Pierwszy z opisanych ostatnio przeze mnie snów, okazał się przestrogą przed czekającą mnie 23 lutego, wizytą u lekarza pierwszego kontaktu. Przebiegu rozmowy z panią doktor opisywać nie będę, bo była ona tak przykra i wnerwiająca, że jeszcze dziś gdy o niej myślę, to odechciewa mi się jakiegokolwiek leczenia. Zanim przekroczyłam próg gabinetu, odsiedziałam swoje na korytarzu i o tym chciałabym teraz opowiedzieć.
-zjawiam się w przychodni 10 minut przed terminem wizyty. Okazuje się, że pani doktor rozpoczęła przyjmowanie z opóźnieniem, więc przede mną jest jeszcze 5 pacjentek. Siadam i cierpliwie czekam, odsyłając syna( który mnie przywiózł ) do domu, by nie udzieliło mi się jego zniecierpliwienie, że trzeba będzie czekać ponad godzinę. Na jednego pacjenta bowiem wyliczono 15 minut, co zupełnie nie sprawdza się w przypadku mojej lekarki.
- około godziny 11.15 podchodzą pod gabinet 2 kobiety: młodsza około lat 40 prowadzi starszą, bardzo szczupłą wysoką kobietę. Okazuje się, że staruszka upadła(nie wiem czy w domu, czy na ulicy) i w związku z tym potrzebna jest konsultacja lekarza. Młodsza niewiasta sadza poszkodowaną na krześle, a sama miota się między dwoma sąsiednimi gabinetami, próbując dowiedzieć się, która z dwóch przyjmujących lekarek, zechce zająć się obolałą i mocno cierpiącą kobietą. Jedna lekarka stanowczo odmawia przyjęcia twierdząc, że ma jeszcze 5 pacjentów zapisanych, a później o godz. 13 wychodzi na wizyty domowe. Pozostaje tylko moja lekarka, do której czeka 6 zapisanych na konkretne godziny pacjentów, w związku z czym, kobieta dowiaduje się, że ma czekać- jak pani doktor zdąży, to przyjmie. Kobiety cierpliwie siedzą(starsza dzielnie próbuje maskować ból). Opiekunka jest spoza rodziny, bo zwracają się do siebie „per pani”, choć nie są sobie chyba obce.
- nikt z oczekujących na wejście do gabinetu, nie proponuje żeby przepuścić 82 letnią( jak się okazuje z toczonych rozmów), staruszkę. Gdy przychodzi moja kolej, mówię kobietom, by weszły zamiast mnie. Chcąc uniknąć niezadowolenia tych, którzy wchodziliby po mnie, oświadczam, że oni wejdą w swojej kolejności, bo ja poczekam do momentu, w którym miałyby wejść te panie, gdyby przyszła na nie kolej. Wszyscy zgromadzeni wyrazili uznanie dla szlachetności mojego gestu. Jednak nikt z „zapisanych” nie powiedział, że każdy poczeka te pół godziny dłużej, bym ja mogła wejść w swojej kolejności, rozszerzonej o nagły wypadek. Prościej było, żebym ja odsiedziała 2 godziny dłużej, bo po co byłam taka wyrywna. No właśnie, po co? Odpowiedź jest prosta- tak mnie wychowano” :starszych szanować, miejsca ustępować, słabszym pomagać i chronić”. Dodatkowa ironia całej tej sytuacji, to fakt, że po wyjściu od lekarza, ta starowinka siedziała jeszcze godzinę na holu głównym, w oczekiwaniu na karetkę. Proponowałam opiekunce sfinansowanie taksówki do szpitala, ale odmówiły, twierdząc, że chora w karetce będzie mogła się położyć. Kiedy karetka przyjechała, to okazało się, że jest w niej już pacjent i choć kobietę zabrano, to chyba miejsca leżącego jej nie zagwarantowano. Z urywków rozmowy obsługi karetki z zainteresowanymi, można było wywnioskować, że opiekunka nie została zabrana, bo padły słowa „przykro mi ja pani nie zabiorę, bo w karetce mam już jedną osobę”. Jeżeli wyciągnięte przeze mnie wnioski były prawidłowe, to być może pani ta pożałowała, że odrzuciła ofertę pojechania do szpitala taksówką, bo byłaby i wcześniej i wygodniej.
- w międzyczasie do przychodni przychodzą jeszcze 4 pacjentki bez zapisu i miotając się między gabinetami, próbują ustalić, u której lekarki będą miały szansę na przyjęcie. Jedna z nich –nauczycielka muzyki w szkole średniej, przyjechała spod Warszawy, gdzie odchorowywała zapalenie oskrzeli, w domu córki. W tym dniu powinna stawić się do pracy, ale nie wie czy już jest zdrowa, czy też powinna dostać dalsze zwolnienie(stąd tak bardzo chciała dostać się do lekarza). Lekarka, która nie chciała jej przyjąć, twierdząc że o 13 wychodzi na wizyty domowe, siedziała w swoim gabinecie, po załatwieniu swoich pacjentów jeszcze dobre 30 minut. Mogła w tym czasie przyjąć tę pacjentkę, ale zabrakło dobrej woli.
- nadchodzi moment, kiedy wszyscy „godzinowi” pacjenci spod gabinetu mojej lekarki zostali załatwieni. Na korytarzu zostają „trzy gracje” bez zapisu: pani nauczycielka, mocno niedowidząca ponoć 80 letnia kobieta, która przyszła by uzyskać od lekarza zaświadczenie o stanie zdrowia, bo ma wyznaczony termin na operację oczu( ma się odbyć w Legionowie) no i oczywiście ja. Najpierw wchodzi do gabinetu nauczycielka, bo się spieszy do pracy(gdyby nie dostała zwolnienia). Po niej ma wejść 80 latka, bo jest nie zapisana, a potem ja, bo ja jestem zapisana, więc mnie pani doktor nie mogłaby odmówić przyjęcia nawet gdyby dobiegł końca czas urzędowania. (taka kolejność ustaliłyśmy między sobą, gdy innych pacjentów nie było, a ostatni "numerkowy" siedział w gabinecie). W trakcie oczekiwania na wejście do gabinetu, obserwuję jak napływają kolejni pacjenci zapisani między godziną 13.55 a godz.15.00. Bojąc się, że mogłabym siedzieć jeszcze dalsze godziny, postanawiam wejść przed nimi, wychodząc z założenia, że swoje pod gabinetem odsiedziałam, nie przyznaję się, że jestem tą bez „zapisu”. Kiedy w gabinecie przebywała niedowidząca kobieta, ja poprosiłam młodą niewiastę, która miała wejść do gabinetu po mnie, by pomogła mi wstać z krzesła, bo mam z tym problem. Ona spełnia moją prośbę. Gdy się podnoszę odzywa się starsza pani w stylu „nie rusz ,bo mam kapelusz” tymi oto słowami: ”jak pani tak ciężko wstać, to o laseczce trzeba chodzić”. W tym momencie mój stoicki spokój, który starałam się zachować w czasie tych 3 godzin, nagle ulatuje i głosem podniesionym , pełnym irytacji mówię „niestety nie mogę chodzić o lasce, bo mam problemy z utrzymaniem równowagi”. Paniusia jednak nie odpuszcza i jako znawczyni przedmiotu odpowiada „to po domu trzeba chodzić, żeby potrenować”. Między nami stoi młoda kobieta, która pomagała mi wstać i pewnie zastanawia się w co została wmieszana. Ja wychylam się zza jej pleców i warczę na maksa już poirytowana „od 55 lat jestem kaleką, i chyba wiem czy laseczka by mi pomogła czy nie”. Wreszcie pani „łapie focha” i się nie odzywa, a ja trzymając się dziewczyny podchodzę pod drzwi gabinetu, by o godz.14.25 wkroczyć do niego szczęśliwa, że wreszcie mi się udało.
- moja obecność u pani doktor trwała 25minut, w czasie których „wyszłam z siebie i stanęłam obok”(musiałam relacjonować cały przebieg rocznego, póki co nieskutecznego leczenia nóg) oraz odczekać wypisywanie wniosku do szpitala dla mężczyzny po dwóch zawałach, który rano się źle poczuł. Wizyta była długa nie tylko z mojej winy, ale to mnie, czekający przed gabinetem chcieli „zlinczować” wzrokiem, gdy wreszcie wyszłam. Z tych nerwów nie sprawdziłam recept(w domu okazało się, że pani doktor nie wpisała trzech najważniejszych leków: (na tarczycę, na zapalenie i przeciwbólowego) i nie zapytałam w zabiegowym(co nakazała lekarka) czy w przychodni wykonuje się badanie, które ona chciała zalecić.
- stałam przed wejściem do przychodni czekając na taksówkę gdy na ulicę wyszła kobieta z godz. 13.55. Spieszyła się, bo ubierała się w biegu. Mimo to, zatrzymała się i zapytała czy nie potrzebuję pomocy. Był to bardzo miły gest. Podziękowałam mówiąc, że czekam na taryfę. W chwili, gdy samochód podjechał na schodach pojawił się mężczyzna, który na tym samym korytarzu czekał na wizytę u innej lekarki(nota bene kierownika przychodni), która miała rozpocząć przyjmowanie pacjentów o godz. 14.00, a rozpoczęła z 25 minutowym opóźnieniem, choć na terenie przychodni przebywała już od godziny 13-tej.(podobno odbywała rozmowę z panią dyrektor. No i niby w porządku, tylko dlaczego robiła to w czasie przeznaczonym dla pacjentów czyli ich kosztem?). Owego mężczyznę poprosiłam o pomoc w dojściu do taksówki, bo przy krawężniku były resztki brudnego, zlodowaciałego śniegu, na którym mogliśmy oboje wywinąć orła. Usadowiłam tylną część swego ciała na siedzeniu, ale zesztywniałe nogi nie chciały się wpasować. Na szczęście taksówkarz był miły i wtaszczył je za mnie do taksówki. Kiedy podjeżdżaliśmy pod dom, jadąc wzdłuż budynku stojącego prostopadle do mojego, okazało się, że przed jedną z bram zaparkowano samochód półciężarowy, który tarasował chodnik na tyle skutecznie, że dojechać do mojego bloku się nie dało. Kierowca taxi poprosił mężczyznę w roboczym ubraniu, stojącego obok „zawalidrogi”, by odjechał samochodem, ustępując nam miejsca. Mężczyzna odrzekł, że schowa na pakę, to co trzymał w rękach(element metalowej konstrukcji) i pójdzie po kierowcę, ale najlepiej będzie jeżeli to my wybierzemy inną drogę dojazdu. Mój „driver” zapytał, czy ten pan pokryje rachunek z taksometru, gdy każe nam robić objazdy. Facet nic nie odpowiedział, wrzucił „to coś” do samochodu i poszedł w kierunku jednej z bram. Po dłuższej chwili oczekiwania, gdy nie wiedzieliśmy kiedy zjawi się właściciel stojącego samochodu, wycofaliśmy taksówkę i podjechaliśmy pod moją bramę z innej strony. „Zawalidroga” stała nadal na swoim miejscu, a kierowcy nie było widać. Miałam ochotę zadzwonić po straż miejską, ale byłam już zbyt zmęczona. Poza tym obawiałam się, że zanim przyjadą to „powód „ wezwania zdąży się ulotnić. Rachunek był nieznacznie wyższy niż ten, na który miałam odliczone pieniądze(jeżdżę do lekarza rzadko, ale tak jak taksówkarze z „mojej” korporacji mnie znają, tak ja wiem ile wynosi koszt kursu przychodnia-dom). Nie chcąc narażać taksówkarza na stratę finansową podałam mu banknot 100 zł. Był bardzo niezadowolony, bo jak się okazało, w swoim portfelu miał tylko taką właśnie kwotę, rozmienioną na 20 i 10 złotówki. Rozliczając się ze mną, pozbywał się wszystkich drobnych. Doszliśmy jednak do porozumienia(tak się czasem zdarza między kulturalnymi ludźmi) i pan nawet zaproponował podprowadzenie mnie pod bramę. Na szczęście w tym momencie z budynku wyszedł Paweł, syn mojej sąsiadki i pomógł mi dotrzeć do klatki. Moja długa eskapada do lekarza, zakończyła się szczęśliwie. Mam nadzieję, że szczęście nie opuściło także potłuczonej staruszki i znalazła ona w szpitalu odpowiednia opiekę, podobnie jak mężczyzna po dwóch zawałach. Liczę również na to, że kobieta oczekująca na operację oczu, będzie mogła wyleczona, szybko powrócić do czytania książek. Nic jej tak nie martwiło jak fakt, że zły wzrok nie pozwalał jej czytać, a to była jej ulubiona rozrywka. Podobno dobro okazane powraca do nas podwojone. Do mnie nie musi ono przychodzić jeżeli tylko te osoby, które moim zdaniem były najcięższymi przypadkami( z tych z którymi w tym dniu się zetknęłam), swoje pobyty w szpitalach zakończą pomyślnie.
Epilog(24.02. br godz.12.15)
- dodzwoniłam się do przychodni o godz. 10.30 i dowiedziałam się, że w środy pani doktor przyjmuje od 11-tej, więc w sprawie recepty mam dzwonić o 11. 3o. Zadzwoniłam o 12.15 i pytam w registraturze czy wykonują badanie, o które kazała spytać pani doktor. Osoba po drugiej stronie słuchawki pyta” czy chodzi o HBS..” .Odpowiadam, że zacytowałam jej całą wypowiedź lekarki i nie wiem czy to ma skrót taki czy inny. Otrzymałam odpowiedź twierdzącą, więc poprosiłam o połączenie z lekarką, wyjaśniając od razu, dlaczego chcę tej rozmowy, by uniknąć sytuacji, która mi się już przydarzyła, że zapytano mnie „a w jakiej sprawie”?.
- po połączeniu z lekarką, przedstawiłam się, wyjaśniając jednocześnie po co dzwonię. Usłyszałam: „tak dobrze, wypiszę receptę, tylko proszę przynieść karteczkę do registratury z nazwami leków”. Kiedy zapytałam czy nie mogłabym jej tych nazw podać przez telefon, aby recepta już czekała na tego, kto ją w moim imieniu odbierze, usłyszałam zniecierpliwiony głos „no dobrze niech pani powie jakie to leki, tylko szybko, bo mam bardzo dużo pacjentów”. Zastanawia mnie dlaczego to zawsze ja muszę wysłuchiwać jak to pani doktor jest bardzo obarczona pacjentami. Podobnej tyrady wysłuchałam wczoraj i w grudniu. Obawiam się, że będę wysłuchiwać przy następnych wizytach, bo zdaniem mojego syna, dotychczasowa lekarka(ta druga z wczoraj przyjmujących przed południem), nie tylko poinformowała panie z registratury, „że zmieniam lekarzy jak restauracje”(miała chyba na myśli rękawiczki, ale niech jej będzie), ale także podzieliła się swą wiedzą na mój temat z obecnie mnie leczącą lekarką. Lecząca mnie teraz pani doktor wykazuje wielkie zniecierpliwienie, gdy wchodzę do gabinetu, całkowity brak znajomości mojej historii choroby(pod tym względem poprzedniczka biła ją na głowę, już przy drugiej wizycie, znała wszystkie niuanse mojego stanu zdrowia). Nie wiem dlaczego coraz częściej odnoszę wrażenie , że zaczynam być dla personelu naszej przychodni „persona non grata”. Miałabym ochotę zacząć korzystać z prawa zamawiania wizyt domowych, ale kiedy pomyślę, że dojście do mnie i powrót do przychodni, to przyjęcie dwóch dodatkowych(wcale nie mniej ode mnie chorych pacjentów) lub odpoczynek, który jako człowiekowi, też się pani doktor należy(ona uważa, że ja jej odmawiam prawa bycia człowiekiem. Ciągle mi powtarza, „lekarz, to też człowiek”(przepraszam a pacjent, to niby kto?), to rezygnuję z takiego rozwiązania i stawiam się w przychodni.
