linki

"Szuflada Niobe"- http://spiacaniobe.blox.pl

"Czarno na białym" - http://zrodzonaz.bloog.pl

 "A ja słyszała" http://a-ja-slyszala.blog.onet.pl

"Czarownica zła" - http://czarownicazla.blox.pl

"Rozalia 44" -http://rozalia44.blog.interia.pl

"Graciarnia" - http://graciarnia.blox.pl

"Robótkowe szaleństwa" - http://www.jolad6.blogspot.com

"W stronę Precla" - http://preclowastrona.blox.pl

"Świat według Pszczółki" - http://pamiętnikpszczolki.blog.onet.pl

"Ja i moja niepełnosprawność"- http://magda-w-19.blog.onet.pl

"Kulinarne frustracje Daniela B." - http://kulinarnefrustracje.blox.pl

"Mały rycerz" - http: //malyrycerz.blox.pl

"Życie zaczyna się po pięćdziesiątce" - http://patrycjal11.bloog.pl

"Zabawa w słowa" - http://zabawawslowa.blox.pl

"Życie jest piękne" - http://monteki.blog.onet.pl

"Spotkania przy małej czarnej" - http://kawusiowo.blog.onet.pl

"Z punktu widzenia kobiety" - http://z-punktu-widzenia-kobiety.blog.onet.pl

"Zmienność w pożyczonej przestrzeni" - http://albedo.bloog.pl

"Różnie to bywa" - http://magdula.bloog.pl

"Polarnego- takie tam gadanie" - http://nicalbonic.blox.pl

"Baw się razem z nami" - http://ika53.blox.pl

"POPIERAM"- List otwarty do Minister Zdrowia - http://nazdrowie.pl/petycja-choroby-nerwowo-miesniowe

"Mój (nie)zwykły świat"- http:// ordinary-world.bloog.pl

"Zwiewny anioł" -http://zwiewnyaniol.bloog.pl

Archiwum

Notki

17 stycznia 2012 14:35 Nowy jak stary

   Witam wszystkich w nowym roku choć dla mnie zapowiada się on równie źle jak kończył się 2011.
Nową lodówkę kupiłam i już dwa dni po zakupie musiałam dołożyć do niej 250 zł, bo tyle zażyczył sobie pan monter z firmowego serwisu za przełożenie drzwi na lewostronne. Liczyłam się, ze usługa ta będzie kosztowała ale nie sądziłam, że aż tyle. Ponieważ w czasie między zepsuciem się jednej lodówki a kupieniem drugiej jedliśmy byle jak, bo kupowało się jedzenie każdego dnia, to gdy nowa chłodziarka już była, zaszalałam świątecznie.
    Między 19 a 23 grudnia nasza „współlokatorka” jeździła po całej Warszawie, w poszukiwaniu pokoju do wynajęcia. Bardzo mi pasowało, że odzyskam status właścicielki więc nie żałowałam pieniędzy na bilety dla niej i syna, który jej towarzyszył. W dniu wizyty w banku w celu wzięcia gotówki, zafundowałam im nawet taksówkę, ponieważ ona bała się ,że nie zdąży na umówione spotkanie i zaczęli się o to kłócić. Piątek przedświąteczny młodzi poświęcili na zakupy żywności i porządki. Do wigilii zasiedliśmy późno ale w dość dobrych nastrojach, choć śpiewania kolęd nie było, a i rozmowa się nie kleiła. Kolacja zakończyła się bardzo szybko i młodzi zniknęli w swoim pokoju. Dwa dni świąt upłynęły na totalnym lenistwie.

   Ostatni tydzień roku młodzi spędzili na planowaniu Sylwestra i w tym celu odbyli kilka spotkań. Ponieważ ten wyjątkowy dzień w roku mieli spędzić u kolegi syna na składkowym ubawie, to ja miałam mieć wolną chatę. Z rana zadzwoniła sąsiadka z zaproszeniem do siebie ale odmówiłam, bo nie byłam w najlepszej kondycji. Pomimo, że Sylwester miał być składkowy i poza domem, to było tak jak co roku. Syn zrobił zakupy, gdy z nich wrócił okazało się, że kolega u którego miano się bawić pokłócił się z dziewczyną, wpadł w zły nastrój i odwołał całą imprezę. Koleżanka panny J także przyjęła inną propozycję i młodzi zostali na lodzie. Gdyby panna J dołączyła do przyjaciółki, to byłby głęboki kanał. Na szczęście zachowała się z klasą i postanowiła spędzić ten wieczór z moim synem ale nastroje mieli raczej minorowe. Zaprosili co prawda dwóch kolegów ale to chłopcy bez partnerek więc było ich trzech a ona jedna. A ja? No cóż byłam wściekła, że historia z lat poprzednich się powtórzyła. W momentach kryzysowych zawsze przyjmowałam zasadę „śmiej się Cyganie chociaż serce z bólu ci pęka” i zaczęłam się wygłupiać, udając doskonały humor. Reakcja mojego syna była typowa dla niego „mamo czego się nawąchałaś”. Późnym wieczorem zadzwoniła babka syna z życzeniami. W rozmowie z Nią śmiałam się, dowcipkowałam i pocieszałam, bo 85 letnia kobieta ma kłopoty ze starszym synem. Zrobiło mi się Jej żal. Kiedy Jej powiedziałam żeby się nie zadręczała tylko zdała na wyroki boskie, to odpowiedziała „nie wiedziałam, że jesteś wierząca i w ogóle taka mądra”. Jeszcze dwadzieścia lat temu takie słowa byłyby dla mnie super komplementem. Teraz jednak moje myśli od dwóch miesięcy krążyły wokół innej 84- latki, która od 35 lat była bliska memu sercu jak matka.
    Niektórzy powiadają, że jaki Sylwester i Nowy rok taki cały rok. Dlatego też tego wieczoru słuchałam ulubionych utworów, takich przy których można tańczyć choć nie pląsałam. O północy poszłam do młodych na lampkę szampana i złożenie życzeń. Młodzi zakończyli balowanie po godzinie pierwszej.
    W pierwszy dzień roku ścięłam się z synem, wojowniczy nastrój trwał do Święta Trzech Króli. Wtedy to doszło do „bitwy na słowa”. Usłyszałam jak syn mówi do dziewczyny „nikt cię nie wygania i dlatego uważam przewożenie rzeczy za bzdurne”. Poszłam do jego pokoju i zapytałam po co było wynajmowanie osobnego lokum jeżeli jak widzę panienka ma mieszkać u nas nadal. Wtedy to dowiedziałam się, że w Wigilię między nimi zaiskrzyło więc mój syn chce by nic się nie zmieniało. Powiedziałam, że wybuch namiętności między nimi bardzo mnie cieszy ale jeżeli jest to coś wartościowego, to odległość między Żoliborzem a Ursynowem nie powinna być przeszkodą. Od tego momentu jestem wredną babą, która wyrzuciła zakochaną kobietę na ulicę. W ciągu kolejnych 4 dni panienka przeniosła do wynajętego pokoju swoje rzeczy. W czasie tych i kilku następnych dni mój syn zachowywał się skandalicznie. Próba rozmowy z nim na temat ostatnich wydarzeń nie przyniosła żadnych rezultatów. No chyba, że wielogodzinne picie(jego zdaniem 3 piwa) za pożyczone pieniądze uznać za efekt zrozumienia moich argumentów. Totalna klęska.
    Jedenastego stycznia odebrałam telefon, młoda kobieta poinformowała mnie, że matka mojego pierwszego mężczyzny, tego którego poszukiwałam przez ostatnie miesiące, zmarła miesiąc temu. Niestety to, co przeczuwałam już od jakiegoś czasu też okazało się prawdą. Jerzy nie żyje od 16 lat, zmarł na serce w sile wieku, nie dożywszy nawet pięćdziesiątki. Niejakim pocieszeniem przy tych Hiobowych wieściach był fakt, że ostatnie dwadzieścia lat swego życia spędził szczęśliwie z żoną i córką.
    Teraz chyba rozumiecie dlaczego nie mogę uważać, że ten rok będzie lepszy od minionego.
   Wam Moi Drodzy życzę samych pomyślnych dni przez calutki rok i przesyłam to:www.youtube.com/watch
 

22 grudnia 2011 12:02 Z całego serca

                  

 

                                  

    WSZYSTKIM BLOGOWICZOM

I INTERNAUTOM

                                               z okazji

             ŚWIĄT BOŻEGO NARODZENIA

  I  NOWEGO ROKU

                                                   ŻYCZĘ:

     Zdrowia i pogody ducha tyle,

   ile światełek na choince miga.

   Niechaj Mikołaj wór forsy przydźwiga,

   a los niechaj daje tylko dobre chwile.

 

   Radości i szczęścia miejcie tyle,

   ile bombek na gałązkach się mieni.

     Miłość niech Wam towarzyszy do przyszłej jesieni,

     a gdy zima znów nastanie,

     spotkajmy się za rok mili Panowie i urocze Panie.

 

17 grudnia 2011 20:06 Grudzień po grudzie

      W dniu Barbórki byłam w kiepskim nastroju, bo sama nie mogłam pójść na cmentarz, by z okazji imienin Mamy zapalić znicz. Syn też się do tego nie kwapił, co miałam mu za złe. Uważam, że po tym ile moi rodzice zrobili dla niego, on powinien podziękować im za lata troski, tymi kilkoma wizytami w roku na ich grobie.
    Grudzień to specyficzny miesiąc, czy chcemy czy nie, to i tak zaczynamy myśleć o świętach. Miałam nadzieję, że te będą spokojne ale nic na to nie wskazuje. Syn porzucił pracę znalezioną z takim trudem. Jutro ponoć idzie na kolejną rozmowę. Upodobanie do piwka powróciło a wraz z nim nasze złe relacje. Lodówka mi się popsuła i czeka mnie nieprzewidziany wydatek. W środę przyjdzie monter by stwierdzić co nawaliło, wtedy dowiem się ile to będzie kosztowało i czy zdąży ją naprawić przed świętami. Mogę mieć z tym kłopoty biorąc pod uwagę fakt, że od chwili zgłoszenia awarii do momentu przyjścia montera czeka się tydzień. Mój nie najlepszy humor siadł jeszcze bardziej.

   Od listonosza, który przyniósł rentę, kupiłam karty świąteczne, bo w tym roku postanowiłam wybranym przyjaciołom złożyć życzenia w staromodny sposób. Chwila gdy pisałam karty była jedynym miłym momentem w ciągu pierwszych dziesięciu dni grudnia. Co prawda uśmiechnęłam się gdy przeczytałam na blogu „Zrodzonej”, że planuje młodszej córce kupić rzutnik do wyświetlania bajek, bo sądziłam że już nikt w ten sposób ich nie ogląda. Ja rzutnik po moim synu wraz filmami zamierzałam przekazać Rozalii dla jej syna ale chyba ostatecznie go wyrzuciłam, uznając to urządzenie za archaiczne. Jak to miło pomyśleć, że są młodzi ludzie umiejący łączyć nowoczesne zdobycze techniki z tradycją znaną z własnego dzieciństwa. Bardzo mi brakuje takiego stylu życia, bo mój syn nie ma szacunku nie tylko dla mnie ale i dla wartości, które wyznaję- kupno nowej sztucznej choinki też uzna za zbędne.
Kilka dni później
     Monter od lodówki stwierdził, że nieszczelny jest układ chłodniczy, a syn że poszedł programator. Tak czy inaczej kazano mi wieźć lodówkę do punktu, by tam sprawdzono co jest. Po głębszym zastanowieniu i dokładnych wyliczeniach wyszło na to, że kupuję nową lodówkę. W piątek 16-tego bardzo źle się czułam, więc nie pojechałam po kredyt na nową chłodziarkę. Zrobię to w poniedziałek więc liczę, że w środę przedświąteczną będę miła już nowy sprzęt w domu. Siłą rzeczy zakupy świąteczne robić będę w ostatniej chwili. Na szczęście syn sąsiadki kupił mi piękną choinkę, a nowa znajoma syna Gwiazdę Betlejemską. Panna J. szuka dla siebie pokoju, bo związku z moim synem nie ma ochoty tworzyć.
    Wygląda na to, że choć syn będzie smutny, to moje życie wróci do normy. Nie mogę jednak uznać roku 2011 za udany, bo z wielu rzeczy musiałam zrezygnować a jeszcze więcej nie poszło po mojej myśli.

     Moje motto na grudzień: "pechowcowi cegłówka spadnie na głowę w drewnianym kościele".

28 listopada 2011 07:10 "Mała czarna"

  Za mną kolejna, kiepsko przespana noc. Na domiar złego lekarka nie przepisała mi "Relanium", które pomagało mi w zmaganiach z Morfeuszem. Ponieważ pora jest wczesna i nie chcę pobudzić domowników, postanowiłam opisać zdarzenie, które miało miejsce na początku sierpnia.
    Pewnego popołudnia siedziałam sama w domu, gdy rozległo się pukanie do drzwi. Za nimi stał niewysoki, korpulentny mężczyzna. Wcisnął mi w rękę kartkę okolicznościową a wraz z nią inną, na której było napisane, że prosi o wsparcie bo walczy o życie. Oddałam mu obie kartki i poszłam po pieniądze. Gdy wręczyłam mu monetę, to popatrzył na nią z takim zdziwieniem jakby po raz pierwszy widział coś takiego. Chwilę później ponownie zapukano do drzwi, a mężczyzna chrypiącym głosem, zapytał czy nie poczęstowałabym go kawą. Mówił cicho i niezrozumiale, dlatego wzięłam kartkę i długopis, by napisał czego jeszcze chce. Kawę miałam zrobić w słoiku, myślałam więc że chce suchej by móc zrobić ją sobie gdzie indziej. On jednak napisał, że ma być zaparzona i zapytał czy może wypić ją u mnie. Byłam tak zaskoczona jego propozycją, że nie wiedziałam co mam odpowiedzieć. Poszłam do kuchni by znaleźć odpowiedni słoik i przygotować mu „małą czarną”. Zdarzenie to pewnie nie wryłoby mi się w pamięć, gdyby nie fakt, że miało dalszy ciąg w czasie gdy byłam na urlopie.
    Któregoś dnia mężczyzna ów zapukał i zapytał syna czy nie mamy niepotrzebnej odzieży. Syn umówił się z nim na następny dzień i choć reklamówka z ubraniami nadal stoi na szafce w przedpokoju, to nikt po nią się nie zgłosił. Intrygujące w tej całej historii jest to, że mężczyzna rozpytywał o mnie sąsiadów. Powiedziała mi o tym koleżanka mieszkająca nade mną, gdy po powrocie z urlopu, umówiłam się z nią na piwo, by dowiedzieć się jak sprawował się syn w czasie mojej nieobecności. O synu dowiedziałam się przykrych rzeczy, które udowodniły iż nie jest on na tyle odpowiedzialny, by mógł zamieszkać samodzielnie. Powiedziano mi też, że jakiś mężczyzna pytał o „starszą panią”, która mieszka z mężem, a przed jej drzwiami stoi wózek. Było więc wiadomo, że chodzi o mnie, nie rozumiałam tylko jak można było wziąć dwudziestokilkulatka za mojego męża. Koleżanka powiedziała, że ją najbardziej rozbawiło określenie „starsza pani”, bo nigdy tak o sobie nie myślała(jesteśmy w jednym wieku).
    Postanowiłam napisać o tym zdarzeniu, bo nigdy dotąd nie zdarzyło mi się, żeby osoby proszące o wsparcie, zjawiły się pod moimi drzwiami ponownie.
 

15 listopada 2011 07:16 Trudne miesiące

   Dwudziestego piątego sierpnia przestąpiłam próg mieszkania i już na pierwszy rzut oka dało się zauważyć, że syn się napracował. Wszystkie pomieszczenia były wypucowane, a syn jakiś markotny. Zdziwiło mnie, że jest sam więc zapytałam czy podczas mojej nieobecności Oliwia z nim mieszkała. Powiedział, że się pokłócili ale ponieważ w czasie trzyletniej znajomości zdarzało się to już parę razy, to nie wzbudziło to mojego niepokoju. Podobno poszło o to, że dziewczyna w jego telefonie znalazła numer jakiejś innej dziewczyny i zrobiła o to awanturę. To była pierwsza z trzech wersji ich rozstania. O tym, że definitywnie ze sobą skończyli przekonałam się jakiś czas po powrocie.
    W piątek, sobotę i niedzielę na wieczór syn zapraszał swojego kolegę Tomka i jakąś koleżankę. Kiedy w sobotę rano zobaczyłam ją śpiącą w łóżku syna, po plecach przeszedł mnie dreszcz i aż się wzdrygnęłam na jej widok. Zastanawiałam się, skąd taka dziwna była moja reakcja. Przez ostatnie 10 lat przewinęło się przez jego pokój kilka dziewczyn i nigdy na ich widok nie miałam takich odczuć.

   Gdy zapytałam syna, co ona robiła w jego łóżku, to powiedział, że zasnęła w trakcie wieczoru, gdy grali na komputerze, a on nie miał sumienia jej budzić, by poszła do siebie. Niestety taki scenariusz powtórzył się w następne wieczory i wtedy było już jasne, że to nie przypadek. Kilka dni później wprowadził ją na stałe do naszego domu i był zdziwiony, że ja mam coś przeciwko. Uznał bowiem, że jeżeli godziłam się na pomieszkiwanie Oliwii , to dlaczego nie miałabym się zgodzić na to samo w stosunku do nowej panienki. Ona sama rozpoczęła „rządy” od zagonienia syna do porządków w jego pokoju. Przyznaję, że zrobiło to na mnie wrażenie, bo Oliwia ile razy chciała by posprzątał, zawsze trafiała na opór, a gdy sama próbowała uładzić jego bajzel, to była krytykowana, że coś ważnego mu wyrzuciła. Nic więc dziwnego, że po paru takich akcjach zaniechała wysiłków. Nowa panienka, panna J., 6 września skończyła 22 lata . Tyle o niej wiem. Z nazwiska mi się nie przedstawiła, a łzawą historyjkę jej trudnego życia przedstawił mi syn. Do chwili poznania K.J. , mieszkała w wynajętym pokoju, a jej gospodarz podobno robił jej niestosowne propozycje, podglądał w czasie kąpieli i wchodził do jej pokoju gdy spała. Ponieważ straciła pracę i nie było jej stać na zmianę kwatery, dlatego też syn mój udzielił jej schronienia jak mniemam już w czasie mojego urlopu.

   Od 7 września mój syn wraz ze swą nową znajomą rozpoczęli szkolenie a po dwóch tygodniach pracę. Mój syn przestał żłopać piwo po całych dniach(zastąpił je wodą mineralną), ograniczył się do dwóch piw po pracy. Powinnam być z takiego stanu rzeczy bardzo zadowolona, bo zawsze chciałam by poznał dziewczynę, która się za niego weźmie i postawi go do pionu. Może byłabym zadowolona z obecności tej dziewczyny w naszym życiu, gdyby nie to, że nie spytano mnie o zgodę na jej zamieszkanie, tylko postawiono przed faktem dokonanym. Gdy rozmawiałam z K.J. o tym jak to moim zdaniem powinno się odbyć, to przyznał się, że popełnił błąd ale nie zrobił nic by go naprawić. Przez kilka dalszych tygodni czekałam na to, by młodzi przyszli i porozmawiali ze mną jak widzą dalszą przyszłość pod moim dachem. Niestety nie doczekałam się. Dowiedziałam się tylko tyle, że razem zamieszkać nie chcą, bo gdyby z czasem się postanowili rozstać, to nie byłoby wiadomo, które ma się wyprowadzić. Kiedy ja mówię o nich para lub ich zażyłość nazywam związkiem, to mój syn protestuje. Wychodzi na to, że sami nie wiedzą co ich łączy i czego nawzajem od siebie oczekują. Syn tylko z uporem powtarza, że to dzięki J. zaczął pracować, ograniczył picie i wziął się za siebie. Pomimo, że dziewczyna nic mi nie zrobiła złego, to ja nie potrafię się do niej przekonać.

   Swoje pierwsze pensje w wysokości 800 zł wydali w ciągu tygodnia. Ona kupiła sobie ciepłe buty, komin zamiast szalika, czapkę i rękawiczki, a resztę podobno wydała na wspólne zakupy żywności. Mój syn natomiast część zarobku oddał za długi, których narobił we wrześniu, kupił jej ciepłą kurtkę za 130zł, a niewielką kwotę przeznaczył na papierosy, piwo, jeden pobyt w pubie i te zakupy żywności, których nie udało się wcisnąć na rachunki regulowane przeze mnie. Do chwili otrzymania wypłaty mój syn otrzymał ode mnie kieszonkowe, tak jak to miało miejsce wcześniej. W chwili obecnej oboje są już bez pieniędzy więc za wszystko płacę ja. Pomimo, że mój syn pracuje nie udało mi się nic zaoszczędzić i chyba nie prędko to nastąpi. Podobno dziewczyna część zarobków chce odkładać na wynajęcie sobie pokoju ale gdyby miała za niego płacić tak jak dotychczas 600 zł, to uzbieranie chociażby na jeden miesiąc potrwa jakiś czas. Ja żeby się pozbyć niechcianego gościa byłam skłonna dać jej pieniądze na pierwszy miesiąc. Moja siostra przekonała mnie jednak, że będą to wyrzucone pieniądze, bo nawet gdyby wynajęła dla siebie pokój, to i tak cały wolny czas przesiadywałaby w pokoju syna. Musiałam przyznać rację takiemu rozumowaniu. Doszłam do wniosku, że muszę się pogodzić z zaistniałą sytuacją i czekać na moment aż któremuś z nich wspólne mieszkanie w małym pokoiku się znudzi. Nie wiem tylko jak mam sobie poradzić z przeświadczeniem, że dziewczyna jest „wampirem energetycznym”, bo od czasu jej wprowadzenia się, ja czuję się cały czas bardzo słaba, ciągle śpię lub leżę. Ostatnie dwa tygodnie zmagałam się z grypą ale to nie tłumaczy wcześniejszego złego samopoczucia. Moja siostra uważa, że uprzedziłam się do dziewczyny już na początku i dlatego jeżeli coś złego dzieje się w domu, to przypisuję to jej.
 

3 listopada 2011 07:14 Wsopmnienia z wakacji

                 Minione 3 miesiące były najgorszymi z całego roku. Przed wyjazdem nad morze Oliwia obiecała mi pomoc w dwóch sprawach. Po pierwsze świnkę morską, na którą syn okazał się być uczulony, mieli zabrać bliscy dziewczyny. Po drugie miała nad morzem porozmawiać z K.J. o  ich ewentualnym wspólnym zamieszkaniu w wynajętym przeze mnie mieszkaniu. Syn nie chciał słyszeć o wyjściu z domu i rozpoczęciu samodzielnego życia, bo musiałby zarobić na swoje utrzymanie. Oliwia nie chciała z nim zamieszkać, bo bała się, że on nie znajdzie pracy i ona będzie musiała go utrzymywać. Dotychczasowy układ, że on z kieszonkowego lub z moich pieniędzy spełniał jej zachcianki gdy była u nas, a w jej własnym domu żywili ją rodzice, był dla niej bardziej korzystny. Dlatego też żadnej z tych spraw nie załatwiła. Gdy po ich powrocie zaczęłam głośno mówić o osobnym mieszkaniu, to syn był bardzo zaskoczony i zły, a awanturom nie było końca.
    Syn wrócił z wakacji opalony i to był jedyny dowód, że na nich był. Pomimo nagabywań i delikatnych aluzji, że chciałabym wiedzieć jak było, nie doczekałam się ani wspomnień ani prezentacji zdjęć. Któregoś dnia, gdy siedział w domu, bo Oliwia umówiła się z koleżanką, wspomniał tylko że mieli kłopoty z zapakowaniem walizek, gdy nadszedł czas powrotu. Bagaż Oliwii powiększony o rzeczy zakupione nad morzem, nie mieścił się w zabranej torbie podróżnej. Młodzi postanowili wysłać część rzeczy paczką ale wtedy pannę naszły obawy czy aby paczka nie zginie, a wraz z nią jej cenne ubrania. Do kartonu trafiły więc rzeczy mojego syna, nie wiem tylko dlaczego paczkę wysłano na jej adres. Z całej tej historii najbardziej ubawiło mnie to, że na 10 dni urlopu dziewoja zabrała 8 par butów.
    W czasie ich nieobecności ja rozglądałam się za mieszkaniem dla siebie. Znajoma powiedziała mi, że jej ciotka od września może mi wynająć pokój z kuchnią w Białołęce. Byłam gotowa pojechać i obejrzeć to mieszkanie ale wtedy okazało się, że gaz jest z butli, a opał trzeba kupować samemu. Nie bardzo widziałam siebie dźwigającą wiadro z węglem czy rąbiącą szczapy do pieca. Zaczęłam w Internecie przeglądać oferty mieszkań do wynajęcia, a było w czym wybierać. Tak się jednak składało, że mieszkania, które byłyby w zasięgu moich możliwości finansowych, znajdowały się zazwyczaj na wyższych piętrach domów bez windy. Poza tym oglądając te wszystkie mieszkania, uzmysłowiłam sobie, że nikt nie przyjąłby mojego syna z dwoma psami na te eleganckie parkiety, które były w każdym lokalu. Jeżeli więc ktoś miałby się wyprowadzić, to musiałabym to być ja. Chwilowo zniechęcona brakiem pozytywnych osiągnięć, sprawę poszukiwania mieszkania odłożyłam do czasu powrotu ze swojego urlopu. Miał on trwać 10 dni ale już po 7 byłam w domu, bo intuicja mi podpowiadała, że źle się dzieje. Zmiany jakie zastałam były tak duże, że przez miesiąc nie mogłam wyjść z szoku i  pozbierać się psychicznie.

7 sierpnia 2011 14:01 Ekscesy piwosza

   W poprzedniej notce obiecałam, że ta dzisiejsza będzie dotyczyła powodów, dla których wywiad Marzeny Rogalskiej z Korą Jackowską i  Kamilem Sipowiczem wydał mi się ciekawy. Naprawdę chciałam tak zrobić ale pisanie odwlekałam z dnia na dzień, a dzisiaj nie mam nastroju do rozważań filozoficzno-muzycznych.
    Pierwsze dwa tygodnie lipca minęły spokojnie choć nie obyło się bez nieprzyjemnych momentów. Po pierwsze na znak protestu wobec zachowania syna, pierwszy raz od 27 lat udałam że zapomniałam o jego urodzinach. Zaczęło się od tego, że dwa dni wcześniej przyprowadził kolegę o 2 w nocy, by pograć w elektryczne rzutki, które dostał od rodziców swojej dziewczyny w prezencie urodzinowym. Kiedy mój syn wyszedł do łazienki, ja wystartowałam do jego pokoju spytałam grzecznie „gościa” czy nie za późna pora na składanie wizyt, bo moim zdaniem tak. Młodzian odpowiedział, że musi porozmawiać z K.J. Oświadczyłam, że może zrobić to jutro. W tym momencie drzwi łazienki się otworzyły, wypadł mój synalek i powiedział bym nie robiła mu wiochy, bo Sebek kupił sobie dwa piwa i ma prawo je wypić. Odpowiedziałam, że może to zrobić we własnym domu. Dałam im pięć minut, bo żaden z nich nie słuchał moich argumentów. Po pół godzinie kolega wyszedł żegnany przez mojego słowami ”sorry że tak wyszło”. Gdy to usłyszałam , to moja wściekłość sięgnęła zenitu. Nie przepraszał matki, nie przepraszał dziewczyny, która leżąc na wersalce udawała, że śpi, tylko kumpla od kufla. Żeby sprawa była jasna, nigdy nie zabraniałam synowi zapraszać znajomych do domu, ale do czystego, wcześniej wysprzątanego domu, by mi później nie obrabiano dupy, że u mnie syf-malaria. Poza tym w stosownych godzinach(2200-dni powszednie, 24 w weekend). Oczywiście zdarzyło się raz czy dwa, że godziny te się przesunęły, ale tym razem mój syn nie poinformował mnie o swoich zamiarach, no i co innego jest wyjść od kogoś o 1-2 w nocy, bo w ferworze gry na komputerze zapomniało się o czasie, a co innego z premedytacją w środku nocy sprowadzać kogoś wbrew mojej woli.
    Następne dni spędzałam u siostry, bo chciałam mieć jak najmniej kontaktów z własna latoroślą. Dwudziestego czwartego lipca wyjeżdżał nad morze ze swoją dziewczyną. Gdybym rozpoczęła wojnę od razu to, przez złośliwość mógłby nie pojechać, a jej rodzice zafundowali im podróż w obie strony, ona zapłaciła zadatek, szkoda było to stracić. Ta historia opisana powyżej sprawiła, że zrozumiałam iż nasze dalsze życie pod jednym dachem stało się niemożliwe. Postanowiłam, że albo on się wyprowadzi(do tej pory tego nie chciał zrobić) albo gdy odmówi ja to zrobię. Będzie mi trudno żyć samej bez możliwości liczenia na pomoc rodziny, ale jest to jedyny sposób uratowania resztek zdrowia fizycznego i psychicznego.
    Dziesięć dni wolności jakie miałam po wyjeździe syna uświadomiło mi jak wiele straciłam wciągu ostatnich dziesięciu lat, kiedy to mój „dorosły” niestety tylko metrykalnie syn zaczął iść swoją drogą ku rynsztokowi. W dniu jego powrotu zatrułam się oparami środka czyszczącego i przez cztery dni targały mną bóle głowy, nudności, dreszcze i całkowita niemożność chodzenia nawet do łazienki. Najgorzej było pierwszej nocy i następnego dnia. Musiałam go prosić o podanie leków przeciwwymiotnych i picia. Dzięki temu znów poczuł się panem sytuacji i będzie uważał, że bez niego sobie nie poradzę. Czas utrzeć mu nosa, radziłam sobie przed jego narodzinami, radziłam gdy go wychowywałam przez 18 lat, to poradzę i dzisiaj.
 

16 lipca 2011 15:19 Lektura przy śniadaniu



    Lipiec zaczął się bardzo przyjemnie, bo w pierwszych jego dniach moja siostrzenica miała urodziny. Spędziłam sympatyczny wieczór i w dobrym nastroju wróciłam do domu. Tam adrenalina mi podskoczyła, bo jedna z szuflad w lodówce się zacięła, a mój syn zamiast potraktować ją rozumowo, to rozwiązał problem siłowo, połamał ją. Skutki upadku w czasie spaceru po Starym Mieście trzymały mnie w domu ponad dwa tygodnie, bo tyle nie mogłam stawać na prawą nogę. Pogoda była w kratkę i nie zachęcała do wychodzenia, więc nudziłam się. W telewizji sezon ogórkowy, życie internetowe też zwolniło, autorzy moich ulubionych blogów piszą mało. 

     Reklama w telewizji obwieściła, że Michał Wiśniewski oświadczył się kolejny raz, byłam ciekawa, jaka naiwniaczka dała się znów nabrać złotoustemu panu. Poprosiłam siostrę by mi kupiła „Twoje imperium”. Poczytać można sporo o sławnych ludziach ale żeby przeczytać coś ciekawego, to niestety. Zamieszczone w „Magazynie rozrywki” krzyżówki panoramiczne są na poziomie wakacyjnym, przemęczenie z powodu nadmiernego wysiłku intelektualnego nam nie grozi. Ciekawie co prawda prezentują się przepisy kulinarne: kurczak warzywny, kurczak faszerowany pieczarkami, schab w galarecie czy beza z owocami. Nie mam jednak siły stać i wygotowywać, dlatego też nie zamierzam zachowywać tych przepisów na później jak to robiłam dawniej. Wydawca tej gazety na swojej stronie tak pisze:"Czytelniczki Twojego Imperium to kobiety, które lubią czytać o życiu sławnych ludzi i oczekują od pisma inteligentnej rozrywki." Szkoda tylko, że ich oczekiwania nie są spełniane, bo choć jest w nim rozrywka, to z inteligencją gorzej.

    Drugim czasopismem, które zakupiłam w tym samym czasie było „Party”. W nim również dużo ploteczek-ciekawostek, wiele różnych zdjęć, które ukazują celebrytów i na wyjściowo i po domowemu. Pooglądałam piękne kreacje i westchnęłam z żalem, że ani wiek ani zasobność portfela, nie pozwoliłyby mi na zakup sukienki, butów czy torebki. Ponieważ powróciła moda na koturnowe espadryle, które bardzo mi się podobają i są idealnym obuwiem na lato, namówiłam swoją „synową” by sobie takie kupiła na zbliżający się wyjazd. Kupiła sobie trzy pary innych butów, których łączna cena równałaby się jednym najtańszym(ok.80zł) espadrylom na sznurkowej koturnie.

   Z uwagą przeczytałam opinie Joanny Horodyńskiej i Karoliny Malinowskiej na temat naszych znanych pań ubranych w czerń, która to wraca do łask i króluje na salonach. Zachwycają się one kreacją Małgorzaty Baczyńskiej, którą ubrała Maja Ostaszewska. Owszem sukienka elegancka i pomysłowa ale jak dla mnie przeładowana. Oryginalne rękawy i rozcięcia czyniłyby suknię  wystarczająco piękną , udrapowania poniżej pasa mogłyby stanowić dodatek do innej sukienki, która posiadałaby prostą górę. Według mnie za dużo „grzybów w tym barszczu”. Joanna Horodyńska bardzo krytycznie oceniła ubiór Pauli Marciniak i Omeny Mensah. Jeżeli chodzi o Paulę Marciniak, to faktycznie ma się wrażenie, że założyła na siebie wszystko co miała w szafie w kolorze czarnym, brak jednak pomysłu na ciekawy ubiór. Natomiast sukienka Omeny Mensah gdyby kolorystycznie kontrastowała z jej włosami i byłaby np. w kolorze butów, to fason jak najbardziej by do niej pasował. bo Pani Omena ma wspaniałą figurę i długie, piękne nogi.Zarzut, że do niej   bombka nie pasuje, wydaje mi się bezzasadny,bo taki krój nie jest dobry tylko dla kobiet niskich, korpulentnych lub o rozłożystych biodrach. Podobno na czasie jest "tęcza na dłoni " czyli każdy paznokieć w innym kolorze. Jeżeli o mnie chodzi, to nie mogłabym być modna. Dla mnie taka pstrokacizna wygląda tak jakby zabrakło jednego koloru i ratujemy pedicure innym kolorem.

   Na kolejnej stronie „Party” Maciej Wróblewski, jeden z czołowych stylistów fryzur, ocenia w której fryzurze prezentowane kobiety wyglądają lepiej. Z jego oceną się zgadzam, z jednym wyjątkiem- mnie Natalia Kukulska bardziej się podoba w ciemniejszych włosach. W dziale „Coctail party” zachwyciła mnie Justyna Steczkowska, zgadzam się z Marlą Tabiś-Szymanek, że piosenkarka wygląda olśniewająco. Reszta przedstawionych pań modna ale bez jakiegoś szczególnego polotu.

Ostatnio dużo w prasie pisze się o ciąży Anny Muchy. Wypada pogratulować aktorce ale mówiąc szczerze nie zachwyca mnie ona w czarnej mini sukience.(a takie zdjęcie pokazują gazety najczęściej, gdy mówią o tym wydarzeniu). Kreacja sprawia wrażenie jakby miała zaraz pęknąć w szwach. Już nawet myślałam, że aktorka nie ma innych sukienek na ten przejściowy okres swojego życia. Okazuje się, że ma tyle tylko iż jest to również czarna mini(”Twoje imperium” s.3) Wydaje mi się, że Pani Anna nie straciłaby nic ze swego seksapilu, gdyby na czas ciąży ubierała w nieco luźniejsze kreacje. Inspiracją mogą być modele pokazane na s.42-3 „Twojego imperium”. Byłoby elegancko, stylowo, a i tak wszyscy by wiedzieli co jest powodem jej radości.

Za hit uznano Małgorzatę Kożuchowską w roli modelki. Dla mnie to jest nieporozumienie, a nie hit. Efektowna złota kreacja zlewa się z jasną skórą i włosami aktorki, aż oczy bolą od patrzenia.Obawiam się, że będę odosobniona w opinii, bowiem w Google znalazłam coś takiego
„Małgorzata Kożuchowska od lat pozostaje wierna kreacjom autorstwa Gosi Baczyńskiej. Nikogo nie powinno więc dziwić, że projektantka postanowiła w specjalny sposób uhonorować swoją oddaną fankę.

Na pokazie zorganizowanym w ramach Verva Street Racing 2011 to właśnie Kożuchowska zrobiła największą furorę. Wszystko za sprawą swojego niespodziewanego pojawienia się na wybiegu. Widać, że chwilowe wcielenie się w rolę modelki sprawiło jej nie lada frajdę.

Czyżby minęła się z powołaniem? ” Zdjęcie zamieszczone w czasopiśmie pokazuje aktorkę mniej korzystnie niż to zamieszczone przeze mnie. Może to w dużej mierze wina zdjęcia(fotografa) ale na zdjęciu w gazecie widać, że z chodzeniem na obcasach "nowe wcielenie Kożuchowskiej" ma duże kłopoty, bo ta prawa noga jakoś tak dziwacznie wykręcona.

    W tym numerze „Party” jest bardzo dużo mody, więc panie które nie wiedzą w co się ubrać mają się na czym wzorować. Mnie najbardziej spodobała się kreacja Demi Moore(s.45). Te z pań, które modą fascynują się mniej niż na przykład mężczyznami znajdą tam kilku seksownych facetów, w tym 7 najprzystojniejszych górali.
Dla mnie najciekawszą częścią czasopisma okazały się strony z wywiadem Marzeny Rogalskiej z Korą Jackowską i Kamilem Sipowiczem, a dlaczego? O tym w następnej notce.
Życzę miłej lektury i wspaniałych, pełnych rozmaitych wrażeń wszystkim czytającym te słowa.

 

14 lipca 2011 12:17 Głos mojego sumienia.

Dzisiejszej nocy przeczytałam najnowszą notkę "Zwiewnego anioła". Zaciekawił mnie autor komentarza, do którego ustosunkowywała się autorka bloga- feminista007. Przeszłam na jego stronę i znalazłam to:

"

Pomóżmy Renacie - http://blogiemwraka.blogspot.com/
środa, 13 lipca 2011 1:14
 

Drogie Czytelniczki, Szanowni Czytelnicy

 

Dzisiejszy mój wpis jest wyjątkowy. Moja koleżanka ze studiów opowiedziała mi o swojej sąsiadce Pani Renacie Cichockiej. Pani Renata od 6 lat walczy z chorobą nowotworową. Rak piersi okazał się na tyle złośliwy, że doszło do przerzutów do wątroby, płuc i prawdopodobnie kości. Chemioterapia uszkodziła serce. Obecnie wszystkie możliwości leczenia w Polsce zostały wyczerpane. Jedyne co daje Pani Renacie szansę na zwycięstwo w tej walce to leczenie w Chinach. Oczywiście jest to bardzo nowatorska medycyna polegająca na tym, że oddziałuje się na sam nowotwór, a nie na cały organizm. Nie chodzi o żadną medycynę niekonwencjonalną, czy szarlatanerię. Niestety koszty leczenia wynoszą ok. 150 tysięcy złotych. Tak naprawdę Pani Renata każdego dnia wygrywa nierówną walkę z nowotworem poprzez swoją pasję życia, poprzez miłość jaką promieniuje na swoich bliskich i otaczający świat, a także poprzez wiarę w to, że się uda oraz zarażanie tą wiarą innych. Potrzebuje tylko naszej pomocy. Jak sama powiedziała, wystarczy żeby 150 tysięcy ludzi podzieliło się z nią jedną złotówką i ona natychmiast może wyjeżdżać na leczenie do Chin. Nie spotkałem jeszcze nigdy osobiście Pani Renaty, ale wiem że kilka godzin temu wniosła coś nowego do mojego życia. Znowu poczułem się potrzebny i znowu spowodowała, że w mojej głowie zaczynają się rodzić nowe pomysły. Dlatego też postanowiłem włączyć się w akcję pomocy i zbierania pieniędzy. Od dziś blog Pani Renaty zostaje dodany do moich ulubionych blogów, ale też będę załączał regularne informacje o tym co u Niej i przypomnienia o całej akcji. Apeluję więc do Was Drogie Czytelniczki i Droczy Czytelnicy o pomoc. Jeśli możecie, niech będzie to wpłata jakiejś sumy pieniędzy na konto akcji. Jednak nie tylko to się liczy. Proszę przekazujcie swoim znajomym i ludziom dobrej woli linki do Jej strony, informacje i dane z numerami kont. A może macie jakiś pomysł na zebranie pieniędzy w swojej okolicy. Najważniejsze to nie pozostać obojętnym.

Podaję adres do bloga Pani Renaty, na którym znajdziecie wszystkie informacje: http://blogiemwraka.blogspot.com/

 

A oto numery kont na które można wpłacać darowizny:

Nr konta:
20 1090 2040 0000 0001 0887 3169
koniecznie z dopiskiem: Na leczenie Renaty Cichockiej."

"Fundacja z Uśmiechem"
ul. Paderewskiego 11/39,
25-001 Kielce
Bank Zachodni WBK

oraz konto do przelewów zagranicznych:

 

IBAN: PL 20109020400000000108873169
SWIFT –BIC: WBKPPLPP
Posiadacz rachunku: Fundacja z Uśmiechem, ul. Paderewskiego 11/39, 25-001 Kielce Tytuł przelewu: na leczenie Renaty Cichockiej.

 

Na koniec słowa samej Pani Renaty Cichockiej, ktore chyba nie wymagają żadnego komentarza:

"Błagam o pomoc...

Dopóki oddycham, cały czas mam nadzieję...

Bo mam dla kogo żyć. Mam wspaniałego męża i dwójkę dzieci, które jeszcze mnie potrzebują".

 

 

    Mam nadzieję, że autor tego apelu nie weźmie mi za złe "Zerżnięcia" treści, ale po przeczytaniu byłam tak poruszona, że wiedziałam iż nic piękniejszego czy mądrzejszego nie wymyślę.

    Przyłączam się do akcji zbierania funduszy i proszę o to samo tych, którzy odwiedzają mojego bloga.

29 czerwca 2011 11:10 Śladami Wokulskiego i młodzieńczej tęsknoty


   Ostatni poniedziałek czerwca zapowiadał się wspaniale. Umówiona byłam z moją przyjaciółką ze studenckich czasów. Ponieważ na miejsce spotkania wybrałam Stare Miasto, to musiałam pojechać taksówką. Na szczęście zięć mojej siostry jeździ samochodem z dużym bagażnikiem, dlatego też zabrałam ze sobą czterokołową torbę na zakupy zwaną „kochasiem”. Wysiadłam na ulicy Miodowej, nie opodal miejsca spotkania. Przechodząc obok ogródka znajdującego się przed pubem, zahaczyłam nogą albo wózkiem o ogrodzenie. W ciągu kilku sekund leżałam na bruku, a trzech mężczyzn pomagało mi wstać. Do tej pory nie miałam takiego wzięcia, aby aż 3 facetów sobą zainteresować. Ten który szedł przede mną, chwycił mnie za lewe przedramię, skutecznie uniemożliwiając mi powstanie. Drugi, najprawdopodobniej pracownik pubu, bo widziałam go minutę wcześniej stojącego w drzwiach lokalu, usiłował podtrzymać rozpadające się pod moim ciężarem ogrodzenie. Zimną krwią wykazał się trzeci mężczyzna, który w chwili katastrofy znajdował się za mną. Widząc, że nie radzę sobie ze wstaniem, chwycił mnie pod pachy i postawił do pionu. Będąc już prawie wyprostowaną, spojrzałam przez prawe ramię, bo byłam ciekawa jak wygląda mój wybawca. Chociaż całe zdarzenie trwało kilka minut, to jednak było na tyle „widowiskowe”, że przykuło uwagę nie tylko przechodniów ale i mojej koleżanki, która do tej pory stała tyłem i nie widziała jak nadchodzę. Po przeproszeniu pana z pubu za demolkę i podziękowaniu dwóm pozostałym za ratunek ruszyłyśmy na rynek Starego Miasta. W czasie upadku musiałam być w niezłym szoku, bo dopiero po kilku minutach spaceru zaczęłam odczuwać silny ból prawej stopy i spostrzegłam zadrapanie na przegubie prawej ręki.

    Do sklepu „Lalka” weszłam z ciekawości, bo choć powstał on w 1990 roku, to nie miałam wcześniej okazji w nim być. Sklep mnie rozczarował, bo sądziłam, że bardziej będzie upodobniony do historycznego pierwowzoru. Proponowane w nim upominki, to przysłowiowy „ryż, mydło i powidło”. Zamierzałam w nim wybrać jakiś podarunek dla mojej towarzyszki, bo kilka dni wcześniej miała imieniny. Skupiłam się na gablocie z biżuterią i bibelotami z bursztynu, bo nic innego nie przykuło mojej uwagi. Koleżanka pokazała mi różańce z bursztynu i powiedziała „nie sądzę, by Rzecki nimi handlował”. Byłam gotowa jeden z nich kupić, bo byłby to stosowny prezent dla Wandy. Jednak obawiałam się, że ze względu na cenę nie zechciałaby go przyjąć. Ponieważ jest ona osobą głęboko wierzącą, która w młodości myślała o wstąpieniu do zakonu, to zdecydowałam się na aniołka zrobionego metodą witrażową. Kiedy ekspedientka mi go zapakowała, poprosiłam koleżankę, by schowała to do swojej reklamówki. Odmówiła, twierdząc, że potem możemy zapomnieć. Byłyśmy w połowie drogi do wyjścia, więc powiedziałam” ale to jest prezent dla Ciebie z okazji imienin”. Ona była gotowa wrócić się do lady, by oddać zakup, a ja byłam wściekła, że robi ceregiele, zamiast przyjąć zgodnie z zasadą, że darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Chcąc uniknąć kompromitacji przy zwrocie aniołka, powiedziałam, że jeżeli teraz mnie puści, to upadnę, więc musi najpierw podprowadzić mnie do wózka, bym miała się czego chwycić. Na szczęście „kochaś” stał poza sklepem i nie pozwoliłam Jej już tam wrócić. Przechadzając się uliczkami Starówki przekonałam się, że nie jest to miejsce dla mnie, bo nawet opierając się o wózek miałam ogromne kłopoty z poruszaniem się. Chodniki były równiejsze niż jezdnia, ale są tak wąskie, że zajmowałam całą szerokość i ludzie gdy chcieli mnie wyminąć, musieli schodzić na jezdnię. Po kamieniach, którymi wyłożone są uliczki jeszcze gorzej mi się szło. Gdy dotarliśmy do rynku, to okazało się, że jest on w większej części zajęty przez ogródki, w których porozstawiano stoły z parasolami. Siedziało przy nich bardzo wielu ludzi, a ja pragnęłam odpocząć w zaciszniejszym miejscu. Na jednej z uliczek obejrzałam wystawy kilkunastu sklepów z upominkami i biżuterią. Było tego towaru tyle, że dostałam oczopląsu. Tylu pięknych rzeczy jeszcze nie widziałam. Kiedy pożerałam wzrokiem te piękne wyroby ze srebra, złota i bursztynu, uświadomiłam sobie, że bardzo łatwo stałabym się zakupoholiczką. W ostatnim sklepie na tej uliczce kupiłam kolczyki dla dziewczyny mojego syna, jako prezent za doskonałe zdanie egzaminów w dwuletniej szkole pomaturalnej. Mnie się bardzo spodobały ale nie wiem czy tak będzie w przypadku osoby obdarowanej, bo mamy różne gusta. Po wyjściu ze sklepu weszłyśmy w uliczkę „Wąski Dunaj”, gdzie moją uwagę przykuła „Gospoda Kwiaty Polskie”. Przed lokalem stał młody chłopak w stroju kuchcika i zapraszał do wejścia. Przeszkodę stanowił wysoki stopień, którego nie udało mi się pokonać o własnych siłach. Pomieszczenie było ciemne, rozświetlane tylko świecami palącymi się na stolikach. Specjalnością zakładu są ponoć pierogi, ale moja koleżanka nie chciała słyszeć o jedzeniu czegokolwiek. Zgodziła się na herbatę, a ja poprosiłam o lody z orzechami i polewą z gorącej czekolady. Smakowo żadna rewelacja, lody śmietankowe z pokruszonymi orzechami i polane czekoladą. W swojej porcji znalazłam kryształki zwykłego lodu, a ostatniego górnego zęba omal nie straciłam na kawałku łupiny od orzecha. Na szczęście herbata „Dilmah” podana mojej przyjaciółce, złagodziła rozczarowanie lodami, które okazały się najdroższymi z dotychczas przeze mnie jedzonych. Lokalik sam w sobie bardzo przyjemny, szczególnie dla romantyków, bo świeczki umieszczone w kieliszkach wypełnionych brązową substancją o konsystencji kaszy gryczanej oraz płynąca z rogu sali muzyka, tworzyły intymną atmosferę. Gdy na odchodne zapytałam panią barmankę, co poza pierogami może polecić z menu, to największe zainteresowanie wzbudziła kaczka w sosie wiśniowym. Dawno nie jadłam kaczki, a te które spożywałam były zazwyczaj nadziewane. Dlatego też pomyślałam, że może jeszcze kiedyś odwiedzę to miejsce, by takiej kaczki spróbować. Wszak jestem matce Oliwii winna kawę, za odrzucenie jej zaproszenie na świąteczny obiad w grudniu ubiegłego roku. Może ta gospoda byłaby dobrym miejscem na poznanie przyszłej teściowej syna? Nie wiem jak dotarłam do ulicy Podwale, gdzie umówiłam się z zięciem siostry na powrót. Noga bowiem bolała mnie tak bardzo, że ledwo wstałam od stolika. Po powrocie do domu, rozebrałam się i położyłam do łóżka. Wzięty środek przeciwbólowy nie pomógł. Nie mogę stanąć na prawą nogę i mam bardzo duże kłopoty z dotarciem do łazienki, o kuchni nie wspomnę. Przez kilka dni będę musiała poleżeć, udając że nogę sforsowałam. Gdyby syn dowiedział się o upadku, to już nigdy nigdzie nie pozwoliłby mi wyjść. Ja tymczasem pomimo upadku i bólu, nabrałam ochoty na wyjścia, a nawet na wyjazdy. Spotkanie kosztowało mnie wiele wysiłku ale warto było. Może stałam się tak zachłanna na „życie” za sprawą farby na włosach w kolorze wiśni, a może tęsknoty za czymś co znałam bardzo dawno temu. Obsesją ostatnich miesięcy stała się chęć odszukania mojej pierwszej poważnej miłości. Syn wyśmiał ten pomysł ale Wanda zachęca mnie do realizacji tego pragnienia. Z tak wielu rzeczy musiałam w życiu rezygnować. Może teraz nastał czas(choć zdrowie temu przeczy), by spełnić nawet szalone marzenia?

Poza Życiem lubię:

 

moje psy  starszą Vegę i młodszą Maszę, a także nowo poznanych znajomych:

"Śpiącą Niobe", "Zante", "Zrodzonąz", "Darię Nowak",  "Matyldę2000", "Pustą-literatkę", "Jolad6", "Precla", "Magdę", "Pszczółkę", "Li", "Daniela B."," Famme Fatale", "Martę", "Małego rycerza"," Marzek2", "PatrycjęI11",

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KSIĄŻKI - literatura kobieca. poezja

Książka w moim życiu odgrywała szczególną rolę. Zastępowała przyjaciół, rozrywki typu: dyskoteka, wyjście do kina, wycieczki czy uprawianie wymarzonego sportu czyli łucznictwa. Jako nastolatka czytałam Siesicką, Snopkiewiczową. Do dziś pozostałam wierna literaturze kobiecej, bo szukam w niej wielkiej miłości,która nie była moim udziałem w realnym życiu. Nie lubię fantastyki, literatury wojennej, a kryminałów przeczytałam zaledwie kilkadziesiąt. Kiedy znudzą mnie "romanse", to sięgam po powieść historyczną lub biografię. W tym dziale opowiem o tym co już przeczytałam lub co czytam. Trochę będzie o poezji i ulubionych poetach takich jak:Słowacki, Asnyk, Norwid, Jasnorzewska-Pawlikowska czy Kapuścińska.

CIEKAWYCH LUDZI

    Pierwszą osobą, o której powinnam w tym cyklu opowiedzieć, winna być Salomea Kapuścińska, bo ją w swoim życiu poznałam najwcześniej. Mam jednak nadzieję, że ci którzy przeczytają o Profesorze Waldemarze Voisé, zrozumieją dlaczego, to Jemu wyznaczyłam pierwsze miejsce w „szeregu”. Jakby to powiedział A. Mickiewicz: „ z racji wieku i urzędu” ten zaszczyt Mu się należał .

* prof. Waldemar Voise

* Salomea Kapuścińska

MOJE ZWIERZĘTA

.

MUZYKĘ z lat 1950-1990

Powiedzonko "muzyka łagodzi obyczaje" zna nawet młode pokolenie. Dla mnie piosenki ulubionych wykonawców były lekarstwem na nerwy, rozweselały w chwilach chandry, zastępowały przyjaciół w momentach samotności. Uwielbiałam oglądać festiwal w Opolu, bo na nim występowała plejada polskich artystów. Dzięki festiwalowi sopockiemu mogłam poznać piosenkarzy z innych krajów. Choć oba festiwale odbywają się do dziś, to ja jestem przywiązana do ich starych formuł i nie odnajduję tamtego klimatu. W ramach tego działu będę mówiła o swoich ulubieńcach i o wpływie ich utworów na moje życie.

 

ROBÓTKI RĘCZNE - szydełko, haft płaski

.Robótki ręczne lubię, ale od czasu, gdy naoglądałam się blogów w kategorii "Hobby" i zobaczyłam te wszystkie piękne rzeczy robione przez blogowiczki, to odechciało mi się. Co jakiś czas jednak porywam się z "motyką na słońce" i działam. W ramach tego działu będę zamieszczać w kolumnie głównej opisy tego co próbowałam robić.

* "Łacińska makatka"

FILMY - komedie romantyczne, melodramaty

    Ze względów zdrowotnych i w dużej mierze z powodu wstydu(nie lubiłam, gdy ludzie w kinie, teatrze czy innym miejscu publicznym się na mnie gapili), nie byłam nigdy  na "Kabarecie Jana Pietrzaka", na "Kabarecie Dudka", w Teatrze "Kwadrat" czy Teatrze Żydowskim. Raz by zaimponować chłopakowi ,o którym kiedyś opowiem byłam w Teatrze Wielkim. Żart, który opisałam znam  najprawdopodobniej z telewizji, bo w ramach obchodów 50 lecia powstania telewizji pokazywane są poszczególne skecze z kabaretów już wymienionych, a także  innych takich jak: "Kabaret Olgi Lipińskiej" czy "Kabaret Starszych Panów"(wyśmienitych zarówno pod względem poziomu proponowanego humoru jak i obsady aktorskiej). Telewizja obok muzyki i książki stanowiła źródło mojej rozrywki.  O swoich upodobaniach muzycznych już wspomniałam, dlatego też dziś przyszła kolej na telewizję.

*"Dom nad rozlewiskiem"

KRZYŻÓWKI

.

CZYTANIE CIEKAWYCH BLOGÓW

* blog Joanny Senyszyn.

GRY INTERNETOWE, PASJANSE

.