedzę o niezbędną teorię. Moja matka powiadała ,”cała wiedza w książkach”, moją pierwszą był J. Turskiej „Haft modny”(pożyczyłam ją od żony kuzyna mojego ojca). Została u mnie na stałe, bo miałam ją zwrócić gdy kuzynostwo przyjdzie z rewizytą, która nigdy nie nastąpiła. Mimo woli stałam się „złodziejem książek”(choć słyszałam kiedyś opinię, że książki to jedyna rzecz, której się nie kradnie, bo przywłaszczając ją sobie, rozwijamy w sobie zamiłowania bibliofilskie). Na mojej półce znaleźć można także: J. Turskiej „Haft dla dzieci” i „Igłą malowane”, J. Jackowskiej „ Haft ręczny”, Anny Główczewskiej „Haft kaszubski”. Poza tym dziesiątki wzorów wyciętych z gazet lub odrysowywanych od znajomych hafciarek. Wszystko to zbierałam przez 30 lat w nadziei, że więcej mnie ten haft wciągnie. Jakiś czas temu zrozumiałam, że „niestaranność” moich haftów wynika ze zbyt małej precyzji trzęsących się rąk. Jednak uszkodzenie centralnego układu nerwowego leżące u podstaw mojego kalectwa rzutuje także na to, że choć chcę coś robić, to nie zrobię tego tak perfekcyjnie jak osoby z całkowicie sprawnymi rękoma. W chwili obecnej doszedł do tego jeszcze brak cierpliwości. Gdy coś zaczynam robić, zbyt szybko chciałabym zobaczyć efekt końcowy. Nie zapowiada się, by ewentualna synowa zechciała zachować zgromadzone przeze mnie książki i wzory. Najprawdopodobniej wyląduje to wszystko w śmietniku, tak jak stało się to z : maszyną dziewiarską, widełkami do robienia poduszek, warsztatem tkackim, po mojej matce.
(mniej)
O ile mnie pamięć nie myli, to wszystko zaczęło się w czasie jednego z pobytów w sanatorium w Lądku Zdroju. Popołudniami moje koleżanki chodziły na spacery, a wieczorami do „Piekiełka” na dyskoteki. Ja nie miałam wystarczająco dużo pieniędzy, dlatego też czas spędzałam w ośrodku. Ponieważ do Lądka jeździłam od lat i najbliższą okolicę już znałam, to spacery też mnie nie pociągały. Pewnego dnia, gdy bardzo się nudziłam, postanowiłam zająć się haftowaniem. Nie miałam w tym temacie żadnej wiedzy teoretycznej, nie wiedziałam nic o ściegach i potrzebnych narzędziach(o tamborku, kostce, właściwych nożyczkach itp.). Poszłam do pasmanterii kupiłam karnet igieł i dwa kolory muliny(zielony i różowy) oraz do sklepu z materiałami po kawałek białego płótna. Materiał był cienki (żaden len czy kanwa) dlatego też bez rozpięcia go na tamborku, cały haft się ściągał. O tym przekonałam się dopiero w trakcie pracy. Po powrocie do sanatorium pożyczyłam od pielęgniarek kalkę maszynową i przeniosłam na materiał wzór kwiatków z mojej podomki z kory. Kwiatki były rozmieszczone na brzegach, a środek był pusty. Żeby go zapełnić umieściłam w nim napis „per aspera ad astra”(„przez trudy do gwiazd”). Maksyma ta była dowodem mojej fascynacji łaciną, a zwłaszcza przysłowiami. Po skończeniu wyszywania byłam z siebie bardzo dumna. Kiedy wróciłam do domu i pokazałam swoje „dzieło” mamie, ona nie podzielała mojego zachwytu. Ponieważ wolnego materiału zostało jeszcze raz tyle, to mama usztywniła nim moją pracę, tworząc w ten sposób makatkę, która nigdzie w mieszkaniu nie zawisła, tylko przez lata leżała w szafie wśród serwetek i obrusów. Być może takie potraktowanie mojego pierwszego haftu powinno mnie do tego rodzaju działalności zniechęcić. Tak się jednak nie stało. Krótko po tym zaczęłam haftować biały obrus na rozkładany stół, miał to być prezent na 4 grudnia-imieniny mamy. Tym razem środek też był pusty, bo uznałam, że tam będą stały talerze i półmiski z potrawami. Motyw dekoracyjny znajdował się na części zwisającej ze stołu, a stanowił go bukiecik różnych kwiatków. Obrus ten haftowałam dużo dłużej niż pierwszą pracę, ale tym razem zastosowałam całą gamę kolorów(bo kwiatki były drobne, ale różne w kształcie). Poza tym mama kupiła mi „Małą hafciarkę”(zabawkę jaką kupuje się dzieciom przy ich pierwszych próbach), z której wykorzystałam plastikowy tamborek, dzięki któremu haft pomimo, że był wykonywany na dość cienkim jak na obrus materiale, to jednak nie ściągał się. Moja mama wykorzystała ten obrus przy kilku rodzinnych uroczystościach, gdy rozsuwano stół, by pomieścić wszystkich gości. Dzisiaj leży on nie używany w szafie i żółknie, bo ja mam zbyt mały stół. W jakiś rok później, gdy byłam z wizytą w domu mojego pierwszego chłopaka, pokazano mi „hafciarski majstersztyk”( nie było wiadomo, gdzie jest strona prawa, a gdzie lewa, bo z obu wyglądał równie doskonale). Był on dziełem babki Jerzego, przekazanym córce w wianie. Wtedy zrozumiałam, że moje wyszywanie, to tylko nieudolne naśladownictwo prawdziwych haftów. Postanowiłam wrócić do początku i wzbogacić swoją wiedzę o niezbędną teorię. Moja matka powiadała ,”cała wiedza w książkach”, moją pierwszą był J. Turskiej „Haft modny”(pożyczyłam ją od żony kuzyna mojego ojca). Została u mnie na stałe, bo miałam ją zwrócić gdy kuzynostwo przyjdzie z rewizytą, która nigdy nie nastąpiła. Mimo woli stałam się „złodziejem książek”(choć słyszałam kiedyś opinię, że książki to jedyna rzecz, której się nie kradnie, bo przywłaszczając ją sobie, rozwijamy w sobie zamiłowania bibliofilskie). Na mojej półce znaleźć można także: J. Turskiej „Haft dla dzieci” i „Igłą malowane”, J. Jackowskiej „ Haft ręczny”, Anny Główczewskiej „Haft kaszubski”. Poza tym dziesiątki wzorów wyciętych z gazet lub odrysowywanych od znajomych hafciarek. Wszystko to zbierałam przez 30 lat w nadziei, że więcej mnie ten haft wciągnie. Jakiś czas temu zrozumiałam, że „niestaranność” moich haftów wynika ze zbyt małej precyzji trzęsących się rąk. Jednak uszkodzenie centralnego układu nerwowego leżące u podstaw mojego kalectwa rzutuje także na to, że choć chcę coś robić, to nie zrobię tego tak perfekcyjnie jak osoby z całkowicie sprawnymi rękoma. W chwili obecnej doszedł do tego jeszcze brak cierpliwości. Gdy coś zaczynam robić, zbyt szybko chciałabym zobaczyć efekt końcowy. Nie zapowiada się, by ewentualna synowa zechciała zachować zgromadzone przeze mnie książki i wzory. Najprawdopodobniej wyląduje to wszystko w śmietniku, tak jak stało się to z : maszyną dziewiarską, widełkami do robienia poduszek, warsztatem tkackim, po mojej matce.
(mniej)