24 czerwca 2009 12:04 TELEFON DO PRZYJACIÓŁKI
Wczoraj dzwoniłam do mojej najlepszej przyjaciółki z czasów studiów. Jest to druga(po Grażynie, koleżance z liceum) osoba, z którą udało mi się utrzymać przyjaźń ponad 30 lat. Niestety Wandy nie zastałam i nawet nie odpowiedziała na wiadomość na sekretarce, że proszę o telefon. Trochę mnie to martwi, bo nie wiem co się dzieje. Może wyjechała na urlop lub do sanatorium( co roku o tej porze zazwyczaj tak robi). Nie dopuszczam do siebie myśli, że mo... (więcej)
Wczoraj dzwoniłam do mojej najlepszej przyjaciółki z czasów studiów. Jest to druga(po Grażynie, koleżance z liceum) osoba, z którą udało mi się utrzymać przyjaźń ponad 30 lat. Niestety Wandy nie zastałam i nawet nie odpowiedziała na wiadomość na sekretarce, że proszę o telefon. Trochę mnie to martwi, bo nie wiem co się dzieje. Może wyjechała na urlop lub do sanatorium( co roku o tej porze zazwyczaj tak robi). Nie dopuszczam do siebie myśli, że mogło stać się coś złego, bo jak mówi przysłowie „ brak wieści dobrym znakiem, bo złe nadlatują ptakiem”. Dzisiaj spróbuję złapać ją w pracy, może w ten sposób czegoś się dowiem. Wanda pochodzi z Kielc i w czasie studiów mieszkała w akademiku. Ponieważ oprócz niej studiowało jeszcze rodzeństwo(siostra i dwóch braci), to na dużą pomoc ze strony rodziców nie mogła liczyć. Miała fatalny zwyczaj obdarowywania koleżanek z roku lub akademika prezentami i nim się spostrzegła, to ze stypendium niewiele jej zostawało na życie. Takie jej postępowanie nie wynikało z lekkomyślności, ale z miłości do ludzi. Jest to ten typ człowieka, który odda innym wszystko by tylko sprawić im przyjemność. Wanda bowiem przed studiami chciała zostać zakonnicą. Z jakichś względów tak się nie stało( ona nie chciała o tym mówić, a ja przez delikatność nie pytałam). W czasie studiów poznała młodego chłopaka odbywającego w Warszawie zasadniczą służbę wojskową. Bardzo się ze sobą zaprzyjaźnili, ale gdy chłopak zaczął snuć plany na wspólną przyszłość, to ona się wystraszyła i zerwała kontakty. Wtedy on nie wiem w jaki sposób dotarł do mnie i prosił o pomoc. Spotkaliśmy się w barze „Pozimka” na rogu Krakowskiego Przedmieścia i Miodowej. Nie ukrywałam przed Wandą tego spotkania, tak jak nie taiłam przed nim jej marzeń o zakonie, bo uważałam, że jest to główny powód takiego jej postępowania. Po naszej rozmowie spotkali się jeszcze tylko raz, a on ofiarował jej na pamiątkę pluszowego tygryska, który towarzyszył jej w życiu do czasu, aż urodził się mój syn i przekazała go dla niego w prezencie. Wanda myśl o wstąpieniu do zakonu porzuciła chyba dopiero, gdy wyszła za mąż za S. Na ślubie nie byłam, wina i wódki nie piłam, ale zdjęcie ze ślubu cywilnego dostałam. Teraz oboje mieszkają w Warszawie, ta część miasta, to chyba Mokotów. W ich warszawskim mieszkaniu byłam dwa razy i choć ogólnie było miło to jednak każda z wizyt niosła za sobą pewne „ale”. Pierwsza z nich wypadła wtedy, gdy mój syn miał nie więcej niż trzy lata. Szukając danego bloku, wdepnęliśmy w błoto i glinę na jakiejś budowie, gdzie oczywiście ja upadłam. Po dotarciu do mieszkania Wandy, więcej czasu spędziliśmy na czyszczeniu ubrań niż na rozmowie z gospodarzami. Żałowałam tego bardzo, bo akurat do Wandy przyjechała jej koleżanka z pokoju w akademiku, którą ja też znałam i bardzo lubiłam. Nie widziałam się z Elą parę lat i byłam ciekawa wszelkich o niej informacji, a tu zamiast tego było pranie naszej uwalanej błotem odzieży. Na drugą wizytę wybrałam się już sama i mogłabym uznać ją za bardzo udaną, bo zjedliśmy wyśmienity obiad(nie wiedziałam, że Wanda tak doskonale umie gotować), powspominaliśmy stare, dobre akademickie czasy. Jedyna rzecz jaka mnie wtedy denerwowała to było to, że Wanda za każdym razem gdy mówiłam coś co ją gorszyło lub coś z czym się nie zgadzała, ciągnęła mnie za ucho. Efekt tych poczynań był taki, że ta zakolczykowana część mojej głowy zrobiła się czerwona, spuchła i bardzo bolała. Nie chcąc zostać „van Goghiem mimo woli", skróciłam swój pobyt u przyjaciółki. Za czasów studiów była o wiele częstszym gościem w domu moich rodziców, niż potem gdy już mieszkałam samodzielnie. W moim własnym mieszkaniu odwiedziła mnie zaledwie parę razy (np. gdy deklarowała pomoc w remoncie mieszkania lub gdy pożyczała mi pieniądze kiedy byłam w potrzebie). Z jej chęci pomocy w malowaniu mieszkania nie skorzystałam, bo ona miała szczególny dar do nieszczęśliwych wypadków, zawsze udawało jej się coś zepsuć, ot „taki słoń w stoisku z porcelaną”. W drugim przypadku owszem tak, byłam wdzięczna, że mnie poratowała.
W przeciągu tych 30 lat naszej znajomości pokłóciłyśmy się tylko raz wtedy gdy Wanda wpadła na pomysł zorganizowania spotkania naszego roku. Dostałam na nie zaproszenie to poszłam, pomimo sprzeciwu ze strony matki, która powiedziała „masz dziecko na wychowaniu, więc tym się zajmij, a nie łażeniem Bóg wie gdzie”. Z tej okazji kupiłam sobie nawet „nową „ bluzkę w tzw. „lumpeksie”, nakręciłam włosy i zrobiłam makijaż. Zanim odnalazłam osiedlowy Dom Kultury, w którym odbywała się impreza, to byłam zziajana, spocona jak mysz pod miotłą i bez humoru. Podano nam wtedy na gorąco risotto, sernik, kawę i lampkę wina. Kiedy dowiedziałam się ile „ ta uczta” będzie mnie kosztowała, to oświadczyłam, że mnie nie stać na taki wydatek, bo za te pieniądze na co dzień muszę żyć przez tydzień. Wanda moją część pokryła z własnej kieszeni, ale od tej pory zaniechała myśli o organizowaniu podobnych spotkań. Prawdą jest, że dziewczyna nie była winna temu, iż ze wszystkich przybyłych byłam jedyną rencistką i chyba jedyną samotną matką. Reszta osób pracowała i z tego co mówili wywnioskować można było, że powodzi im się dobrze. Zresztą nie było to w moim odczuciu udane spotkanie, przyszło na nie niewielu ludzi, a w czasie jego trwania odbywało się "targowisko próżności". Wszyscy chwalili się tylko tym jaką mają dobrą pracę i jak wspaniale im się wiedzie w życiu osobistym. Na zdjęcia mojego syna z Komunii Świętej (były to najbardziej aktualne) nawet nie spojrzano i nie zapytano jak sobie radzę z niewielkiej renty, samotnie wychowując dziecko. Nie wiem czy robiono to przez delikatność czy z obawy, że może poproszę o pomoc(na przykład w znalezieniu pracy). Ja w każdym bądź razie czułam się jak uboga krewna wśród dostatnich bibliotekarzy. Dwa, czy trzy zdjęcia przypominają mi o tym wydarzeniu, ja wspomniałam je tylko dlatego, że jego organizatorką była Wanda, której dobre intencje rozumiałam. Być może jeszcze kiedyś wspomnę o niej przy okazji innych wpisów, ale dzisiejszy już kończę, bo zrobiła się z tego „epistoła”, a miało być krótkie okolicznościowe wspomnienie poświęcone wiernej przyjaciółce. Gdy skończyłam pisać ten tekst, zadzwoniłam do pracy Wandy, jest , żyje i ciężko pracuje, dzięki Bogu. Nie muszę się już martwić. Zostawiłam jakiemuś miłemu panu, który odebrał telefon, numer swojej komórki. Mam nadzieję, że Wanda się odezwie, gdy tylko skończy rozmawiać z kimś, kto dzwonił do niej w tym samym czasie. Oddzwoniła i umówiłyśmy się wstępnie na lipiec, bo w sierpniu, ona ma ślub bratanicy, a w maju podobno była dwa razy, ale chyba pomyliła adres, bo twierdzi że mnie nie zastała.
(mniej)