Opisując wybrane przeze mnie blogi, na które trafiałam buszując po Internecie, zawsze cieszyłam się, gdy autorzy omawianych blogów, zamieszczali swoje komentarze. Po zamieszczeniu ostatniej części cyklu „Cudze chwalicie…” odezwał się „Zwiewny anioł” i wiem, że będę do niego zaglądała często. Również Rozalia wyraziła swoje zdanie na temat tego, że stała się jedną z bohaterek mojej notki, chociaż zrobiła to w prywatnej korespondencji. Nie dziwiło mnie, że autorka „A miało być tak pięknie”, nie zareagowała, wszak to że ja przeczytałam jej pamiętnik, nie oznacza iż ona czytuje mój.
Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy w prywatnej poczcie znalazłam list od męża autorki wspomnianego bloga. Ze zwykłej ciekawości przeczytałam to, co zostało napisane. Na wstępie mężczyzna ten tłumaczy iż powodem napisania do mnie, był fakt że zainteresowałam się blogiem jego żony. Dalej wyjaśnia, że ponieważ zapiski zawarte w blogu stały się materiałem dowodowym na sprawie rozwodowej to on mógł się zapoznać z jej "obecnym postrzeganiem świata". Twierdzi, że „zaprezentowane informacje są niezwykłą mieszaniną zdarzeń rzeczywistych przeplecionych sporą ilością wydarzeń fikcyjnych okraszonych sporą ilością elementów emocjonalnych”. W dalszej części listu informuje mnie, że jemu chodzi tylko o ustalenie regularnych spotkań z córką, które nie zależałyby od widzimisie jego żony. Człowiek ten pragnie również by małżonka została przebadana przez biegłego sądowego psychiatrę „ na okoliczność występowania depresji poporodowej, która mogła się przerodzić w psychozę poporodową”. Wyjaśnia mi również co to jest depresja i jak wiele kobiet na nią zapada. List kończy zdaniem „jednak chcę zrobić wszystko by pomóc mojej żonie odzyskać równowagę psychiczną i na razie wygląda na to, że brak kontaktów z mojej strony z nią, jej służy najlepiej”.
Nie ukrywam, że list ten był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo nie rozumiałam dlaczego to mnie pan ten postanowił przedstawić swój punkt widzenia na temat swojej żony i jej stanu emocjonalnego. Przypuszczam, że mógł go do tego sprowokować mój komentarz zamieszczony na blogu żony pod ostatnią notką, w której pisała o decyzji wszczęcia kroków rozwodowych. Chociaż wszystko co ten pan napisał w swoim liście do mnie nie przemawiało, grzeczność nakazywała mi odpowiedzieć. Zrobiłam to najdelikatniej jak umiałam, wierząc, że na tym sprawa się zakończy. W kilka godzin później otrzymałam kolejny list, bo jak twierdził ów mężczyzna „prawdą jest , że lubi stawiać kropkę nad „i” ”. Ta kropka okazała się całkiem spora, a w jej skład wchodziły:
1. Wyjaśnienia dotyczące tajemniczego preparatu F, którego brania przez żonę domagał się
2. Informacja, że złożył 5 wniosków o ustalenie kontaktów z córką, ale nie zostały one rozpatrzone przez sąd
3. Wytłumaczenie, że „jeśli chodzi o wykorzystanie tego czasu, to jest to o tyle trudne, że dziecko boi się obcych(od urodzenia)”. Zdanie to było odpowiedzią na moją sugestię, by czas widzeń z córką wykorzystał jak najlepiej, dając w ten sposób żonie do zrozumienia, że może powinna go wydłużyć. Gdy czytałam to zdanie uderzyła mnie jedna rzecz, dlaczego ojciec dziecka uważa siebie za obcego i co sprawiło, że dziecko może się go bać i jest nieufne.
4. Na moja propozycję, by niemożność porozumienia się z żoną próbował rozstrzygnąć w Poradni Małżeńskiej, a nie poprzez korespondencję ze mną, osobą nie uprawnioną do tego, osobnik ten napisał, że żona odmówiła skorzystania z tej formy pomocy, a on „nie wiedział wtedy jeszcze o depresji poporodowej”.
W końcowym fragmencie listu pan ten pisze o tym czym jest ślub kościelny i jaki wpływ na jego życie będzie miał rozwód. List kończy znamienne zdanie „tak, że czuję się trwale skrzywdzony przez żonę i obawiam się również, że moja córka stanie się tego ofiarą”.
Drugi list zirytował mnie mocno i powinnam go zignorować, ale niestety odpowiedziałam na niego, dobitnie już podkreślając, że nie życzę sobie dalszej korespondencji, bo nie mnie rozstrzygać o tym po czyjej stronie leży prawda w małżeńskim konflikcie. Sądziłam, że będzie to wystarczające, by zniechęcić tego mężczyznę do dalszego pisania. Byłam jednak w błędzie. Dnia 3 lipca nadszedł kolejny list, w którym między innymi napisano: „nie chcę wdawać się w szczegóły by wyjaśniać wiele nieścisłości bądź błędnych przekonań. Skoro jednak nie życzy sobie pani dociekać prawdy bądź by kontynuować korespondencję ze mną, to rozumiem, to.” W P.S. dodał „jeżeli będę chciał ułożyć sobie życie z inną osobą, to będę żył w grzechu, a na dodatek sprawię , że moja żona ze ślubu cywilnego będzie również żyć w grzechu”.
Na ten list już nie odpowiedziałam z dwóch powodów: po pierwsze nie wiedziałam dlaczego ten człowiek do mnie pisze i czego ode mnie oczekuje(przecież ja mu nie załatwię dyspensy papieskiej na unieważnienie ślubu kościelnego, by mógł nie żyć w grzechu), a po drugie uznałam iż jest to jedyny sposób uniknięcia dalszej niechcianej korespondencji. Powinnam już pierwszy list zignorować, wtedy nie byłoby problemu i uczucia niesmaku całą ta sytuacją. Najbardziej jednak o słuszności nie odpowiadania na ten list, przekonało mnie jego zakończenie „mam nadzieję, że spróbuje pani chociaż zrozumieć mój punkt widzenia, a nie będzie pani stale spoglądała przez swój pryzmat negatywnych doświadczeń”.
W tym właśnie tkwi problem tego człowieka, skąd przeświadczenie, że mnie jest potrzebne poznanie jego punktu widzenia, którego z resztą nie rozumiem. Skąd przeświadczenie, że na mój negatywny odbiór jego zwierzeń( które moim zdaniem powinien poznać sąd na rozprawie rozwodowej, a nie ja), mają wpływ moje „negatywne doświadczenia”. Ja o swoich doświadczeniach życiowych pisałam na swoim blogu i mógł się z nimi zapoznać czytając go, ale wątpię by to zrobił. Przypuszczam, że ponieważ nie przyznałam mu racji, to wyciągnął stąd wniosek, że zrobiłam to dlatego, iż mam owe negatywne doświadczenia. Problem w tym, że z negatywnych doznań też można, a nawet należy wyciągać wnioski, a on żadnych wniosków ze swojego pożycia z żoną wyciągać nie chce, bo uważa siebie za jedynego sprawiedliwego i nieomylnego.
Na koniec pragnę zaznaczyć, że nie mam w zwyczaju upubliczniania korespondencji, ale ta była na tyle niespodziewana, dziwna i niestosowna, że postanowiłam zrobić wyjątek. Uważam bowiem, że jeżeli ten pan nie zgadzał się z moim komentarzem zamieszczonym na blogu jego żony, to mógł ze mną polemizować w tamtym miejscu. Mnie to zdarzenie nauczyło jednego- ostrożności gdzie i jakie komentarze zamieszczam. Dzięki tej historii doznałam też pierwszy i jedyny (mam nadzieję) raz w życiu satysfakcji, że moje małżeństwo z ojcem mojego dziecka nie doszło do skutku, bo przynajmniej ominął mnie koszmar rozwodu. Jedyne co mi się podobało w tym mężczyźnie, to fakt, że w listach przedstawił się z imienia i nazwiska. Ja niestety nie okazałam się na tyle odważna, pomimo że zazwyczaj adresatom swojej korespondencji ujawniam swoje prawdziwe nazwisko, to w tym przypadku pozostałam „ukryta” za nickiem, choć wiem że nie jest to zgodne z etykietą.
Tytuł tej notki nawiązuje do „Don Kichota” M. Cervantesa, chociaż nie umiem wyjaśnić do końca, dlaczego właśnie ta powieść przyszła mi na myśl, gdy podjęłam decyzję o opisaniu tej historii. Dodam, że utworu Cervantesa nie doczytałam do końca, nie doszukałam się w niej tych elementów, które zadecydowały o uznaniu go za dzieło wybitne, mające „wpływ na rozwój literatury europejskiej i stało się inspiracją dla wielu twórców konfrontujących świat idealny i realny, analizujących stosunki między jednostką, a społeczeństwem”(cytat za „Słownikiem encyklopedycznym wiedzy szkolnej”). A Don Kichot- kim był? „To rycerz smutnego oblicza, podejmujący walkę z całym światem w obronie pokrzywdzonych i nie znający realiów życia „prawdziwego”; ucieleśnienie ślepego, choć szlachetnego idealizmu”. Jak do tego opisu ma się mój „bohater”? No cóż autor listów do mnie też podejmuje walkę z całym światem, tyle tylko, że za jedynego pokrzywdzonego uważa siebie samego. W odróżnieniu od błędnego rycerza, poznał realia prawdziwego życia i nie bardzo umie się z nimi pogodzić. Jedno co chyba ma wspólne z Don Kichotem, to zrozumienie że jego „Dulcynea” okazała się inna niż ją sobie wyobrażał.