linki

"Szuflada Niobe"- http://spiacaniobe.blox.pl

"Czarno na białym" - http://zrodzonaz.bloog.pl

"Szeptem" - http://zante-szeptem.blog.onet.pl

"Czarownica zła" - http://czarownicazla.blox.pl

"Dziennik jednak niecodzienny" - http://matyldabxl.blox.pl

"Graciarnia" - http://graciarnia.blox.pl

"Robótkowe szaleństwa" - http://www.jolad6.blogspot.com

"W stronę Precla" - http://preclowastrona.blox.pl

"Świat według Pszczółki" - http://pamiętnikpszczolki.blog.onet.pl

"Ja i moja niepełnosprawność"- http://magda-w-19.blog.onet.pl

"Kulinarne frustracje Daniela B." - http://kulinarnefrustracje.blox.pl

"Mały rycerz" - http: //malyrycerz.blox.pl

"Życie zaczyna się po pięćdziesiątce" - http://patrycjal11.bloog.pl

"Zabawa w słowa" - http://zabawawslowa.blox.pl

"Życie jest piękne" - http://monteki.blog.onet.pl

"Spotkania przy małej czarnej" - http://kawusiowo.blog.onet.pl

"Ociobus" - http://ociobus.bloog.pl

"Z punktu widzenia kobiety" - http://z-punktu-widzenia-kobiety.blog.onet.pl

"Zmienność w pożyczonej przestrzeni" - http://albedo.bloog.pl

"Różnie to bywa" - http://magdula.bloog.pl

"Polarnego- takie tam gadanie" - http://nicalbonic.blox.pl

"Baw się razem z nami" - http://ika53.blox.pl

"POPIERAM"- List otwarty do Minister Zdrowia -www.nazdrowie.pl

Notki

9 marca 2010 08:35 "ILE WARTA JEST KOBIETA "?


  Od jakiegoś czasu po każdym ważnym dla mnie dniu(Boże Narodzenie, Walentynki, Dzień Kobiet),  wchodzę na ulubione blogi,by sprawdzić jak ten dzień spędzili inni, ponieważ do mnie witają nieliczni(tym bardziej ich sobie cenię). W dniu wczorajszym, który za sprawą jednej osoby był magiczny i cudowny, o godzinie 23.00 wybrałam się na „spacerek”. Wśród blogowiczów byli tacy, którzy nic nie napisali o obchodach, tacy którzy otwarcie przyznali, że dzień ten ich „ani ziębi ani grzeje” oraz tacy, którzy w wybrany przez siebie sposób zaakcentowali inność tego dnia od pozostałych 30 w miesiącu.
„Zrodzonaz” wybrała metodę opisową, dzięki czemu wiemy, że w jej miejscu pracy faceci są na medal i z kulturą.
„Kaan” nie opowiedziała jak wyglądał u niej ten dzień, ale za to w bardzo piękny, prosty sposób, przy użyciu trafnych, mądrych argumentów udowodniła, dlaczego dzień ten był, jest i powinien być ważny. Ja próbowałam zrobić to samo, tylko mnie brakowało finezji, lekkości i dowcipu czyli tego wszystkiego czym cechował się „Dzień Kobiet” wspomnianej autorki. Chylę przed nią czoła.
Magda z blogu „Ja i moja niepełnosprawność” ujęła temat lakonicznie, ale „kwieciście”, przesyłając innym kobietom życzenia wraz z pięknymi tulipanami.
Osobą, która sprowokowała mnie do napisania niniejszego tekstu był "Harry  122”, który swoimi tekstami rozśmiesza mnie np. „Z pamiętnika prawdziwego mężczyzny II” lub skłania do zadumy i refleksji "Policja stanie się wkrótce SS". Autor w notce „Kochane drogie panie czyli ile warta jest kobieta” docenił nas, wyliczając dokładnie ile każda z nas jest warta w skali roku. Szczerze przyznam, że nie wiedziałam, że aż na tyle mogę siebie cenić. Pomijając niektóre pozycje, nie dotyczące mnie, bo z braku partnera -seksu nie uprawiam, a co za tym idzie nie asystuję żadnemu panu w niczym, dzieci mam odchowane więc opiekunki w żadnym dniu tygodnia nie potrzebuję, a psy wyprowadza syn, to reszta jaką w domu wykonuję może być oceniona na około 4.350 zł. miesięcznie. Gdyby mój syn miał podobne do mnie poczucie humoru, to pokazałabym mu wpis „Polarnego”, aby udowodnić jaki „skarb” ma pod własnym dachem. Jednocześnie zaznaczam, że z pozycji sprzątanie odliczyłam 300 zł(niby że za połowę sprząta syn), z gotowania 200-raz na jakiś czas upichci coś on, 50zł z prania, bo syn wsypuje proszek i calgon oraz włącza pralkę. Jeżeli z sumy 4.350 zł odliczyłabym koszty pracy syna, a więc kwotę 1650 zł, to pozostaje 2700 zł, co jest niezłą sumką(w roku daje 32.400 zł). Tak wysoko nie byłam ceniona nigdy ani przez zwierzchników, ani nawet przez siebie. Dziękuję „Harremu”, że zrobił mi prezent mimo woli i swoimi szacunkami tak bardzo mnie dowartościował. Wszystkim paniom, które nie miały sposobności zapoznać się z wpisem „Harrego” gorąco polecam nie tylko tę notkę, ale cały blog. Gdybym znała tego faceta osobiście(bo zakładam, że zarówno nick jak i „miś polarny”(oba rodzaju męskiego) wskazują, że jest to mężczyzna), to złamałabym chyba zasadę, że z młodszymi się nie umawiam i pozwoliłabym sobie na chwileczkę zapomnienia(oczywiście jeżeli „Polarny” byłby stanu wolnego). Czytających ten tekst jak i „obsmarowanego” przeze mnie „Harrego” proszę, o potraktowanie tego tekstu z przymrużeniem oka, bo powstał on na „fali” dobrego samopoczucia w dniu wczorajszym oraz dzięki dużej dawce śmiechu jaki wywołała omawiana notka.

 

8 marca 2010 09:15 STOLICZKU NAKRYJ SIĘ

W grudniu ubiegłego roku byłam u sąsiadki na ploteczkach. Żeby nam się dobrze gadało raczyłyśmy się „małym jasnym”, które koleżanka postawiła na małym stoliku przyniesionym z pokoju syna. Tak się składa, że mieszkamy w mieszkaniach o takiej samej kubaturze i kiedy zobaczyłam ów mebel, to nie tylko mi się spodobał, ale pomyślałam, że przydałby się także u mnie. Po powrocie do domu, opowiedziałam o stoliku synowi, zachęcając go, by pojechał i taki sobie kupił. Nie przyjął propozycji, bo uznał że mu nie potrzeba. Ja jednak chciałam postawić na swoim i poprosiłam Pawła(syna sąsiadki), by przy okazji robienia zakupów dla siebie w owym sklepie, kupił taki stolik dla mnie, bo chciałam dać go w prezencie gwiazdkowym swoim młodym. Stolik trafił do mnie trochę po gwiazdce, bo wcześniej sklep był zamknięty. Przez jakiś czas stał pod ścianą nieużywany. Dziś jest to, ulubiony mebel mojego syna, bo okazało się, że lepiej niż przy biurku się na nim jada, lepiej niż przy dotychczasowym stanowisku pracy maluje się figurki. Piątego marca wypadały imieniny dziewczyny mojego syna i stolik miał w nich odegrać ważną rolę. Nakryty obrusem(za dużym, bo przeznaczonym na dwa razy dłuższy stół)pomieścił świecznik(dla stworzenia intymnej atmosfery, jaką daje paląca się świeca), kieliszki do wina, wazon z trzema bordowymi różami, prezent(śliczny porcelanowy słonik na szczęście) i talerzyki na ciasto. Solenizantka przyszła bardzo późno, bo wcześniej gościła własną rodzinę w swoim domu. Kiedy poszłam do pokoju syna z lampką wina, by złożyć jej życzenia, to nie podniosła się nawet z kanapy, nie zwróciła się do mnie przodem. Poza winem, które postawiła nie było nic więcej, ani ciasta ani cukierków. Dla współpracowników zaniosła słodycze, by mieć czym poczęstować, gdy składali życzenia. Gdybym wiedziała, że solenizantka wykaże się taką „skromnością”, to sama zadbałabym o kulinarną stronę wieczoru(chciałam, ale syn powiedział, że to zadanie solenizantki, dwa tygodnie wcześniej pomagał mi przygotować moje urodziny).Rozumiem, że dziewczyna młoda i być może nie przywykła do urządzania swojego święta, ale przecież zaledwie godzinę wcześniej wstała od stołu we własnym domu, gdzie przyjmowała innych(milej widzianych gości). Gdyby w trakcie czytania komuś nasunęło się pytanie dlaczego pomimo 1,5 rocznej znajomości mój syn nie znalazł się w gronie tychże biesiadników, to wyjaśniam że nie został zaproszony. Powód- solenizantka z góry wiedziała, że on zaproszenie odrzuci, bo nie toleruje jej rodziców. A przecież to ona sama przedstawiła ich w takim a nie innym świetle, i to dzięki temu mój syn reaguje na jej rodzinę jak płachta na byka. Ona od samego początku była świadkiem relacji między mną a K.J. i mogła wyrobić sobie własny pogląd na moją osobę(nie lubi mnie, bo wie że ja nie lubię jej). Bez względu na to, czy mój syn przyjąłby zaproszenie na rodzinne imieniny czy nie, to uważam że matka dziewczyny nie stanęła na wysokości zadania. Moim zdaniem, gdy dowiedziała się, że córka idzie do chłopaka uczcić swoje imieniny, to powinna jej podpowiedzieć a nawet pomóc w nieco staranniejszym przygotowaniu się do tego. Skąd młodzi ludzie mają wiedzieć co wypada a co nie, jeżeli dorośli nie dają im przykładu. Imieniny zakończyły się fiaskiem tak dalece, że solenizantka idąc do domu nie zabrała kwiatów, a prezent „trafił” do niej, tylko dlatego, że syn włożył go jej do torebki na odchodne. Mojemu synowi było przykro, bo poczuł się mniej ważny, mnie było przykro gdyż wiedziałam jak bardzo się starał, by pokazać swojej ukochanej ile dla niego znaczy. Związek młodych przeżywa poważny kryzys, do tego stopnia iż syn zadaje sobie pytanie „co to za miłość”? Według mnie to nie jest miłość, ale potwierdza się, że kochać nie znaczy być kochanym. Czasami uczucie jest jednostronne, a gdy to sobie uzmysławiamy, to serce boli, a oczy wilgotnieją. Czy kiedyś stoliczek mojego syna nakryje się „obrusem szczęścia”?

 

7 marca 2010 13:27 SUFRAŻYSTKI, FEMINISTKI, BOJOWNICZKI

    W poprzednim wpisie zatytułowanym „osiołkowi w żłoby dano…” napisałam trochę o historii Dnia Kobiet oraz o tym co myślę, o ludziach którzy obchody te bagatelizują i ich nie uznają. Zawsze podziwiałam ludzi myślących, ambitnych, dążących do celu z uporem i wytrwałością. Takimi były kobiety, które miały odwagę walczyć o dobro nas wszystkich, oto one:


GOUGES de Olimpia- stracona w 1793 za wniesienie w okresie Rewolucji Francuskiej za wniesienie „Deklaracji Praw Kobiety i Obywatelki”

 

  PANKHURST Emilia(1858-1928)- angielska działaczka ruchu kobiecego. W 1903 założyła Społeczno- Polityczną Unię Kobiet, bojową organizację do walki o prawa polityczne dla kobiet. Kilkakrotnie więziona za organizowanie manifestacji. Bohaterka książki G. Bidwella „Bunt długich spódnic”.


 STANTON Cady Elisabeth(1815-1902)- amerykańska sufrażystka i abolicjonistka. Współzałożycielka pierwszego kongresu kobiet.

  ANTHONY Susan (1820-1906)- amerykańska sufrażystka i abolicjonistka. W okresie wojny secesyjnej zorganizowała ligę kobiecą działająca na rzecz wyzwolenia Murzynów. W latach1854-1906 kierowała ruchem sufrażystek. Wraz z E. Stanton założyła w 1869 towarzystwo walczące o prawa wyborcze kobiet „National American Women Suffrage Association”.

WOLLSTONECRAFT Mary(1759-1797)- angielska pisarka propagująca równouprawnienie kobiet, prekursorka feminizmu. Kobieta o wspaniałym życiorysie i błyskotliwym umyśle. Była matką Mary Shelly autorki klasycznej powieści grozy pt. „Frankenstein” i bohaterka powieści biograficznej Flory Tristan „Spacery po Londynie”. Jej losy, to pasjonująca opowieść o niezwykłej kobiecie.

TRISTAN Flora(1803-1844)- francuska działaczka socjalistyczna. Jedna z pierwszych francuskich feministek, walczących o prawa kobiet. Współczesny pisarz peruwiański Mario Vargas Llosa uczynił ją główna bohaterką powieści „Raj tuż za rogiem”. Jej wnukiem był Paul Gauguin.

KOŁŁONTAJ Aleksandra(1872-1952)-arystokratka z urodzenia, rewolucjonistka z wyboru. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci epoki. Działaczka rosyjskiego ruchu robotniczego, dyplomatka(ambasador ZSRR w Szwecji w latach 1930-45). Pierwsza w świecie kobieta pełniąca funkcję ambasadora, pisarka- autorka prac historycznych i utworów literackich. W 1917 sprawowała urząd ministra.

ZETKIN Clara(1857-1933)-działaczka niemieckiego i międzynarodowego ruchu robotniczego oraz socjalistycznego ruchu kobiecego. Po1890 na czele socjalistycznego ruchu kobiecego, w 1907 wybrana generalnym sekretarzem Międzynarodowego Sekretariatu Kobiecego.


CISZKIEWICZOWA Teresa
(1847-1921)- działaczka społeczna i polityczna, lekarka. W 1863 zesłana w głąb Rosji za udział w powstaniu. Prowadziła tajne nauczanie, walczyła o emancypację kobiet. Była współzałożycielką tajnej Ligi Kobiet Pogotowia Wojennego(1914-1918).

TYM KOBIETOM składam hołd i najwyższe słowa uznania za ich działalność, przymioty ducha i umysłu.
NAM WSPÓŁCZESNYM z okazji 8 marca życzę, abyśmy miały wszystkie te pozytywne cechy, jakimi się ONE odznaczały.

WSZYSTKIM KOBIETOM Z OKAZJI MIĘDZYNARODOWEGO DNIA KOBIET
(bez względu na to czy go obchodzą czy nie- ja obchodzę)
                                                                                                       Życzę
POWODZENIA i SUKCESÓW W ŻYCIU ZAWODOWYM ORAZ SZCZĘŚCIA, MIŁOŚCI i SZACUNKU W ŻYCIU OSOBISTYM
                                                              

7 marca 2010 13:13 "Osiołkowi w żłoby dano" czyli ochodzić czy nie obchodzić 8 marca

   Nie będę się rozwodzić nad tym czy 8 marca, to święto komunistyczne czy międzynarodowe. Ja je zawsze obchodziłam z przyjemnością, bo choć zawsze było tak samo: kwiatek(goździk lub tulipan) i rajstopy, to jednak właśnie wtedy można było pozwolić sobie na trochę luzu i zwierzchnikowi nie wypadało się czepiać. Od 20 lat, gdy nie pracuję, kwiatek od męskich przedstawicieli rodziny dostaję od przypadku do przypadku. Wczoraj oglądałam najnowszy program TVP 2 „Hity dekady”, którego pilotowy odcinek zakończył pan Marcin Daniec odgrywając scenkę ośmieszającą obchody Dnia Kobiet w czasach komunizmu. Rzucając „znienawidzonego” goździka w publiczność życzył paniom by miały swoje święto przez 365 dni w roku. Poczułam się tak jakby ktoś dał mi w twarz. Gdybyśmy my kobiety miały świętować przez cały rok, to ciekawe kto by panom prał gatki, skarpetki, robił obiady, sprzątał i pełnił rolę kochanki. Dla mnie święto bez względu na to z jakiej okazji jest obchodzone oznacza, że w tym dniu odchodzi się od codziennej rutyny, że osobie świętującej możemy powiedzieć to: co czujemy i za co ją podziwiamy i kochamy czyli to o czym każdego dnia wiemy, ale tego nie artykułujemy. Dla mnie ci, którzy deprecjonują 8 marca jako Międzynarodowy Dzień Kobiet, nazywając go komunistycznym, przestarzałym i niegodnym uczczenia, dowodzą, że w dalszym ciągu nie uważają kobiety za równoprawnego, myślącego i wiele wnoszącego do wspólnego życia, członka społeczeństwa. Dla mnie dzień ten jest wyrazem szacunku dla kobiet, które miały odwagę upomnieć się o prawa wyborcze, o lepsze warunki pracy, o szacunek ze strony mężczyzn. Dzisiejsze kobiety nie byłyby tym kim są, tu gdzie są, gdyby nie nasze prababki, które walczyły o należyte dla nas miejsce w społeczeństwie. Co z tego, że mężczyzna wie iż kobiecie należy się szacunek, właściwe traktowanie przez 365 dni w roku, kiedy tego nie robi. Co więcej bagatelizując 8 marca jako dzień szczególny dowodzi, że nie chce tego robić nawet w ten jeden dzień roku. Z tym większą przyjemnością by kobietom i mężczyznom przypomnieć ideę, która przyświecała powstaniu tego dnia, postanowiłam na blogu napisać o tym jak doszło do powołania owego dnia. Oto kilka ważnych dat i zdarzeń:
1.Początki wywodzą się z ruchów robotniczych w Ameryce i Europie. Ruch sufrażystek powstał w 1848 w USA głosząc deklarację praw kobiet. Uaktywnił się podczas wojny secesyjnej(1861-65). Kobiety prawa wyborcze uzyskały po raz pierwszy w 1869 na terytorium Wyoming. W 1920 Kongres przyjął 19 poprawkę do konstytucji, co zakończyło walkę o prawa wyborcze. W Wielkiej Brytanii ruch ten rozwijał się wolniej i nie przyniósł oczekiwanych rezultatów: wniesiona do Izby Gmin w 1866 przez J.S.Mill petycja domagająca się praw dla kobiet, została odrzucona przez parlament. Kobiety w Anglii uzyskały ograniczone prawa wyborcze w 1918, a pełne w 1928.
2. Pierwsze obchody Narodowego Dnia Kobiet odbyły się w 1909 w Stanach Zjednoczonych dla upamiętnienia nowojorskiego strajku pracownic przemysłu odzieżowego, przeciwko złym warunkom pracy. W !910 Międzynarodówka Socjalistyczna w Kopenhadze ustanowiła obchodzony na całym świecie Dzień Kobiet(nie ustalono konkretnej daty),który miał służyć krzewieniu idei praw kobiet oraz budowaniu społecznego wsparcia dla powszechnych praw wyborczych dla kobiet.
3.Dziewiętnastego marca 1911 po raz pierwszy obchodzono Międzynarodowy Dzień Kobiet w Austrii, Danii, Niemczech i Szwajcarii. Domagano się prawa kobiet do głosowania i obejmowania stanowisk publicznych, prawa kobiet do pracy i szkoleń zawodowych oraz zaprzestania dyskryminacji w miejscu pracy. W latach 1913-14 odbyły się protesty przeciwko I Wojnie Światowej.
4. W Rosji święto to obchodzono po raz pierwszy w ostatnią niedzielę lutego, co według kalendarza gregoriańskiego miało miejsce 8 marca. W 1917 w Rosji odbyły się strajki i protesty pod hasłem „chleb i pokój”. W 1918 z chwilą uchwalenia pierwszej radzieckiej konstytucji, kobiety zyskały prawa wyborcze.Po rewolucji październikowej dzięki Aleksandrze Kołłontaj dzień ten stał się oficjalnym świętem w Rosji, do 1965 był to normalny dzień pracy. * maja 1965 ustanowiono 8 marca dniem wolnym w celu „upamiętnienia zasług kobiet sowieckich w budowie komunizmu, w obronie ojczyzny podczas Wielkiej Wojny Ojczyźnianej, ich heroizmu i bezinteresowności na froncie i na tyłach, a także zaznaczyć duży wkład w umacnianie przyjaźni między narodami i walkę o pokój.
Te wszystkie postulaty, które zawarto w uzasadnieniu do ustanowienia 8 maca jako święta kobiet w Rosji, odnoszą się do wszystkich kobiet na świecie, bo zawsze gdzieś walczą  one o wolność swojej ojczyzny odznaczając się heroizmem i bezinteresownością. Umacniają przyjaźń między narodami i walczą o pokój. Fakt, że to właśnie państwo komunistyczne jako pierwsze dostrzegło wielkie zasługi kobiet na tym polu, dowodzi, że komunizm nie oznacza braku myślenia, a wręcz przeciwnie. Kobiety prawa wyborcze uzyskały:
Nowa Zelandia(1893-czynne, 1919-bierne), Australia(1902-pierwsze nowożytne, suwerenne państwo z prawem wyborczym dla kobiet), Finlandia(1906), Rosja, Polska, Niemcy, Austria(1918), USA(1920), Wielka Brytania i Irlandia Północna (1928), Turcja(1930), Francja(1944), Włochy(1946), Szwajcaria(1971, jeden kanton1990), Portugalia(1976), Lichtenstein(1984), Kuwejt(2005). W Brunei i Arabii Saudyjskiej brak prawa wyborczego dla kobiet, a w Libanie jest ono ograniczone do kobiet z odpowiednim poziomem wykształcenia.

W drugiej części rozważań na temat Międzynarodowego Dnia Kobiet przedstawię niewiasty, które się przyczyniły do tego, by było ono w naszym kalendarzu.

                                                                     

2 marca 2010 05:28 RODZINNE ROZMOWY

   W poniedziałek dopadła mnie nostalgia. Wyjęłam swoje zdjęcia z zamiarem odszukania fotografii swojego pierwszego chłopaka. O Jurku K. pisałam w trzech swoich wspomnieniowych notkach. O odnowieniu z nim znajomości myślałam już 20 lat temu, ale wtedy wycofałam się z tego pomysłu, bo nie chciałam by koledzy naśmiewali się z syna nie tylko z powodu niepełnosprawnej matki ale i jej faceta. Teraz gdy syn jest już dorosły, pomyślałam:" a czemu by nie wejść jeszcze raz do tej samej rzeki". Niestety zdjęcia nie znalazłam. Mówię więc do mojego syna:
-wiesz szukałam zdjęcia mojej pierwszej miłości
- a po co ci?
-nie wiem, może zamieściłabym je w Internecie np. na naszej klasie i w ten sposób go odnalazła
- miłości ci się zachciewa na stare lata?
Po takim dictum odechciało mi się, nie tylko szukania dawnego chłopaka, ale wszystkiego. Nie wiem czy było coś w pogodzie, czy to rozmowa z synem sprawiła, że do końca dnia chodziłam zła jak osa. Tak naprawdę, to za mój fatalny nastrój odpowiada nie pogoda ani nie zagubione zdjęcie, tylko mój rodzony, ukochany syn. Rozmowa w niedzielę przebiegała tak:
-zobacz co zrobiłam, gdy ty spałeś
- no i co?
- będzie można to wydrukować?
- nie wiem
- dlaczego nie wiesz?
- nie wiem czy jest tusz w drukarce, a jeżeli nawet jest to tylko czarny, a to jest kolorowe
-  gdy przyjdzie renta to się kupi, a na razie sprawdź czy tusz w ogóle jest (na próbę można wydrukować czarne-pomyślałam)
(po kwadransie)
- sprawdziłeś?
- nie
- czemu nie?
- co ci się nagle tak zachciało?
- bo chciałabym wiedzieć czy mam planować w wydatkach zakup tuszu czy nie
(po 4 dalszych zapytaniach)
- to nie taka łatwa sprawa, ty myślisz, że wystarczy otworzyć drukarkę i już wiadomo że tusz jest(faktycznie myślałam, że tak właśnie trzeba zrobić). A to trzeba podłączyć drukarkę pod komputer i dopiero zobaczyć czy drukuje, a ja nie wiem gdzie schowałem kable(żeby nie było kolejnej scysji, nie pytam dlaczego drukarka została odłączona).
(po godzinie, może trochę później)
- więcej nie poproszę, tylko jak przyjdą pieniądze, to pójdę i kupię sobie własną drukarkę( nie pomyślałam, że i skaner byłby potrzebny)
- po co, przecież wystarczy kabel za 5 zł
- tylko kto mi go kupi?, ciebie się przecież nie doproszę
(syn wali focha)
    Następnego dnia, pytam syna sąsiadki, kiedy będzie jeździł po mieście- szuka pracy, bo właśnie dostał certyfikat na obsługę wózków widłowych. Gdy dowiaduję się, że następnego dnia, to daję pieniądze na kabel do drukarki. Chłopak wieczorem przychodzi sprawdzić jaka ma być końcówka, żeby pasowało wejście do drukarki i komputera (mój syn ponownie wali focha).
    Wtorek- trzecia rano, budzę się ze snu, u syna pali się światło. Spotykamy się przed drzwiami łazienki
-czemu nie śpisz? Ta twoja(mam na myśli dziewczynę) się wyśpi, to potem w dzień może chodzić do pracy i zarabiać. A ty w nocy siedzisz, a w dzień śpisz.
- przecież maluję, kiedy mam to robić?
- w dzień, gdy nie muszę płacić za światło
- wtedy zawsze mnie po coś wołasz
    Fakt, czasami, gdy trudno mi wstać, to go wołam. Przez ścianę nie widzę, czy właśnie maluje, leży, czy gra na komputerze, więc gdy potrzebuję to wołam. Dopiero gdy przychodzi i stając w drzwiach mówi nooooooooooo, orientuję się, że wołałam nie w porę.
    Swoją drogą zastanawiam się czy kiedyś uda mi się porozumieć z własnym dzieckiem. Jak na razie, to większość naszych rozmów, bez względu na to czego dotyczą, kończy się obopólną irytacją. Najczęściej i najbardziej wściekam się wtedy, gdy okazuje się, że coś czego potrzebuję użyć jest albo zepsute, albo nie wiadomo gdzie schowane lub już dawno wyrzucone(bo przecież się popsuło). Tylko dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? Czy ja jestem duchem świętym, żebym wiedziała, że czegoś nie ma, choć ja myślę, że jest. W mojej świadomości jest zakodowane, że na coś kiedyś dawałam pieniądze, bo zdaniem syna było to w danym momencie niezbędne(jemu) , ale jak przychodzi moment, że ja tego potrzebuję, to okazuje się, że nie mogę z tego skorzystać. Mój syn jest chyba jedynym w tym kraju człowiekiem, który ma na zawołanie, to czego w danym momencie potrzebuje, tyle tylko, że potem nigdy nie wie czy to coś działa, gdzie to jest. Niedługo dojdziemy do najgłupszej na świecie sytuacji, że będę musiała kupować wszystko w dwóch egzemplarzach(jeden dla niego, drugi dla siebie), by mieć pewność, że jeżeli będę chciała z czegoś skorzystać, to mam to schowane we własnej szafie(mebel ten długości 3 metrów, pełni u mnie rolę wszechstronnego regału).
    Na miłość jestem za stara, na robienie tego co sprawia mi przyjemność zbyt wymagająca(po co mi drukarka i to sprawna na dokładkę?). Czy mam się ograniczyć tylko do zmywania naczyń, robienia psom jedzenia i czekania na listonosza, gdy przynosi rentę?

 

26 lutego 2010 08:58 OTO CAŁA JA

Chciałabym wyglądać tak(ilustrację zaczerpnięto z Grafiki-Goole)

   Komentarz „Zrodzonej z” do mojego tekstu o snach, uświadomił mi, że choć napisałam wiele o sobie , to jednak nie przedstawiłam się w całej „krasie”. Interpretacja „Zizi” bardzo mi się podoba, choć nie wszystko odczytywałabym tak samo. Pisze ona „obawiasz się swojej niepełnosprawności”. Nie do końca rozumiem co miała na myśli pisząc słowo „obawiasz się”. Ja po okresie dziecięcego buntu „dlaczego to właśnie ja muszę być kaleką?”, pogodziłam się z faktami i zaczęłam szanować oraz doceniać swoje „krzywulce” czyli niedoskonałe, ale jednak wspaniałe nogi, bo chciały mnie nosić(gdyby nie one nigdy bym nie poznała co znaczy chodzić)- dlatego je pokochałam i wielbię do dziś. Żadna inna część mojej osoby nie jest przeze mnie tak faworyzowana. Co prawda nigdy ich nie depilowałam(wtedy gdy może powinnam była to robić jakoś nie było to uznawane nie tylko przeze mnie ale i przez moje koleżanki), pedicure pierwszy raz robiłam w wieku 50 lat(wykorzystując umiejętności zawodowe siostrzenicy). Zdejmowałam sobie tylko paznokcie, gdy „zgniecione” wisiały na palcach z jednej strony(efekt noszenia przyciasnych butów ortopedycznych). Zawsze uda miałam za grube i niekształtne, w kolanach przykurcze na maksa, ale za to łydki akuratnie. Płaskostopie leczyły wkładki ortopedyczne, nawet wtedy, gdy buty ortopedyczne przestały mi przysługiwać. Nie pamiętam jak wyglądały buty ortopedyczne z mojego dzieciństwa, ale jako nastolatka miałam buty z wysoką cholewką aż do kolan- brązowe pełne lub z dziurkami. Szczytem obuwniczego szyku były czerwone trzewiki na skórzanych spodach z kilkucentymetrowym słupkowym obcasem. Wtedy naprawdę czułam się jak kobieta. W późniejszych czasach kupiłam sobie białe pantofelki z podobnym obcasem, ale je nosiłam krótko, bo przód buta był przyszyty do zelówki rzemykiem na „okrętkę”. W chwili gdy rzemyk się przetarł, noga wylazła z buta. Na chrzciny syna „wojskowy” szewc obstalował mi beżowe półbuciki zapinane na paseczek i na gumowej koturnie. Zazwyczaj kupuję buty płócienne, bo one się „naciągają” do sztywnej stopy, ale bardzo lubię ładne buty. Dlatego doskonale rozumiem kobiety, które do tej części garderoby, przywiązują tak wielkie znaczenie. Nie mniej ważne były dla mnie rajstopy. Pamiętam dzień kiedy uprosiłam matkę, by mi dała jedne ze swoich nylonowych pończoch. Nie lubiłam nosić pasa, ale wtedy podwiązki nie były popularne, więc musiałam czymś podtrzymywać te wymarzone „stylony”. W moim przypadku, gdy upadałam bardzo często, nie było to praktyczne, bo jeden upadek kończył żywot pończoch czy rajstop. Noga jednak tak ładnie w nich wyglądała, że próżność brała górę nad rozsądkiem. Moim wielkim marzeniem były czarne kabaretki, które kiedyś zobaczyłam chyba u mojej siostry. Miałam obsesję na ich tle do tego stopnia, że matka zrobiła mi szydełkiem „oczkowe rajstopy” udające kabaretki(były cytrynowo żółte) i wyglądały komicznie, ale ja je kochałam. Kiedy pończochy zostały całkowicie wyparte przez rajstopy, to uwielbiałam ciemne z połyskiem. Teraz już nie wciągnę rajstop, bo nogi są za sztywne, dlatego ich miejsce zajęły rozciągliwe spodnie. Bardzo podobały mi się leginsy, bo tak zgrabnie opinały nogę, ale moje monstrualne uda, sprawiały, że na mnie nie wyglądały one tak seksi jak na innych przedstawicielkach płci pięknej. Zastanawiacie się dlaczego tyle rozprawiam o swoich nogach? No cóż, od nich bierze się moja niepełnosprawność i jeżeli miałabym się jej obawiać, to musiałoby to być za ich przyczyną. Tak więc nie sądzę bym „obawiała się swojej niepełnosprawności”. Całkiem inaczej ma się sprawa z piersiami, te od początku gdy tylko zaczęły się kształtować, były powodem mojego niezadowolenia. Zbyt szerokie, przygarbione plecy, sprawiały, że małe, nie sterczące piersi były schowane i nie stanowiły „ozdoby” mojej osoby. Wiele razy wyczuwałam skrepowanie innych kobiet, tych o pięknym, dorodnym biuście, gdy wpatrywałam się w nie z zachwytem i „zazdrością”. Wszystkie kobiety z naszej rodziny(poza mną i siostrą) miały tę część ciała piękną, proporcjonalną i po mistrzowsku „wyrzeźbioną”. Ja też tak chciałam. Moja siostra swój wizerunek ratowała noszeniem „powiększających” i „usztywniających” biustonoszy(np. bardotek), ale mnie nawet one nie pomogły. Dlatego zawsze miałam kompleksy na punkcie piersi. Sądzę, że obnażone piersi z mojego snu są bardziej symbolem dobrego serca i bogatego wnętrza niż kobiecości. Nigdy nie czułam się naprawdę kobieco, zawsze było jakieś ale. Tak jak u każdego człowieka, tak i u mnie powyżej biustu i ramion znajduje się głowa, której najważniejszymi elementami są twarz i włosy( o rozumie nie wspomnę, choć chyba go mam).Moją twarz uważano za ładną dzięki dużym piwnym oczom. Kształtny jak mi się wydaje nos i niezbyt duże usta, podnosiłyby wartość mego lica, gdyby nie dwa „”brodawkowate” znamiona, które pojawiły się w różnym czasie mojego rozwoju. Od urodzenia jestem szatynką, o cienkich, mało podatnych na kręcenie włosach(zmora mojej „elegancji”). Mogłabym chodzić z wałkami na głowie dzień i noc, a i tak po ich zdjęciu, włosy ledwo by falowały. Nigdy nie mogłam ułożyć takiej fryzury jaką chciałam, bo moje włosy się nie dawały poskromić. Bardzo długo na życzenie matki nosiłam włosy długie(w warkoczach, kucykach, w koczkach, końskim ogonie, rozpuszczone trzymane przez opaskę i koniecznie z grzywką). Zaledwie kilkanaście razy robiłam trwałą, farbowałam na rudo dwa, a na blond raz. Teraz mam je krótkie, zakrywają uszy, a „urodzeniowy” kolor przetyka siwizna. Z powodu wrodzonych, silnych przykurczy nigdy nie wiadomo było jaki tak naprawdę mam wzrost, bo przy mierzeniu nie potrafię się wyprostować na całą długość. W rysopisie mam więc zapisane 165 cm. Dłonie mam szczupłe o długich palach i wiecznie połamanych paznokciach. W chwilach zdenerwowania nie obgryzam ich, ale za to obskubuję. Teraz już wiecie jak wyglądam, a przynajmniej możecie sobie przy odrobinie wyobraźni sporządzić mój portret. Gdyby wierzyć, że tęga kobieta z mojego snu, to „projekcja mojej własnej osoby”, to jest w tym trochę prawdy, gdyż po ciąży nie wróciłam do swoich 60 kg tylko zaczęłam przybierać w partiach poniżej pasa. Obecnie ważę jakieś 85 kg, ale 90 też nie jest wykluczone(dlatego tak ciężko mi chodzić). Powinnam mniej żreć(szczególnie słodyczy) i więcej spacerować, by to zrzucać, ale moje ukochane nóżki się buntują. No i to już chyba wszystko-oto cała ja. Na zakończenie dodam tylko, że gdyby wśród czytających znalazł się wolny, w stosownym wieku osobnik płci męskiej, to może dać znać o swoim istnieniu w komentarzach. Moja znajoma(od niedawna bardzo przeze mnie lubiana) twierdzi bowiem , że „chłopa mi trzeba”, bo z nim świat wydałby mi się ciekawszy. Kto wie , może Ona ma rację?

a wyglądam tak, wystarczy dorysować oczy, usta i nos oraz założyć perukę.

24 lutego 2010 13:58 "DANTEJSKIE SCENY" czli tragi - farsa w jednym akcie

Pierwszy z opisanych ostatnio przeze mnie snów, okazał się przestrogą przed czekającą mnie 23 lutego, wizytą u lekarza pierwszego kontaktu. Przebiegu rozmowy z panią doktor opisywać nie będę, bo była ona tak przykra i wnerwiająca, że jeszcze dziś gdy o niej myślę, to odechciewa mi się jakiegokolwiek leczenia. Zanim przekroczyłam próg gabinetu, odsiedziałam swoje na korytarzu i o tym chciałabym teraz opowiedzieć.

-zjawiam się w przychodni 10 minut przed terminem wizyty. Okazuje się, że pani doktor rozpoczęła przyjmowanie z opóźnieniem, więc przede mną jest jeszcze 5 pacjentek. Siadam i cierpliwie czekam, odsyłając syna( który mnie przywiózł ) do domu, by nie udzieliło mi się jego zniecierpliwienie, że trzeba będzie czekać ponad godzinę. Na jednego pacjenta bowiem wyliczono 15 minut, co zupełnie nie sprawdza się w przypadku mojej lekarki.
- około godziny 11.15 podchodzą pod gabinet 2 kobiety: młodsza około lat 40 prowadzi starszą, bardzo szczupłą wysoką kobietę. Okazuje się, że staruszka upadła(nie wiem czy w domu, czy na ulicy) i w związku z tym potrzebna jest konsultacja lekarza. Młodsza niewiasta sadza poszkodowaną na krześle, a sama miota się między dwoma sąsiednimi gabinetami, próbując dowiedzieć się, która z dwóch przyjmujących lekarek, zechce zająć się obolałą i mocno cierpiącą kobietą. Jedna lekarka stanowczo odmawia przyjęcia twierdząc, że ma jeszcze 5 pacjentów zapisanych, a później o godz. 13 wychodzi na wizyty domowe. Pozostaje tylko moja lekarka, do której czeka 6 zapisanych na konkretne godziny pacjentów, w związku z czym, kobieta dowiaduje się, że ma czekać- jak pani doktor zdąży, to przyjmie. Kobiety cierpliwie siedzą(starsza dzielnie próbuje maskować ból). Opiekunka jest spoza rodziny, bo zwracają się do siebie „per pani”, choć nie są sobie chyba obce.
- nikt z oczekujących na wejście do gabinetu, nie proponuje żeby przepuścić 82 letnią( jak się okazuje z toczonych rozmów), staruszkę. Gdy przychodzi moja kolej, mówię kobietom, by weszły zamiast mnie. Chcąc uniknąć niezadowolenia tych, którzy wchodziliby po mnie, oświadczam, że oni wejdą w swojej kolejności, bo ja poczekam do momentu, w którym miałyby wejść te panie, gdyby przyszła na nie kolej. Wszyscy zgromadzeni wyrazili uznanie dla szlachetności mojego gestu. Jednak nikt z „zapisanych” nie powiedział, że każdy poczeka te pół godziny dłużej, bym ja mogła wejść w swojej kolejności, rozszerzonej o nagły wypadek. Prościej było, żebym ja odsiedziała 2 godziny dłużej, bo po co byłam taka wyrywna. No właśnie, po co? Odpowiedź jest prosta- tak mnie wychowano” :starszych szanować, miejsca ustępować, słabszym pomagać i chronić”. Dodatkowa ironia całej tej sytuacji, to fakt, że po wyjściu od lekarza, ta starowinka siedziała jeszcze godzinę na holu głównym, w oczekiwaniu na karetkę. Proponowałam opiekunce sfinansowanie taksówki do szpitala, ale odmówiły, twierdząc, że chora w karetce będzie mogła się położyć. Kiedy karetka przyjechała, to okazało się, że jest w niej już pacjent i choć kobietę zabrano, to chyba miejsca leżącego jej nie zagwarantowano. Z urywków rozmowy obsługi karetki z zainteresowanymi, można było wywnioskować, że opiekunka nie została zabrana, bo padły słowa „przykro mi ja pani nie zabiorę, bo w karetce mam już jedną osobę”. Jeżeli wyciągnięte przeze mnie wnioski były prawidłowe, to być może pani ta pożałowała, że odrzuciła ofertę pojechania do szpitala taksówką, bo byłaby i wcześniej i wygodniej.
- w międzyczasie do przychodni przychodzą jeszcze 4 pacjentki bez zapisu i miotając się między gabinetami, próbują ustalić, u której lekarki będą miały szansę na przyjęcie. Jedna z nich –nauczycielka muzyki w szkole średniej, przyjechała spod Warszawy, gdzie odchorowywała zapalenie oskrzeli, w domu córki. W tym dniu powinna stawić się do pracy, ale nie wie czy już jest zdrowa, czy też powinna dostać dalsze zwolnienie(stąd tak bardzo chciała dostać się do lekarza). Lekarka, która nie chciała jej przyjąć, twierdząc że o 13 wychodzi na wizyty domowe, siedziała w swoim gabinecie, po załatwieniu swoich pacjentów jeszcze dobre 30 minut. Mogła w tym czasie przyjąć tę pacjentkę, ale zabrakło dobrej woli.
- nadchodzi moment, kiedy wszyscy „godzinowi” pacjenci spod gabinetu mojej lekarki zostali załatwieni. Na korytarzu zostają „trzy gracje” bez zapisu: pani nauczycielka, mocno niedowidząca ponoć 80 letnia kobieta, która przyszła by uzyskać od lekarza zaświadczenie o stanie zdrowia, bo ma wyznaczony termin na operację oczu( ma się odbyć w Legionowie) no i oczywiście ja. Najpierw wchodzi do gabinetu nauczycielka, bo się spieszy do pracy(gdyby nie dostała zwolnienia). Po niej ma wejść 80 latka, bo jest nie zapisana, a potem ja, bo ja jestem zapisana, więc mnie pani doktor nie mogłaby odmówić przyjęcia nawet gdyby dobiegł końca czas urzędowania. (taka kolejność ustaliłyśmy między sobą, gdy innych pacjentów nie było, a ostatni  "numerkowy" siedział w gabinecie). W trakcie oczekiwania na wejście do gabinetu, obserwuję jak napływają kolejni pacjenci  zapisani między godziną 13.55 a godz.15.00. Bojąc się, że mogłabym siedzieć jeszcze dalsze godziny, postanawiam wejść przed nimi, wychodząc z założenia, że swoje pod gabinetem odsiedziałam, nie przyznaję się, że jestem tą bez „zapisu”. Kiedy w gabinecie przebywała niedowidząca kobieta, ja poprosiłam młodą niewiastę, która miała wejść do gabinetu po mnie, by pomogła mi wstać z krzesła, bo mam z tym problem. Ona spełnia moją prośbę. Gdy się podnoszę odzywa się starsza pani w stylu „nie rusz ,bo mam kapelusz” tymi oto słowami: ”jak pani tak ciężko wstać, to o laseczce trzeba chodzić”. W tym momencie mój stoicki spokój, który starałam się zachować w czasie tych 3 godzin, nagle ulatuje i głosem podniesionym , pełnym irytacji mówię „niestety nie mogę chodzić o lasce, bo mam problemy z utrzymaniem równowagi”. Paniusia jednak nie odpuszcza i jako znawczyni przedmiotu odpowiada „to po domu trzeba chodzić, żeby potrenować”. Między nami stoi młoda kobieta, która pomagała mi wstać i pewnie zastanawia się w co została wmieszana. Ja wychylam się zza jej pleców i warczę na maksa już poirytowana „od 55 lat jestem kaleką, i chyba wiem czy laseczka by mi pomogła czy nie”. Wreszcie pani „łapie focha” i się nie odzywa, a ja trzymając się dziewczyny podchodzę pod drzwi gabinetu, by o godz.14.25 wkroczyć do niego szczęśliwa, że wreszcie mi się udało.
- moja obecność u pani doktor trwała 25minut, w czasie których „wyszłam z siebie i stanęłam obok”(musiałam relacjonować cały przebieg rocznego, póki co nieskutecznego leczenia nóg) oraz odczekać wypisywanie wniosku do szpitala dla mężczyzny po dwóch zawałach, który rano się źle poczuł. Wizyta była długa nie tylko z mojej winy, ale to mnie, czekający przed gabinetem chcieli „zlinczować” wzrokiem, gdy wreszcie wyszłam. Z tych nerwów nie sprawdziłam recept(w domu okazało się, że pani doktor nie wpisała trzech najważniejszych leków: (na tarczycę, na zapalenie i przeciwbólowego) i nie zapytałam w zabiegowym(co nakazała lekarka) czy w przychodni wykonuje się badanie, które ona chciała zalecić.
- stałam przed wejściem do przychodni czekając na taksówkę gdy na ulicę wyszła kobieta z godz. 13.55. Spieszyła się, bo ubierała się w biegu. Mimo to, zatrzymała się i zapytała czy nie potrzebuję pomocy. Był to bardzo miły gest. Podziękowałam mówiąc, że czekam na taryfę. W chwili, gdy samochód podjechał na schodach pojawił się mężczyzna, który na tym samym korytarzu czekał na wizytę u innej lekarki(nota bene kierownika przychodni), która miała rozpocząć przyjmowanie pacjentów o godz. 14.00, a rozpoczęła z 25 minutowym opóźnieniem, choć na terenie przychodni przebywała już od godziny 13-tej.(podobno odbywała rozmowę z panią dyrektor. No i niby w porządku, tylko dlaczego robiła to w czasie przeznaczonym dla pacjentów czyli ich kosztem?). Owego mężczyznę poprosiłam o pomoc w dojściu do taksówki, bo przy krawężniku były resztki brudnego, zlodowaciałego śniegu, na którym mogliśmy oboje wywinąć orła. Usadowiłam tylną część swego ciała na siedzeniu, ale zesztywniałe nogi nie chciały się wpasować. Na szczęście taksówkarz był miły i wtaszczył je za mnie do taksówki. Kiedy podjeżdżaliśmy pod dom, jadąc wzdłuż budynku stojącego prostopadle do mojego, okazało się, że przed jedną z bram zaparkowano samochód półciężarowy, który tarasował chodnik na tyle skutecznie, że dojechać do mojego bloku się nie dało. Kierowca taxi poprosił mężczyznę w roboczym ubraniu, stojącego obok „zawalidrogi”, by odjechał samochodem, ustępując nam miejsca. Mężczyzna odrzekł, że schowa na pakę, to co trzymał w rękach(element metalowej konstrukcji) i pójdzie po kierowcę, ale najlepiej będzie jeżeli to my wybierzemy inną drogę dojazdu. Mój „driver” zapytał, czy ten pan pokryje rachunek z taksometru, gdy każe nam robić objazdy. Facet nic nie odpowiedział, wrzucił „to coś” do samochodu i poszedł w kierunku jednej z bram. Po dłuższej chwili oczekiwania, gdy nie wiedzieliśmy kiedy zjawi się właściciel stojącego samochodu, wycofaliśmy taksówkę i podjechaliśmy pod moją bramę z innej strony. „Zawalidroga” stała nadal na swoim miejscu, a kierowcy nie było widać. Miałam ochotę zadzwonić po straż miejską, ale byłam już zbyt zmęczona. Poza tym obawiałam się, że zanim przyjadą to „powód „ wezwania zdąży się ulotnić. Rachunek był nieznacznie wyższy niż ten, na który miałam odliczone pieniądze(jeżdżę do lekarza rzadko, ale tak jak taksówkarze z „mojej” korporacji mnie znają, tak ja wiem ile wynosi koszt kursu przychodnia-dom). Nie chcąc narażać taksówkarza na stratę finansową podałam mu banknot 100 zł. Był bardzo niezadowolony, bo jak się okazało, w swoim portfelu miał tylko taką właśnie kwotę, rozmienioną na 20 i 10 złotówki. Rozliczając się ze mną, pozbywał się wszystkich drobnych. Doszliśmy jednak do porozumienia(tak się czasem zdarza między kulturalnymi ludźmi) i pan nawet zaproponował podprowadzenie mnie pod bramę. Na szczęście w tym momencie z budynku wyszedł Paweł, syn mojej sąsiadki i pomógł mi dotrzeć do klatki. Moja długa eskapada do lekarza, zakończyła się szczęśliwie. Mam nadzieję, że szczęście nie opuściło także potłuczonej staruszki i znalazła ona w szpitalu odpowiednia opiekę, podobnie jak mężczyzna po dwóch zawałach. Liczę również na to, że kobieta oczekująca na operację oczu, będzie mogła wyleczona, szybko powrócić do czytania książek. Nic jej tak nie martwiło jak fakt, że zły wzrok nie pozwalał jej czytać, a to była jej ulubiona rozrywka. Podobno dobro okazane powraca do nas podwojone. Do mnie nie musi ono przychodzić jeżeli tylko te osoby, które moim zdaniem były najcięższymi przypadkami( z tych z którymi w tym dniu się zetknęłam), swoje pobyty w szpitalach zakończą pomyślnie.
Epilog(24.02. br godz.12.15)
- dodzwoniłam się do przychodni o godz. 10.30 i dowiedziałam się, że w środy pani doktor przyjmuje od 11-tej, więc w sprawie recepty mam dzwonić o 11. 3o. Zadzwoniłam o 12.15 i pytam w registraturze czy wykonują badanie, o które kazała spytać pani doktor. Osoba po drugiej stronie słuchawki pyta” czy chodzi o HBS..” .Odpowiadam, że zacytowałam jej całą wypowiedź lekarki i nie wiem czy to ma skrót taki czy inny. Otrzymałam odpowiedź twierdzącą, więc poprosiłam o połączenie z lekarką, wyjaśniając od razu, dlaczego chcę tej rozmowy, by uniknąć sytuacji, która mi się już przydarzyła, że zapytano mnie „a w jakiej sprawie”?.
- po połączeniu z lekarką, przedstawiłam się, wyjaśniając jednocześnie po co dzwonię. Usłyszałam: „tak dobrze, wypiszę receptę, tylko proszę przynieść karteczkę do registratury z nazwami leków”. Kiedy zapytałam czy nie mogłabym jej tych nazw podać przez telefon, aby recepta już czekała na tego, kto ją w moim imieniu odbierze, usłyszałam zniecierpliwiony głos „no dobrze niech pani powie jakie to leki, tylko szybko, bo mam bardzo dużo pacjentów”. Zastanawia mnie dlaczego to zawsze ja muszę wysłuchiwać jak to pani doktor jest bardzo obarczona pacjentami. Podobnej tyrady wysłuchałam wczoraj i w grudniu. Obawiam się, że będę wysłuchiwać przy następnych wizytach, bo zdaniem mojego syna, dotychczasowa lekarka(ta druga z wczoraj przyjmujących przed południem), nie tylko poinformowała panie z registratury, „że zmieniam lekarzy jak restauracje”(miała chyba na myśli rękawiczki, ale niech jej będzie), ale także podzieliła się swą wiedzą na mój temat z obecnie mnie leczącą lekarką. Lecząca mnie teraz pani doktor wykazuje wielkie zniecierpliwienie, gdy wchodzę do gabinetu, całkowity brak znajomości mojej historii choroby(pod tym względem poprzedniczka biła ją na głowę, już przy drugiej wizycie, znała wszystkie niuanse mojego stanu zdrowia). Nie wiem dlaczego coraz częściej odnoszę wrażenie , że zaczynam być dla personelu naszej przychodni „persona non grata”. Miałabym ochotę zacząć korzystać z prawa zamawiania wizyt domowych, ale kiedy pomyślę, że dojście do mnie i powrót do przychodni, to przyjęcie dwóch dodatkowych(wcale nie mniej ode mnie chorych pacjentów) lub odpoczynek, który jako człowiekowi, też się pani doktor należy(ona uważa, że ja jej odmawiam prawa bycia człowiekiem. Ciągle mi powtarza, „lekarz, to też człowiek”(przepraszam a pacjent, to niby kto?), to rezygnuję z takiego rozwiązania i stawiam się w przychodni.

 

22 lutego 2010 14:10 SNY

   Ostatnie dwie noce były koszmarne i to nie tylko dlatego, że dawał mi się we znaki ból nóg, przez który budziłam się co półtorej godziny. Do takich drzemek przyzwyczaiłam się przez ten rok, w czasie którego walczę z zapaleniem tkanki podskórnej. Z soboty na niedzielę miałam taki oto sen:
- znajduję się w pomieszczeniu, gdzie stoi biurko i wysoka kozetka nakryta białym prześcieradłem
- siedzę naga do pasa a przede mną stoi mężczyzna i osłuchuje mnie stetoskopem
- w pewnej chwili obejmuje mnie, zaczyna całować po twarzy i kusząco szepce do ucha, bym wyjechała z nim za miasto do jego domu.
- ja z początku zszokowana sztywnieję, ale już po chwili oddaję pieszczoty i pocałunki, wyrażam zgodę na wyjazd
- nagle otwierają się drzwi w progu staje mała, tęga kobieta i podniesionym głosem pyta: „co się tu dzieje”
- mężczyzna odchodzi ode mnie i pochyla się nad biurkiem, coś pisze
- ja zaskoczona wtargnięciem kobiety, zastanawiam się czy widziała co między nami zaszło, zsuwam się z kozetki, wkładam białą bluzkę, podchodzę do biurka, biorę receptę z rąk mężczyzny i wychodzę. W progu mijając kobietę mówię podniesionym głosem, że złożę skargę w dyrekcji na jej niewłaściwe  zachowanie
- idę do apteki, tam okazuje się, że nie mogę zrealizować recepty, bo jest ona źle wypisana. Wracam do gabinetu lekarza
- znajduje się tam już inny mężczyzna, który po moim krótkim wyjaśnieniu o co mi chodzi,  poprawia receptę. Idąc do drzwi napotykam tę sama kobietę, która przygląda mi się natarczywie, a ja mijając ją mówię: ”odpowiedź na moje zażalenie ma być udzielona na piśmie”. W tym momencie budzę się i wracam do rzeczywistości.
    Nie mam w domu wartościowego sennika. Kiedy jeszcze pracowałam w bibliotece, to wśród zwróconych przez czytelników książek, znalazłam małą książeczkę w formie maszynopisu, która na okładce miała napis „Sennik”. Nie wiem przez kogo został on napisany, ale kiedyś próbowałam tłumaczyć sobie sen za pomocą słów w nim zawartych i nie wyszło mi nic sensownego. Dlatego tego snu nie próbowałam w ten sposób interpretować. Czy ten sen wyrażał moją skrywaną w podświadomości tęsknotę za flirtem, romansem za uczuciem? Najdziwniejsze jest jednak to, że w niedzielę wieczorem moja znajoma napisała do mnie maila, w którym polecała mi znalezienie sobie przez internet towarzysza życia na stare lata, a przecież o moim śnie nie miała pojęcia.
    Z niedzieli na poniedziałek noc była jeszcze gorsza, bo leki przeciwbólowe mi się skończyły, nie miałam jak przynieść sobie ulgi w cierpieniu. Jeżeli udało mi się zapaść w sen to od 1.oo do 3.oo i od 5.oo do 7.oo. W trakcie tego drugiego snu „przydarzyło" mi się coś takiego:
- jestem gdzieś, nie wiem czy jest to pomieszczenie czy otwarta przestrzeń. Wraz ze mną jest troje ludzi: dwóch mężczyzn i najmłodsza wśród nas młoda dziewczyna.
- relacje pomiędzy mną a tymi osobami są dziwne:
a) ja skrycie podkochuję się w najstarszym mężczyźnie(starszym ode mnie o kilka lat), a on się tego domyśla i dlatego patrzy na mnie trochę pobłażliwie, trochę ironicznie
b) jego brat, tak zwany średni z rodzeństwa, wie o moim uczuciu więc obserwuje nas z pobłażliwym uśmiechem i miną, która wskazywałaby na to, że wie o uczuciach swojego brata do mnie,  coś więcej niż ten chce okazać.
c) najmłodsza siostra jest mi bardzo życzliwa, traktuje mnie jak powiernicę i przyjaciółkę. Jest młodą buntowniczką, skłócona z rodzicami, zanosi się płaczem.
d) siadam obok niej, biorę jej stopę w swoje ręce i masuję ją. Potem obcinam jej długie paznokcie u nóg. Wtedy odzywa się najstarszy: „myślisz, że coś wiesz o relacjach pomiędzy rodzicami a naszą siostrą? Otóż nie masz o nich pojęcia". Nie odpowiadam mu, bo w tym momencie się budzę, nogi palą mnie tak mocno, że  czołgam się do łazienki zmoczyć nogi bardzo zimnym prysznicem, w nadziei, że ból zelżeje.
Tak jak pierwszy sen próbowałabym wytłumaczyć, tak tego drugiego już nie rozumiem wcale.
A wy co na to?

16 lutego 2010 23:44 MOJE ŚWIĘTO

 Za pół godziny wybije północ i rozpocznie się 17 lutego, dzień dla mnie szczególny, bo  skończę

                                                 55 lat.

                                                                                   

 Z mojego horoskopu, który zmieściłam jakiś czas temu, przy okazji omawiania "Kalendarza Iskier" wynika, że zarówno 5 jak i suma dwóch piątek czyli 10, to moje szczęśliwe liczby.  Tak więc ten rok powinien być udany, a jak będzie zobaczymy. Jeżeli wolno mi z okazji urodzin czegoś sobie życzyć, to przede wszystkim :

1. pragnęłabym, aby ci, którzy mnie czytają i czasami komentują robili to nadal.

2. chciałabym aby grono moich internetowych znajomych się powiększało, a ilość odwiedzin i komentarzy była wyższa

3. żeby zdrowie dopisywało mnie i Wam wszystkim

Cała reszta będzie możliwa do osiągnięcia jeżeli tylko znajdę siły i wytrwałość by  pracować i zachować poczucie humoru

16 lutego 2010 08:16 "To co tygryski lubią najbardziej"

 Właściwie chodzi tu o jedną starą tygrysicę czyli o mnie. W tej notce przedstawię trzy ostatnie blogi z nagrodzonych w V edycji konkursu Blog Roku 2009.
Mało mam w życiu przyjemności z tym większą radością przedstawiam blogi, które spodobały mi się najbardziej i które szczerze polubiłam:

 

  ŚWIATOOBRAZY „wyruszyliśmy w lipcu. Dokąd? Po prostu przed siebie. Dziś mamy za sobą 21000 km. Blog opowiada o podróży, która jest realizacją naszych marzeń, może stanie się inspiracją dla innych”. Ciekawie opowiedziane historie zwiedzanych miejsc, bogato ilustrowane zdjęciami. Nic dziwnego, że blog ten zdobył pierwsze miejsce w kategorii „Podróże i szeroki świat”. Wymarzony wprost blog dla ludzi, którzy chcą się dowiedzieć czegoś ciekawego i zobaczyć miejsca, do których sami mogliby nie trafić. Podziwiam odwagę i zapał tych młodych ludzi. Trzymam kciuki za szczęśliwy powrót do domu.

   I’M JUST STARDOG – CHAMPION „troje pozornie beztroskich popaprańców zmaga się z coraz bardziej otaczającą ich rzeczywistością. Minimalistyczna forma, maksymalistycznie wisielczy humor”. Tak pisze o swym blogu autor mieszkający w Vancuver, który z powodu przegapienia samolotu nie mógł uczestniczyć w gali wręczania nagród. Blog pisany bardzo lekkim stylem, szalenie śmieszny, gorąco go polecam ponurakom i wielbicielom dobrej zabawy. Nagrodzony został w kategorii „Absurdalne i offowe”.

  BREJKAM WSZYSTKIE RULE- „ zapraszam do lektury mojego poplątanego niecodziennika i najbezczelniej w świecie życzę państwu wesołej zabawy”. Tak pisze o swoim blogu młoda dziewczyna, która zwyciężyła w kategorii „Teen”, promującej blogi młodych ludzi. „Dziennik” pisany z humorem i dużą dozą autoironii, przyjemny w czytaniu, nie tylko dla młodych ludzi. Autorka o wdzięcznym Nicku „Bazyliszka” nie zabija wzrokiem, czego ja jestem najlepszym przykładem, bo w przeciwnym razie nie mogłabym napisać tych słów.

Na zakończenie dodam, że „ORWELL 2006” został uznany za najlepszy blog blogerów, a „OziGŚ” wygrał jako Blog Teen Blogerów.
Nagrodę Główną na Blog Roku otrzymał blog „ZIMNO”, a blogi „HATALSKA COM” i „PAULA I PAN ŚMIECIUCH” zdobyli wyróżnienia główne.
    Organizatorzy konkursu zdecydowali o przyznaniu 3 pozakonkursowych wyróżnień specjalnych dla blogerów, którzy w szczególny sposób przyczynili się do popularyzacji blogów. Są nimi blogi: http://ryszardczarnecki.blog.onet.pl;  http://bartpogoda.net;  http://www.blog.mediafun.pl .
    W zeszłorocznej edycji konkursu przyznano wyróżnienie pani Halinie Bieżuńskiej jako najstarszej blogowiczce w polskiej blogosferze. Wielka szkoda, że tradycja ta nie jest kontynuowana, bo jestem przekonana, że takich „matron” w naszej blogosferze jest więcej i warto byłoby je znaleźć i przedstawić w kategorii „Seniorzy”.
Mam nadzieję, że odwiedzający mojego bloga, podzielą się w komentarzach swoimi odczuciami na temat Konkursu Blog Roku jak i nagrodzonych blogów.

 

Poza Życiem lubię:

 

moje psy  starszą Vegę i młodszą Maszę, a także nowo poznanych znajomych:

"Śpiącą Niobe", "Zante", "Zrodzonąz", "Darię Nowak",  "Matyldę2000", "Pustą-literatkę", "Jolad6", "Precla", "Magdę", "Pszczółkę", "Li", "Daniela B."," Famme Fatale", "Martę", "Małego rycerza"," Marzek2", "PatrycjęI11",

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KSIĄŻKI - literatura kobieca. poezja

Książka w moim życiu odgrywała szczególną rolę. Zastępowała przyjaciół, rozrywki typu: dyskoteka, wyjście do kina, wycieczki czy uprawianie wymarzonego sportu czyli łucznictwa. Jako nastolatka czytałam Siesicką, Snopkiewiczową. Do dziś pozostałam wierna literaturze kobiecej, bo szukam w niej wielkiej miłości,która nie była moim udziałem w realnym życiu. Nie lubię fantastyki, literatury wojennej, a kryminałów przeczytałam zaledwie kilkadziesiąt. Kiedy znudzą mnie "romanse", to sięgam po powieść historyczną lub biografię. W tym dziale opowiem o tym co już przeczytałam lub co czytam. Trochę będzie o poezji i ulubionych poetach takich jak:Słowacki, Asnyk, Norwid, Jasnorzewska-Pawlikowska czy Kapuścińska.

CIEKAWYCH LUDZI

    Pierwszą osobą, o której powinnam w tym cyklu opowiedzieć, winna być Salomea Kapuścińska, bo ją w swoim życiu poznałam najwcześniej. Mam jednak nadzieję, że ci którzy przeczytają o Profesorze Waldemarze Voisé, zrozumieją dlaczego, to Jemu wyznaczyłam pierwsze miejsce w „szeregu”. Jakby to powiedział A. Mickiewicz: „ z racji wieku i urzędu” ten zaszczyt Mu się należał .

* prof. Waldemar Voise

* Salomea Kapuścińska

MOJE ZWIERZĘTA

.

MUZYKĘ z lat 1950-1990

Powiedzonko "muzyka łagodzi obyczaje" zna nawet młode pokolenie. Dla mnie piosenki ulubionych wykonawców były lekarstwem na nerwy, rozweselały w chwilach chandry, zastępowały przyjaciół w momentach samotności. Uwielbiałam oglądać festiwal w Opolu, bo na nim występowała plejada polskich artystów. Dzięki festiwalowi sopockiemu mogłam poznać piosenkarzy z innych krajów. Choć oba festiwale odbywają się do dziś, to ja jestem przywiązana do ich starych formuł i nie odnajduję tamtego klimatu. W ramach tego działu będę mówiła o swoich ulubieńcach i o wpływie ich utworów na moje życie.

 

ROBÓTKI RĘCZNE - szydełko, haft płaski

.Robótki ręczne lubię, ale od czasu, gdy naoglądałam się blogów w kategorii "Hobby" i zobaczyłam te wszystkie piękne rzeczy robione przez blogowiczki, to odechciało mi się. Co jakiś czas jednak porywam się z "motyką na słońce" i działam. W ramach tego działu będę zamieszczać w kolumnie głównej opisy tego co próbowałam robić.

* "Łacińska makatka"

FILMY - komedie romantyczne, melodramaty

    Ze względów zdrowotnych i w dużej mierze z powodu wstydu(nie lubiłam, gdy ludzie w kinie, teatrze czy innym miejscu publicznym się na mnie gapili), nie byłam nigdy  na "Kabarecie Jana Pietrzaka", na "Kabarecie Dudka", w Teatrze "Kwadrat" czy Teatrze Żydowskim. Raz by zaimponować chłopakowi ,o którym kiedyś opowiem byłam w Teatrze Wielkim. Żart, który opisałam znam  najprawdopodobniej z telewizji, bo w ramach obchodów 50 lecia powstania telewizji pokazywane są poszczególne skecze z kabaretów już wymienionych, a także  innych takich jak: "Kabaret Olgi Lipińskiej" czy "Kabaret Starszych Panów"(wyśmienitych zarówno pod względem poziomu proponowanego humoru jak i obsady aktorskiej). Telewizja obok muzyki i książki stanowiła źródło mojej rozrywki.  O swoich upodobaniach muzycznych już wspomniałam, dlatego też dziś przyszła kolej na telewizję.

*"Dom nad rozlewiskiem"

KRZYŻÓWKI

.

CZYTANIE CIEKAWYCH BLOGÓW

* blog Joanny Senyszyn.

GRY INTERNETOWE, PASJANSE

.