25 kwietnia 2012 01:00 Powrót
Luty miał być miłym miesiącem, bo wtedy przypadała kolejna rocznica moich urodzin. Tak się jednak nie stało. Miały w nim miejsce wydarzenia, które napełniły mnie goryczą, sprawiły ból. Ogarnęła mnie wielka wściekłość i postanowiłam zmienić zapatrywania na niektóre sprawy.
Dlatego też w marcu uzbrojona w nowiutką kartę kredytową rodzimego banku wybrałam się na zakupy. Wszak podobno nic tak nie poprawia humoru kobiecie jak sprawunki. Moim celem stał się sklep ze sprzętem rehabilitacyjnym. Niestety zajechałam tramwajem o jeden przystanek za daleko i aby dojść do sklepu musiałam odbyć długi spacerek. Na miejscu dokonałam jednak tak udanych zakupów, że warto było się zmęczyć. A oto plon moich starań:
Czwórnóg miał mi pomagać w poruszaniu się po domu i na niewielkich odległościach poza nim. Okazało się jednak, że powinnam kupić dwie sztuki- na prawą i lewą rękę, ponieważ przy jednej takiej podpórce chwieję się zbyt mocno i nie umiem się swobodnie poruszać.
Rotor poleciła mi moja sąsiadka, bym mogła w domu ćwiczyć nogi. Jak się okazało, kręcąc pedałami do przodu, wykonuję tylko połowę ruchu. Nie daję rady od wyprostowanych nóg przejść do zgięcia. Natomiast bez przeszkód wychodzi mi kręcenie do tyłu. Rodzina się śmieje, że do tyłu też dobrze. Jednak fakt, że nie potrafię wykonać pełnego obrotu do przodu niweczy mój zamysł kupienia sobie trójkołowego roweru, na który się bardzo napaliłam. Oczami wyobraźni widziałam już siebie śmigającą po parkowych alejkach na tym wehikule.
To jest prawdziwa rewelacja. Mój nowy „kochaś”. W porównaniu z dotychczas używanym ma same zalety. Po pierwsze jest cięższy a więc przednie koła mi się nie wznoszą, gdy nie jest obciążony zakupami. Co prawda zamiast ogromnej torby na zakupy ma zaledwie niewielki koszyk ale na moje własne potrzeby wystarczy. Posiada tackę, na której mogę przewozić posiłki z kuchni do pokoju i brudne naczynia w kierunku odwrotnym. Ma także coś czego mój stary wózeczek nie posiadał, daje się składać dzięki czemu mogę go zabierać do taksówki. Wreszcie przestałam być zależna od syna czy innej osoby by móc coś załatwić. Wszystkim mającym podobne problemy z samodzielnym chodzeniem gorąco polecam ten sprzęt.
W tydzień po dokonaniu tych zakupów wybrałam się taksówką do hurtowni pasmanteryjnej z długą listą rzeczy, które zamierzałam nabyć. Zamierzałam płacić kartą, więc nastawiłam się na istne szaleństwo. Niestety na miejscu okazało się, że mogę płacić tylko gotówką. Kupiłam znacznie mniej niż planowałam ale i tak byłam bardzo zadowolona. Nici do szydełkowania, które nabyłam pozwolą mi dziergać do woli. Niektórzy moi znajomi posiadają dowody mojej pracy przy użyciu tych nici. Przyjaciółka z Wrocławia zadzwoniła specjalnie by mi podziękować za kolorowe styropianowe jajo, które wysłane jako życzenia świąteczne, stało się ulubiona piłeczką dla Jej 2 letniej wnusi.
W marcu i kwietniu do banku pojechałam taksówką bez asysty, bo „kochaś” sprawdził się w terenie. Z banku wróciłam na piechotę, odwiedzając po drodze bazar, na którym nie byłam od dwóch lat. Tam także nie obyło się bez zakupów. W marcu kupiłam sobie letnie buty, a w kwietniu prezenty dla moich ukochanych dziewczyn, które w maju obchodzą urodziny. Lutowe przygnębienie nieco zmalało dzięki zakupowemu szaleństwu.
Od 15 kwietnia mam ciszę, spokój i żadnych nerwów. Mój syn bowiem wynajął sobie mieszkanie, mam nadzieję, że będzie tam mieszkał długo i szczęśliwie. Znalazł pracę i póki co jest z nowej pracy i samodzielności bardzo zadowolony.
Ja za Edytą Geppert mogę zanucić "Och życie kocham cię nad życie".

.jpeg)
.jpeg)

W dniu Barbórki byłam w kiepskim nastroju, bo sama nie mogłam pójść na cmentarz, by z okazji imienin Mamy zapalić znicz. Syn też się do tego nie kwapił, co miałam mu za złe. Uważam, że po tym ile moi rodzice zrobili dla niego, on powinien podziękować im za lata troski, tymi kilkoma wizytami w roku na ich grobie.
Za mną kolejna, kiepsko przespana noc. Na domiar złego lekarka nie przepisała mi "Relanium", które pomagało mi w zmaganiach z Morfeuszem. Ponieważ pora jest wczesna i nie chcę pobudzić domowników, postanowiłam opisać zdarzenie, które miało miejsce na początku sierpnia.
Minione 3 miesiące były najgorszymi z całego roku. Przed wyjazdem nad morze Oliwia obiecała mi pomoc w dwóch sprawach. Po pierwsze świnkę morską, na którą syn okazał się być uczulony, mieli zabrać bliscy dziewczyny. Po drugie miała nad morzem porozmawiać z K.J. o ich ewentualnym wspólnym zamieszkaniu w wynajętym przeze mnie mieszkaniu. Syn nie chciał słyszeć o wyjściu z domu i rozpoczęciu samodzielnego życia, bo musiałby zarobić na swoje utrzymanie. Oliwia nie chciała z nim zamieszkać, bo bała się, że on nie znajdzie pracy i ona będzie musiała go utrzymywać. Dotychczasowy układ, że on z kieszonkowego lub z moich pieniędzy spełniał jej zachcianki gdy była u nas, a w jej własnym domu żywili ją rodzice, był dla niej bardziej korzystny. Dlatego też żadnej z tych spraw nie załatwiła. Gdy po ich powrocie zaczęłam głośno mówić o osobnym mieszkaniu, to syn był bardzo zaskoczony i zły, a awanturom nie było końca. .jpg)
.jpg)