30 czerwca 2009 21:07 "JEJ PORTRET"
Dziś są 57 urodziny mojej siostry. Do tej pory o niej wspomniałam tylko raz, czy dwa okazjonalnie. Święto dzisiejsze jest jednak dobrym pretekstem, by powiedzieć coś więcej o „ B”. Z jej narodzinami wiąże się historia, którą opowiadała mi matka(przytoczę wszystko tak jak pamiętam). Kiedy siostra przyszła na świat, to matce powiedziano, że dziecko nie żyje. Gdy tylko opanowano szok i histerię, w którą popadła matka, to wypisano ją ze szpitala. Poniew... (więcej)
Dziś są 57 urodziny mojej siostry. Do tej pory o niej wspomniałam tylko raz, czy dwa okazjonalnie. Święto dzisiejsze jest jednak dobrym pretekstem, by powiedzieć coś więcej o „ B”. Z jej narodzinami wiąże się historia, którą opowiadała mi matka(przytoczę wszystko tak jak pamiętam). Kiedy siostra przyszła na świat, to matce powiedziano, że dziecko nie żyje. Gdy tylko opanowano szok i histerię, w którą popadła matka, to wypisano ją ze szpitala. Ponieważ ojciec studiował i nie mógł się zająć żoną, to aby miała ona opiekę, wywiózł ją do jej rodziców. Kiedy po kilku dniach powrócił do mieszkania, dopadli go oburzeni sąsiedzi, twierdząc że jest wyrodnym rodzicem, bo porzucił dziecko w szpitalu. Mój ojciec z natury był spokojnym człowiekiem. Słysząc jednak tak niesprawiedliwe zarzuty, wściekł się okropnie. Pojechał do szpitala, gdzie jakaś urzędniczka po zajrzeniu do dokumentów stwierdziła, iż dziecko nie żyje. Ojciec zrobił awanturę, w efekcie której przyszła z oddziału noworodków lekarka. Okazało się, że uznane za nieżywe dziecko, żyje i tylko w dokumentacji szpitala nie naniesiono poprawki. Jak wyjaśniono ojcu, dziewczynkę nie wykazującą oznak życia wyniesiono do innego pomieszczenia, gdzie sobie leżała. Przechodząca tamtędy lekarka, usłyszała cichutkie kwilenie. Pochyliła się nad noworodkiem i zaczęła je badać. Dziecko żyło, ale ponieważ nie wiadomo było czy uda się je utrzymać przy życiu, dlatego też nie poinformowano o tym od razu mojej matki, tylko ją wypisano. Kiedy kondycja dziecka była na tyle dobra, że można było oddać je rodzicom, zawieziono je do naszego domu. Nie przewidziano sytuacji, że nikogo w nim nie będzie. Dlatego też sprawa nabrała takiego rozgłosu. Drugi raz siostra wywinęła się śmierci, gdy miała nie więcej niż 8 lat. Bawiłyśmy się wtedy w kuchni gdy zachciało nam się nowej zabawki. Był nią „mały doktor”, którego matka schowała na samą górę wielkiego kuchennego kredensu(była to kara,za to że byłyśmy niegrzeczne).Siostra nie chcąc prosić matki, by nam to dała, zaczęła wspinać się po kredensie. Nie wiem jak to się stało, ale zwaliła na siebie całą górę mebla. Huk zwabił do kuchni przerażonych rodziców. Ojciec podniósł szafkę, a matka pobiegła do telefonu, by wezwać pogotowie. Przybyli na miejsce lekarze nie dawali siostrze szans na przeżycie. Odłamki szkła tkwiły w całym ciele, jedno ze złamanych żeber przebiło płuco, nastąpił krwotok wewnętrzny. B. spędziła w szpitalu wiele tygodni, a potem wyjechała do prewentorium dla dzieci z chorobami płuc(jeździła tam kilkakrotnie). Sąsiedzi choć wiedzieli o wypadku, to uważali że siostra przebywa na leczeniu, bo rodzice ją nie dożywili i zapadła na gruźlicę. W późniejszych latach żadne poważniejsze choroby nie gnębiły B. Szkołę średnią skończyła z „przeszkodami" (parę razy zmieniała licea). Ostatnim do jakiego trafiła, był ogólniak z internatem w Kluczborku. Pewnego razu dyrektorka szkoły wezwała matkę na rozmowę. Gdy matka dojechała na miejsce, szkoła była już zamknięta, więc rodzicielka poszła do internatu. Chciała zobaczyć się z córką, by od niej dowiedzieć się o co chodzi. Gdy siostra weszła do pokoju, w którym siedział dyżurny nauczyciel i matka, B. przyjęła buńczuczną postawę i odparła „to nie jest moja matka”. Sytuację wyjaśniła dopiero wezwana do internatu dyrektorka szkoły. Matka do Wrocławia wróciła zdenerwowana tym, że własne dziecko się jej wyparło. Jak już pisałam B. była „córeczką tatusia” i to do tego stopnia, że postanowiła także studiować prawo. Dwa razy zdawała egzaminy z dobrymi wynikami, ale się nie dostawała, bo brakowało jej punktów za pochodzenie. W trzecim roku(mniej więcej wtedy gdy ja dostałam się na studia), siostra kończyła kolejny kurs. Od matury przez trzy lata zrobiła ich kilka, ja pamiętam : laborantów medycznych(jako laborantka pracowała jakiś czas), kelnerski(pozwolił jej pracować jako kelnerka, ale także nauczył ją eleganckiego nakrywania do stołu, wykwintnego gotowania), kwiaciarstwa. Moja siostra choć się do tego nie przyznaje, to z charakteru jest bardzo podobna do naszej matki. Zawsze rozpierała ją energia(ma to do dziś), nigdy nie bała się ciężkiej pracy i głowę miała pełną nowych pomysłów. Niewiele z nich udało się jej zrealizować, bo zawsze na przeszkodzie stawały czynniki niezależne od niej. Uczciwie muszę przyznać, że nie miała też należytego wsparcia ze strony rodziny. Ojciec bał się nowych przedsięwzięć, matka nie wierzyła w jej możliwości, a ja nawet gdybym chciała pomóc, nie miałam nic do powiedzenia. Gdyby chociaż jeden z jej pomysłów był zrealizowany, to moja siostra mogła zostać bogatą kobietą. Obecnie B. wraz z córką, zięciem i dwojgiem wnucząt mieszka w domu rodziców. Mieszkamy prawie przez ścianę, ale z powodu pewnej różnicy zdań, od 4 lat nie rozmawiamy ze sobą. Dlatego też dzisiejszych jej urodzin nie uczczę tak jak bym chciała. Mówi się, że kto raz został uznany za zmarłego, a jednak żyje, to oznacza to długie życie. Ja mojej siostrze życzę nie tylko z okazji urodzin jak najdłuższego życia. Oby teraz los wynagrodził jej wszelkie niepowodzenia z wcześniejszych lat i obdarzył ją wielkim dobrobytem. Jestem przekonana, że w pełni na to zasługuje. (mniej)