23 czerwca 2009 23:55 W DNIU OJCA
W dniu takim jak ten dzisiejszy myślę nie tylko o swoim ojcu, ale także o ojcu mojego syna. W głębi duszy mam żal do niego, że szumne słowa o miłości i obietnice, nie znalazły odzwierciedlenia w jego czynach. Mężczyzna ten żenił się dwukrotnie, ale niestety nie ze mną. Widocznie nie zasługiwałam na to, by być jego żoną. Mógł jednak później „zrehabilitować” się w moich oczach odpowiednim stosunkiem do K.J. - naszego syna . Wtedy moje rozcza... (więcej)
W dniu takim jak ten dzisiejszy myślę nie tylko o swoim ojcu, ale także o ojcu mojego syna. W głębi duszy mam żal do niego, że szumne słowa o miłości i obietnice, nie znalazły odzwierciedlenia w jego czynach. Mężczyzna ten żenił się dwukrotnie, ale niestety nie ze mną. Widocznie nie zasługiwałam na to, by być jego żoną. Mógł jednak później „zrehabilitować” się w moich oczach odpowiednim stosunkiem do K.J. - naszego syna . Wtedy moje rozczarowanie jego osobą byłoby mniejsze, mniej bolało. Jeżeli wiem co to jest miłość, jeżeli to, co mnie łączyło z mężczyznami mojego życia, to właśnie ona, to uczucie jakim obdarzałam P. było najsilniejsze i dlatego wyleczyłam się z niego dopiero po 15 latach. Przez ten cały czas wszystkich mężczyzn jakich napotykałam w życiu porównywałam z nim. Dziś jestem samotna, wiec łatwo się domyślić, że ci inni przegrywali konfrontację z P. Strach przed kolejnym odrzuceniem był tak silny, że działał jak najlepszy środek antykoncepcyjny i najskuteczniejsza odtrutka. Wierzyłam, że między nami jest nie tylko seks, ale również porozumienie duchowe. Kiedy urodził się K.J. robiłam wszystko by ojciec czuł się ojcem. Moje wysiłki okazały się daremne, bo P. zaczął układać sobie życie bez nas. Gdy K.J. miał dwa lata, jego ojciec się ożenił. Do syna przyjeżdżał tylko wtedy, gdy w małżeństwie coś nie grało, tak jakby chciał swojej żonie zrobić na złość. W roku 1999 gdy wróciłam z synem z wczasów, moja matka powiedziała „weź chłopca bo jest już duży więc ci w podróży pomoże i jedź, niech zobaczy się z ojcem”. Nie jestem zwolenniczką niezapowiedzianych wizyt, dlatego też zadzwoniłam by zapytać co tatuś na to. Okazało się, że powtórnie się ożenił, a płaczące w oddali dziecko uzmysłowiło mi, że wzbogacił się o kolejnego, czwartego już potomka. Kiedy zapytałam czy to nowe małżeństwo jest powodem jego nie widywania się z K.J. przytaknął i na tym rozmowa się zakończyła. Nie poprosił syna do telefonu, nie wyraził nawet chęci rozmowy z nim, a syn potem pytał dlaczego tatuś z nim nie porozmawiał. Cóż mogłam powiedzieć, słowa jakie cisnęły mi się na usta, brzmiałyby jak nastawianie dziecka przeciwko ojcu. Przez wszystkie lata, gdy syn pytał czemu ojciec do niego nie przyjeżdża, wymyślałam różne tłumaczenia, które byłyby wiarygodne. Nie zareagowałam nawet na zarzut, „ tatuś nie przyjeżdża, bo ty się ciągle z nim kłócisz”, który wiele lat temu syn rzucił mi w twarz. To prawda, prawie każda wizyta kończyła się ostrą wymianą zdań i wtedy P. zabierał rzeczy , by( bez słowa pożegnania z dzieckiem ) wyjść. Dopiero po jego rozwodzie zrozumiałam zależność pomiędzy jego przyjazdami, a naszymi kłótniami. On uciekał do nas po kłótni z żoną, a trafiał z” deszczu pod rynnę”, bo tu miał zamiast sielskiej atmosfery to samo piekło. Jak mogłam się nie denerwować, kiedy na moje opowieści o życiu syna(chciałam by tatuś coś wiedział o swoim pierworodnym, w nadziei że może ktoś z rodziny zapyta), słyszałam zawsze to samo „płacę alimenty i nic więcej mnie nie obchodzi”. Nie ukrywam sprowadzenie wszystkiego do wymiaru materialnego działało na mnie jak płachta na byka. Ten 1999 był rokiem znamiennym, bo niespełna miesiąc później mój syn zażądał by to tatuś odwiózł go na obóz. Ja nie chciałam już dzwonić i prosić, dlatego zrobiła to moja matka. Wiedziała chyba, że Jej P. nie będzie mógł odmówić. Owszem cel został osiągnięty, K.J. zobaczył ojca, ale było to ich ostatnie spotkanie. Tatuś niewiele miał synkowi do powiedzenia, więc przez kilkugodzinną podróż ja musiałam zabawiać obu panów. P. kupił synkowi loda na stacji benzynowej i przed odjazdem powiedział, aby K.J. chodził z książkami na głowie, bo on tak robił aby się nie garbić. Kiedy zasugerowałam, że może powinien porozmawiać z synem o swojej nowej sytuacji rodzinnej i ich dalszych wzajemnych relacjach, to usłyszałam, iż jeszcze nie pora, bo 15 latek tego nie zrozumie. Ciekawa byłam kiedy jego zdaniem byłby ten właściwy czas. Dwa lata później, gdy syn wszedł w okres „buntu” i zaczęły się problemy w szkole, odwołałam się o pomoc do P( naiwnie wierzyłam, że autorytet ojcowski podziała – tak się też stało, ale nie takiego rezultatu oczekiwałam). Zadzwonił, by powiedzieć synowi „gderaniem matki się nie przejmuj, ja się nigdy nie przejmowałem i dobrze na tym wyszedłem”. Od tej chwili gdy chciałam wyegzekwować coś co było nie po myśli mojej latorośli, to przypominał mi słowa ojca i dyskusja się kończyła. Rok temu syn nie chciał nawet zadzwonić do ojca z okazji dzisiejszego święta ani z okazji imienin, które wypadają niedługo. Gdy zapytałam dlaczego , odparł „on nie pamiętał nigdy o moich imieninach, urodzinach czy innych świętach, to dlaczego ja mam do niego dzwonić”. Rozumowanie logiczne i słuszne, ale ja nie uczyłam syna postępowania według przysłowia „Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie”, skąd więc taka zaciętość u mojego dziecka. Nie chcąc dopuścić do całkowitego zerwania ich wzajemnych relacji postanowiłam spróbować z drugiego końca. Zadzwoniłam do matki P., aby Ta przypomniała swojemu synowi, że w lipcu są kolejne 24 urodziny jej wnuka. Tatuś zadzwonił kilka dni po fakcie, zapytał co słychać, a gdy usłyszał „wszystko dobrze”, to wygłosił niezmienną formułkę „pamiętaj, że tatuś cię kocha”. Mój syn potrzebował ojca i duchem i ciałem, płomienne zapewnienia o miłości bez potwierdzenia jej czynami, nic dla niego nie znaczą. Dlatego też gdy usłyszał właśnie te słowa nie wytrzymał i wypalił coś w stylu „nigdy tego nie odczułem”, czterdziestosiedmioletni facet walnął " focha" i się rozłączył. Gdy zapytałam wtedy K.J. o czym rozmawiał z ojcem, nic nie chciał powiedzieć. Myślałam, że dlatego, bo były to ich męskie tajemnice. Nie nalegałam. Dopiero wczoraj, gdy przypominałam synowi o dzisiejszym święcie, powiedział mi o swojej ostatniej rozmowie z ojcem. Miało to być wytłumaczenie tego, dlaczego on sam do ojca dzwonić nie będzie. Nigdy świadomie nie narzucałam ludziom swoich uczuć ani myśli, zmusić kogoś do miłości nie można. Boli mnie to, że gdy mnie zabraknie, to mój syn nie będzie mógł liczyć na drugiego rodzica. Kocham jednak swoje dziecko i nie będę go zmuszała do robienia czegoś, czego on we własnym sercu nie czuje. Jestem zła i smutna, że ojciec mojego syna, okazał się takim niedojrzałym człowiekiem. Jeżeli w chwili narodzin dziecka był za młody na zostanie rodzicem, to w miarę upływu lat mógł się nauczyć "jak być ojcem", a nie kwitować swój brak zainteresowania synem stwierdzeniem " ja też swojego nie znałem". Uczciwie muszę jednak powiedzieć, że to właśnie on spełnił moje marzenie o dziecku, dzięki czemu mogę czuć się szczęśliwą kobietą. Przez dwadzieścia lat płacił też alimenty, a wiemy z życia, że wiele kobiet nie może ich wyegzekwować od ojców swoich dzieci. Dlatego też dziękując P. za to, że poznałam smak macierzyństwa, i że zadbał przynajmniej o materialną stronę życia syna, składam mu w tym dniu życzenia wszelkiej pomyślności. Mam nadzieję, że to czego nie dał naszemu synowi, dał innym swoim dzieciom, by przynajmniej one czuły się chciane, kochane i szczęśliwe. Mój syn niestety tak się nie czuje, bo miłość matki choćby największa nie zastąpi miłości obojga rodziców.
(mniej)