linki

"Szuflada Niobe"- http://spiacaniobe.blox.pl

"Czarno na białym" - http://zrodzonaz.bloog.pl

"Szeptem" - http://zante-szeptem.blog.onet.pl

"Czarownica zła" - http://czarownicazla.blox.pl

"Rozalia 44" -http://rozalia44.blog.interia.pl

"Graciarnia" - http://graciarnia.blox.pl

"Robótkowe szaleństwa" - http://www.jolad6.blogspot.com

"W stronę Precla" - http://preclowastrona.blox.pl

"Świat według Pszczółki" - http://pamiętnikpszczolki.blog.onet.pl

"Ja i moja niepełnosprawność"- http://magda-w-19.blog.onet.pl

"Kulinarne frustracje Daniela B." - http://kulinarnefrustracje.blox.pl

"Mały rycerz" - http: //malyrycerz.blox.pl

"Życie zaczyna się po pięćdziesiątce" - http://patrycjal11.bloog.pl

"Zabawa w słowa" - http://zabawawslowa.blox.pl

"Życie jest piękne" - http://monteki.blog.onet.pl

"Spotkania przy małej czarnej" - http://kawusiowo.blog.onet.pl

"Z punktu widzenia kobiety" - http://z-punktu-widzenia-kobiety.blog.onet.pl

"Zmienność w pożyczonej przestrzeni" - http://albedo.bloog.pl

"Różnie to bywa" - http://magdula.bloog.pl

"Polarnego- takie tam gadanie" - http://nicalbonic.blox.pl

"Baw się razem z nami" - http://ika53.blox.pl

"POPIERAM"- List otwarty do Minister Zdrowia - http://nazdrowie.pl/petycja-choroby-nerwowo-miesniowe

"Mój (nie)zwykły świat"- http:// ordinary-world.bloog.pl

"Zwiewny anioł" -http://zwiewnyaniol.bloog.pl

Archiwum

Notki

1 sierpnia 2010 01:02 Godzina "W"

                         Serce pełne miłości smutnej niosę
                          jak żołnierz mogiłę pod swym hełmem
                            niesie przez czas.

                                         Tadeusz Gajcy(1922 -1944)

 Pług wojny połamał sierpnie jasnych lat
zostały daleko obce
krew coraz bliżej
w ruinach wiary wiatr się nocą łzawi
a z serc za wcześnie pokrzywdzonych chłopców
nienawiść
czarny kwiat
na grobach Anhellich więdnący miast krzyży

                        Zdzisław Stroiński(1921-1944)

 

Jeno wyjmij mi z tych oczu
szkło bolesne - obraz dni,
które czaszki białe toczy
przez płonące łąki krwi.
Jeno odmień czas kaleki,
zakryj groby płaszczem rzeki,
zetrzyj z włosów pył bitewny,
tych lat gniewnych
czarny pył.

                   Krzysztof Kamil Baczyński(1921-1944)

 

 

 

 

23 lipca 2010 13:11 Przegapiony mężczyzna

   Dzisiaj pomimo trwającego upału mam dobry dzień. O godzinie 8.00 wysłałam do mojej niedoszłej szwagierki SMS z życzeniami dla jej starszego brata Jacka, który kończy 50 lat. Ponieważ wiadomość nie dotarła, to zadzwoniłam na numer domowy. Długo nikt nie podnosił słuchawki i miałam już się rozłączyć, gdy usłyszałam męski głos. Po upewnieniu się, że rozmawiam z jubilatem i przedstawieniu się, nie zdążyłam przystąpić do składania życzeń, kiedy Jacek zapytał głosem uradowanego dziecka: „dzwonisz, bo ja mam dzisiaj 50 urodziny” ? Równie wesołym i figlarnym tonem odparłam „a skąd wiesz”? Po złożeniu życzeń, których najważniejszym elementem było pragnienie jubilata- dożycia jeszcze raz tylu lat, porozmawialiśmy chwilę, a była to nasza trzecia rozmowa w życiu, a pierwsza od kilku lat. Jacek zapytał jak się miewamy i czy K.J jest w domu. Miałam wrażenie, że miał ochotę z nim pomówić. Może matka Jacka powiedziała mu, że podczas ostatniej z nią rozmowy, mój syn wyraził ochotę otrzymania zdjęcia nie ojca, ale stryjka, bo tego nie pamięta, gdyż widzieli się kiedy K.J. miał 2 latka. Jacek przyznał się, że chciałby się z nami zobaczyć, ale nie wie kiedy mogłoby to nastąpić, ponieważ ostatnio nie jest w dobrej formie. Nie byłam pewna czy mówi o swoim samopoczuciu psychicznym czy też o kalectwie, bo może sądzi, że my o tym nie wiemy. W czasie tej rozmowy stanął mi przed oczami  mężczyzna, którego ujrzałam 27 lat temu.
    Poznałam go w czasie jedynej mojej wizyty w domu rodzinnym ojca mojego syna. Był wysokim szatynem, chociaż niższym od swojego brata P. Z twarzy jego emanowała łagodność i delikatność, co czyniło go przystojniejszym niż P. Spostrzeżenie to zaskoczyło mnie bardzo , gdy zdałam sobie sprawę, co mi chodzi po głowie. Pamiętam jak szczupły 23 latek stał oparty o drzwi pokoju i palił papierosa. Ponieważ ja nie miałam swoich własnych fajek, bo udawałam niepalącą , to w momencie, gdy bardzo chciałam zapalić, podeszłam do niego i poprosiłam o papierosa. Przez wszystkie dni mojego pobytu odzywał się niewiele, a bezpośrednio z nim nie rozmawiałam. Nie wiem czy to fakt, że zachowanie mojego narzeczonego mnie rozczarowało, czy też intuicja dawała mi znak, ale w pewnym momencie pomyślałam, że chyba zainteresowałam się nie tym bratem, którym powinnam. Przyznaję, że wtedy Jacek zrobił na mnie bardzo korzystne i silne wrażenie. Nie wiem czy on wtedy był z kimś związany i czy w ogóle w swoim życiu miał sympatię. Pamiętam tylko, że jego matka i siostra ciągle mówiły o jego chorobie serca, tak jakby chciały go zdeprecjonować w moich oczach. Irytowało mnie to bardzo.  Jeżeli podobnie zachowywały się, gdy sam Jacek przedstawiał im swoje dziewczyny, to murowane, że skutecznie je odstraszały. Do dzisiejszego dnia uważam, że wówczas był najżyczliwiej do mnie nastawioną osobą z całej ich rodziny. Nie przyjechał ani na chrzciny ani na I Komunię bratanka, a gdy pytałam dlaczego, to słyszałam, że ktoś musiał zostać na gospodarstwie. Przez wiele lat czułam lekki żal, że nie odwiedził mnie w Warszawie, gdy jeszcze był sprawny. Przez pewien czas przekazywałam pozdrowienia dla niego, gdy P. nas odwiedzał, ale zaprzestałam to czynić, po tym jak usłyszałam „nie wiem czemu tak lubisz Jacka, przecież on był najbardziej przeciwko tobie”. Może to zdanie było prawdziwe, nigdy nie miałam okazji o to zapytać samego zainteresowanego, ale ja swojego mniemania o Jacku nie zmieniłam, bo wyczuwałam, że słowa te były podyktowane zazdrością. Nie miałam szczęścia do mężczyzn, co może być dowodem na to, że niewłaściwie ich oceniam. Być może moja dobra opinia o Jacku też jest błędem. Wiem jednak, że oprócz mnie podobne odczucia co do jego osoby mieli moi rodzice, gdy go widzieli. Matka uznała go za przystojnego, miłego człowieka, a ojciec powiedział „gdybyś się nim zainteresowała, to twoje dziecko miałoby lepsze dzieciństwo”. Żałuję, że Jacek uległ wypadkowi, który zamknął go w czterech ścianach własnego domu, a nade wszystko złamał fizycznie i psychicznie. Żałuję, że nie poznałam go lepiej, że nie zna go mój syn. Dzisiaj rozważania co by było gdyby, nie mają sensu bo czasu się nie cofnie. Nie nadrobi się też straconych okazji. On bez nóg nie pokona ponad 200 km by nas odwiedzić, a ja choć z nogami, ale bez sprawności też nie pojadę do niego, by poznać syna ze stryjkiem. Syn sam nie pojedzie, bo nie czuje się emocjonalnie związany z tą rodziną i twierdzi, że czułby się wśród nich jak intruz.
    Kiedy na zakończenie naszej dzisiejszej rozmowy życzyłam jubilatowi miłego wieczoru i udanej zabawy, rzekł „frykasów nie będzie, bo obżarstwo jest grzechem i niesie ze sobą opłakane skutki, ale lampka wina będzie”. Z jego matką nie rozmawiałam, bo się okazało, że pomimo podeszłego wieku i upałów pojechała do miejscowości gminnej oddalonej o kilkanaście kilometrów, jak się domyślam w celu zrobienia zakupów zarówno na urodziny syna jak i na swoje imieniny wypadające w poniedziałek. Mam nadzieję, że w tej podróży towarzyszyła jej nie tylko córka ale i zdrowy syn, który jako jedyny z rodziny ma samochód. O to zapytam panią Annę w czasie rozmowy telefonicznej, gdy to Jej będę składała życzenia. Choć nie wiem czemu mam przeczucie, że ukochany synalek znów zasłonił się brakiem benzyny lub nawałem pracy. Ja często słyszałam z jego ust takie wymówki, gdy prosiłam by przyjechał do syna.

                                                                         

11 lipca 2010 17:01 Bezzębna uwodzicielka

   Ponieważ ostatnie dwa teksty były z kategorii „ciężkie”, to teraz coś mam nadzieję lżejszej wagi.
    Być może niektórzy pamiętają moje perypetie z dotarciem do lokalu wyborczego w I turze. Kiedy złość na członków mojej rodziny wyparowała, to pomyślałam że muszę znaleźć sposób by korzystać z życia pomimo swoich ograniczeń. Moje rozumowanie wydawało mi się proste jak przysłowiowa budowa cepa. Syn dorosły żyje własnym życiem, ja nie muszę się martwić o stronę finansową swojej egzystencji może więc nadszedł czas, by pomyśleć o sobie. Postanowiłam znaleźć sobie towarzysza, przyjaciela. Odpowiedzią na moje rozmyślania była reklama, którą pokazano w telewizji .Dotyczyła ona jednego z portali randkowych. Od zamysłu przeszłam do czynu. Najpierw trafiłam na niemiecką wersję takiego portalu, a że od czasu gdy posługiwałam się językiem niemieckim minęły długie lata, to czym prędzej wyszłam z tego miejsca. Przy drugim podejściu już trafiłam na polski portal. Okazało się, że aby wypełnić kwestionariusz zgłoszeniowy, to w pierwszym rzędzie muszę podać swój e-mail. I tu sprawa się skomplikowała, bo się wystraszyłam, że jeżeli to zrobię, to dostęp do mojej poczty może zdobyć ktoś przeze mnie nie chciany(skąd takie myśli?). Tak czy inaczej uciekłam po raz drugi. Chęć poznania kogoś była jednak tak silna, że o swoim pomyśle powiedziałam przyjaciółce. Ona pochwaliła sam pomysł i podpowiedziała, że mogę na potrzeby randkowania założyć osobne konto. Myśl świetna, problem jednak polegał na tym, że ja tego zrobić nie umiem, bo wszystko co ma związek z Internetem „przechodziło” przez ręce mojego syna(on zakładał mi bloga i pocztę), a jego w sprawę wtajemniczać nie chciałam, bo wiedziałam jak zareaguje.

   Przypadek zrządził, że się o wszystkim dowiedział i skwitował to w charakterystyczny dla siebie, dobitny sposób „po co ci to, chcesz żeby jakiś 60 letni staruch cię ruchał, bo tylko to im w głowie”. O ile znam się na męskiej filozofii, to panowie do seksu szukają raczej młodszych, a niektórzy to lubią nawet co parę lat odmładzać swoje partnerki seksualne. Muszę jednak przyznać, że stwierdzenie syna nie było takie całkiem pozbawione racji. Jedna moja znajoma opowiadała mi, że pewnego razu poznała na spacerze kulturalnego pana w swoim wieku. Gdy znajomość trwała już jakiś czas, to ta pani odważyła się zaprosić pana do siebie. Kiedy z tacą, na której stały filiżanki do herbaty i ciasteczka weszła do pokoju, zastała pana z opuszczonymi spodniami, gotowego do akcji. Na tym zakończyła się ich znajomość. Przyznam się, że wściekłam się na syna iż moją potrzebę poznania kogoś sprowadza tylko do spraw seksu, a jednocześnie daje wyraz przekonaniu, że mogą go uprawiać tylko ludzie młodzi, bo niby tacy jak ja to powinni myśleć o ciepłych kapciach, o opiekowaniu się wnukami lub po prostu położyć się i czekać na śmierć. Awantura była nielicha. Odłożyłam na jakiś czas pomysł znalezienia sobie przyjaciela. No bo niby jak miałabym na niego trafić? Towarzysko się nie udzielam, po klubach seniorów, pubach nie chodzę, a z portalu skorzystać się boję. Jednym słowem chciałabym a boję się. Czy istnieją biura matrymonialne w dawnym stylu? Wiele lat temu, gdy byłam na tyle młoda, że chęć znalezienia partnera byłaby uzasadniona czytywałam rubryki poświęcone temu zagadnieniu. Wtedy zazwyczaj poczytałam, pośmiałam się, po cichu pozazdrościłam odwagi tym, którzy zamieszczali anonse i na tym się kończyło. Najprawdopodobniej i tym razem nawet gdybym się odważyła zarejestrować na takim portalu, to nie znalazłabym właściwego mężczyzny, bo seks mnie nie interesuje, a mężczyzny raczej nie interesowała by znajomość intelektualno-towarzyska. Życie samo dało mi odpowiedź. Wczoraj jedząc kanapkę straciłam zęba. Teraz wyglądam jak baby jaga i mogłabym śmiało grać tę postać w bajce. Moje uzębienie już od dawna wymaga wymiany na sztuczną szczękę, ale z wielu powodów zrobienie jej odkładałam na później. Jakiemu facetowi potrzebna gruba, niepełnosprawna i bezzębna towarzyszka? Żadnemu. Widać należę do tej grupy ludzi, którym pisana jest samotność do grobowej deski. Wcale mnie ta perspektywa nie cieszy, ale jeśli się nie ma co się lubi, to się lubi co się ma. Ponieważ ja w swoich zasobach mam jeszcze trochę nici do szydełkowania, to wracam do kończenia kolejnej torebki, choć jeszcze nie wiem komu przypadnie w prezencie. Za wszystkie panie i panów, którzy wykorzystując letni czas odważą się poszukać swojej połówki trzymam kciuki.

11 lipca 2010 10:16 "ZGWAŁCONA" czyli tłumaczą się tylko winni...ale nie zawsze


   Mój tekst „Don Kichot” wywołał komentarze, na które nie da się odpowiedzieć jednym zdaniem, stąd ten tekst.
    Kiedy decydujemy się założyć bloga i opisywać w nim prawdziwe lub fikcyjne zdarzenia, bo podobno blogi mają to do siebie że są mieszaniną prawdy, półprawdy i fikcji, to wystawiamy siebie na widok publiczny i jest to cena wkalkulowana w przedsięwzięcie. Musimy w związku z tym znosić również zjawisko trolli, na których tępienie jest przyzwolenie w necie. Natomiast to, czego ja się dopuściłam skaże mnie zdaniem „Zante” na ostracyzm społeczności netowej.
    Tak jak godzę się na publiczny, wszystkim dostępny charakter bloga, tak w przypadku poczty już nie jest, bo tę sferę uważam za bardzo prywatny teren, na który wpuszczam ludzi za swoim przyzwoleniem. Są blogi, które zamieszczając formułkę „napisz do mnie” podają adresy e-mailowe. Ja o ile znam rozkład swojego bloga, takiej informacji nie zamieściłam. Jeżeli chcę by ktoś do mnie pisał, to sama podaję adres konkretnej osobie lub wyrażam zgodę, gdy mnie ktoś pyta(tak np. zrobiła „Zrodzona z”). „Bohater” mojego poprzedniego wpisu wszedł na moją pocztę nieproszony. Jeżeli nie odpowiadał mu komentarz jaki zamieściłam pod wpisem na wiadomym blogu, to mógł zaraz pod moim komentarzem zamieścić swoje uwagi. Gdybym chciała poznać jego wersję wydarzeń i odpisałabym mu w tymże miejscu „chętnie poznam pańskie zdanie, proszę do mnie napisać tu i tu”, to jego listy do mnie byłyby jak najbardziej na miejscu. Gdybym po daniu przyzwolenia na korespondencję, upubliczniła jej treść, to zasługiwałabym na potępienie. Taka sytuacja jednak nie zaistniała. Mogłabym przejść do porządku dziennego nad faktem, że ten pan napisał nieproszony, gdyby uszanował moją prośbę zawartą w pierwszej odpowiedzi „mam nadzieję, że pańskie wtargnięcie na moja pocztę było jednorazowym incydentem”. Sadziłam, że jest, to wystarczający sygnał dla tego człowieka, by więcej nie pisać. Nadszedł jednak kolejny list, dowodzący że moje prośby ten pan ma za nic. Poniekąd zmusiło mnie to, do odpisania na kolejny list, a odpowiedź zakończyłam „proszę więcej do mnie nie kierować żadnych listów i wyjaśnień, bo są mi one niepotrzebne”. Zostałam zignorowana po raz kolejny. Nadszedł list trzeci. Nie reagowanie tego pana na moje prośby zawarte na zakończenie każdej mojej odpowiedzi odebrałam jako lekceważenie mnie i mojego zdania. Czy w związku z tym dalej powinnam wykazywać się grzecznością wobec kogoś, kto nie był taktowny wobec mnie?
    Kobiety gwałcone, choć mówią:” nie rób tego, nie chcę” i tak doświadczają swego losu, bo mężczyzna dominujący nad nimi w danej chwili lekceważy ich prośby. Ja gdy moje prośby nie odnosiły oczekiwanego skutku czułam się właśnie jak te gwałcone. Nie dokonywano na mnie gwałtu cielesnego, ale w jakiś sposób „gwałcono” moją wolę. Uznałam takie postępowanie za godne potępienia i dlatego powstał tekst „Don Kichot”. Nie chcę po komentarzu zamieszczanym przeze mnie na jakimś blogu, znajdować listów od osobników niezadowolonych z treści komentarza. Ktoś się może nie zgadzać z moją opinią na dany temat, ale miejsce do wyrażania swojej opinii jest pod nazwą „dodaj komentarz” na każdym blogu(również moim). W tym celu nie ma powodu naruszania sfery prywatnej, za którą uważam pocztę. Opisałam to zdarzenie, bo to co przytrafiło się mnie może spotkać każdego innego blogowicza. Dla mnie ten człowiek jest „trollem” w kulturalnym wydaniu, bez obraźliwych treści, ale z niestosownym zachowaniem(tym było niereagowanie na moje prośby).
    Co się tyczy „obdzierania z anonimowości”, to nie ujawniłam nazwiska, imienia ani adresu e-mailowego tego pana. Dla większości ludzi czytających mój tekst pozostał on młodym, nieznanym
człowiekiem, którego tylko poglądy stały się nieanonimowe. Jeżeli chodzi o sugestię, że jeżeli chciałam wesprzeć autorkę( na związki z którą ten pan się powołuje) to mogłam przesłać jej te listy na prywatny adres, to oświadczam, że go nie znam. A nawet gdybym znała i przesłałabym jej te listy bez jej(lub jego) zgody, to zrobiłabym to samo czego dopuścił się ten pan wobec mnie. Weszłabym nieproszona w jej prywatną sferę, a od niej dostałam tylko zgodę na zamieszczanie swoich opinii na blogu.

   Są ludzie którzy przed niechcianymi wypowiedziami chronią się zakładając hasła na swoich blogach lub wręcz rezygnując z ich prowadzenia. Ja nie zgadzam się na ograniczanie mojej wolności przez konieczność hasłowania bloga czy zmianę adresu e-mailowego, by uniknąć nieproszonych korespondencji. Ten człowiek i inni jemu podobni powinien wiedzieć, że przypadkowy blogowicz nie jest od wysłuchiwania czyichś żalów lub poznawania jego punktu widzenia, gdy tego sobie nie życzy. Jeżeli się mnie pytacie w imię czego napisałam tamten tekst, to odpowiadam: jeżeli mówię „ja tego nie chcę”, to powinno się mnie i moje zdanie szanować. Ten człowiek tego nie zrobił, bo koniecznie chciał postawić na swoim. Tekstem „Don Kichot” chciałam napiętnować postępowanie tego pana, a bez powołania się na listy byłoby to raczej mało wymowne. Jego wypowiedzi bowiem, choć wyrwane z kontekstu, według mnie określają w dobitny sposób jego osobowość i charakter.

    

9 lipca 2010 12:56 Don Kichot nie z Manchy

    Opisując wybrane przeze mnie blogi, na które trafiałam buszując po Internecie, zawsze cieszyłam się, gdy autorzy omawianych blogów, zamieszczali swoje komentarze. Po zamieszczeniu ostatniej części cyklu „Cudze chwalicie…” odezwał się „Zwiewny anioł” i wiem, że będę do niego zaglądała często. Również Rozalia wyraziła swoje zdanie na temat tego, że stała się jedną z bohaterek mojej notki, chociaż zrobiła to w prywatnej korespondencji. Nie dziwiło mnie, że autorka „A miało być tak pięknie”, nie zareagowała, wszak to że ja przeczytałam jej pamiętnik, nie oznacza iż ona czytuje mój.

      Jakież było jednak moje zdziwienie, gdy w prywatnej poczcie znalazłam list od męża autorki wspomnianego bloga. Ze zwykłej ciekawości przeczytałam to, co zostało napisane. Na wstępie mężczyzna ten tłumaczy iż powodem napisania do mnie, był fakt  że zainteresowałam się blogiem jego żony. Dalej wyjaśnia, że ponieważ zapiski zawarte w blogu stały się materiałem dowodowym na sprawie rozwodowej to on mógł się zapoznać z jej "obecnym postrzeganiem świata". Twierdzi, że „zaprezentowane informacje są niezwykłą mieszaniną zdarzeń rzeczywistych przeplecionych sporą ilością wydarzeń fikcyjnych okraszonych sporą ilością elementów emocjonalnych”. W dalszej części listu informuje mnie, że jemu chodzi tylko o ustalenie regularnych spotkań z córką, które nie zależałyby od widzimisie jego żony. Człowiek ten pragnie również by małżonka została przebadana przez biegłego sądowego psychiatrę „ na okoliczność występowania depresji poporodowej, która mogła się przerodzić w psychozę poporodową”. Wyjaśnia mi również co to jest depresja i jak wiele kobiet na nią zapada. List kończy zdaniem „jednak chcę zrobić wszystko by pomóc mojej żonie odzyskać równowagę psychiczną i na razie wygląda na to, że brak kontaktów z mojej strony z nią, jej służy najlepiej”.
    Nie ukrywam, że list ten był dla mnie ogromnym zaskoczeniem, bo nie rozumiałam dlaczego to mnie pan ten postanowił przedstawić swój punkt widzenia na temat swojej żony i jej stanu emocjonalnego. Przypuszczam, że mógł go do tego sprowokować mój komentarz zamieszczony na blogu żony pod ostatnią notką, w której pisała o decyzji wszczęcia kroków rozwodowych. Chociaż wszystko co ten pan napisał w swoim liście do mnie nie przemawiało, grzeczność nakazywała mi odpowiedzieć. Zrobiłam to najdelikatniej jak umiałam, wierząc, że na tym sprawa się zakończy. W kilka godzin później otrzymałam kolejny list, bo jak twierdził ów mężczyzna „prawdą jest , że lubi stawiać kropkę nad „i” ”. Ta kropka okazała się całkiem spora, a w jej skład wchodziły:
1. Wyjaśnienia dotyczące tajemniczego preparatu F, którego brania przez żonę domagał się
2. Informacja, że złożył 5 wniosków o ustalenie kontaktów z córką, ale nie zostały one rozpatrzone przez sąd
3. Wytłumaczenie, że „jeśli chodzi o wykorzystanie tego czasu, to jest to o tyle trudne, że dziecko boi się obcych(od urodzenia)”. Zdanie to było odpowiedzią na moją sugestię, by czas widzeń z córką wykorzystał jak najlepiej, dając w ten sposób żonie do zrozumienia, że może powinna go wydłużyć. Gdy czytałam to zdanie uderzyła mnie jedna rzecz, dlaczego ojciec dziecka uważa siebie za obcego i co sprawiło, że dziecko może się go bać i jest nieufne.
4. Na moja propozycję, by niemożność porozumienia się z żoną próbował rozstrzygnąć w Poradni Małżeńskiej, a nie poprzez korespondencję ze mną, osobą nie uprawnioną do tego, osobnik ten napisał, że żona odmówiła skorzystania z tej formy pomocy, a on „nie wiedział wtedy jeszcze o depresji poporodowej”.
   W końcowym fragmencie listu pan ten pisze o tym czym jest ślub kościelny i jaki wpływ na jego życie będzie miał rozwód. List kończy znamienne zdanie „tak, że czuję się trwale skrzywdzony przez żonę i obawiam się również, że moja córka stanie się tego ofiarą”.

   Drugi list zirytował mnie mocno i powinnam go zignorować, ale niestety odpowiedziałam na niego, dobitnie już podkreślając, że nie życzę sobie dalszej korespondencji, bo nie mnie rozstrzygać o tym po czyjej stronie leży prawda w małżeńskim konflikcie. Sądziłam, że będzie to wystarczające, by zniechęcić tego mężczyznę do dalszego pisania. Byłam jednak w błędzie. Dnia 3 lipca nadszedł kolejny list, w którym między innymi napisano: „nie chcę wdawać się w szczegóły by wyjaśniać wiele nieścisłości bądź błędnych przekonań. Skoro jednak nie życzy sobie pani dociekać prawdy bądź by kontynuować korespondencję ze mną, to rozumiem, to.”  W P.S. dodał „jeżeli będę chciał ułożyć sobie życie z inną osobą, to będę żył w grzechu, a na dodatek sprawię , że moja żona ze ślubu cywilnego będzie również żyć w grzechu”.

   Na ten list już nie odpowiedziałam z dwóch powodów: po pierwsze nie wiedziałam dlaczego ten człowiek do mnie pisze i czego ode mnie oczekuje(przecież ja mu nie załatwię dyspensy papieskiej na unieważnienie ślubu kościelnego, by mógł nie żyć w grzechu), a po drugie uznałam iż jest to jedyny sposób uniknięcia dalszej niechcianej korespondencji. Powinnam już pierwszy list zignorować, wtedy nie byłoby problemu i uczucia niesmaku całą ta sytuacją. Najbardziej jednak o słuszności nie odpowiadania na ten list, przekonało mnie jego zakończenie „mam nadzieję, że spróbuje pani chociaż zrozumieć mój punkt widzenia, a nie będzie pani stale spoglądała przez swój pryzmat negatywnych doświadczeń”.
    W tym właśnie tkwi problem tego człowieka, skąd przeświadczenie, że mnie jest potrzebne poznanie jego punktu widzenia, którego z resztą nie rozumiem. Skąd przeświadczenie, że na mój negatywny odbiór jego zwierzeń( które moim zdaniem powinien poznać sąd na rozprawie rozwodowej, a nie ja), mają wpływ moje „negatywne doświadczenia”. Ja o swoich doświadczeniach życiowych pisałam na swoim blogu i mógł się z nimi zapoznać czytając go, ale wątpię by to zrobił. Przypuszczam, że ponieważ nie przyznałam mu racji, to wyciągnął stąd wniosek, że zrobiłam to dlatego, iż mam owe negatywne doświadczenia. Problem w tym, że z negatywnych doznań też można, a nawet należy wyciągać wnioski, a on żadnych wniosków ze swojego pożycia z żoną wyciągać nie chce, bo uważa siebie za jedynego sprawiedliwego i nieomylnego.

   Na koniec pragnę zaznaczyć, że nie mam w zwyczaju upubliczniania korespondencji, ale ta była na tyle niespodziewana, dziwna i niestosowna, że postanowiłam zrobić wyjątek. Uważam bowiem, że jeżeli ten pan nie zgadzał się z moim komentarzem zamieszczonym na blogu jego żony, to mógł ze mną polemizować w tamtym miejscu. Mnie to zdarzenie nauczyło jednego- ostrożności gdzie i jakie komentarze zamieszczam. Dzięki tej historii doznałam też pierwszy i jedyny (mam nadzieję) raz w życiu satysfakcji, że moje małżeństwo z ojcem mojego dziecka nie doszło do skutku, bo przynajmniej ominął mnie koszmar rozwodu. Jedyne co mi się podobało w tym mężczyźnie, to fakt, że w listach przedstawił się z imienia i nazwiska. Ja niestety nie okazałam się na tyle odważna, pomimo że zazwyczaj adresatom swojej korespondencji ujawniam swoje prawdziwe nazwisko, to w tym przypadku pozostałam „ukryta” za nickiem, choć wiem że nie jest to zgodne z etykietą.
      Tytuł tej notki nawiązuje do „Don Kichota” M. Cervantesa, chociaż nie umiem wyjaśnić do końca, dlaczego właśnie ta powieść przyszła mi na myśl, gdy podjęłam decyzję o opisaniu tej historii. Dodam, że utworu Cervantesa nie doczytałam do końca, nie doszukałam się w niej tych elementów, które zadecydowały o uznaniu go za dzieło wybitne, mające „wpływ na rozwój literatury europejskiej i stało się inspiracją dla wielu twórców konfrontujących świat idealny i realny, analizujących stosunki między jednostką, a społeczeństwem”(cytat za „Słownikiem encyklopedycznym wiedzy szkolnej”). A Don Kichot- kim był? „To rycerz smutnego oblicza, podejmujący walkę z całym światem w obronie pokrzywdzonych i nie znający realiów życia „prawdziwego”; ucieleśnienie ślepego, choć szlachetnego idealizmu”. Jak do tego opisu ma się mój „bohater”? No cóż autor listów do mnie też podejmuje walkę z całym światem, tyle tylko, że za jedynego pokrzywdzonego uważa siebie samego. W odróżnieniu od błędnego rycerza, poznał realia prawdziwego życia i nie bardzo umie się z nimi pogodzić. Jedno co chyba ma wspólne z Don Kichotem, to zrozumienie że jego „Dulcynea” okazała się inna niż ją sobie wyobrażał.

28 czerwca 2010 23:16 Na domowym "wybiegu"

    Autorką bloga „Życie zaczyna się po pięćdziesiątce” jest Patrycja. To u niej znalazłam opis zabawnej sklepowej scenki, która sprowokowała Patrycję do opowiedzenia historii pewnego płaszcza. Ów płaszcz natomiast przywołał wspomnienia o mojej garderobie. Opowiem o ciuszkach, które nie były modne, firmowe czy eleganckie. Wszystkie jednak (z wyjątkiem zimowego płaszcza) sprawiały, że czułam się kobieco, uważałam się za ładną pomimo kalectwa.
       Miałam jakieś 13 lat, gdy moja matka postanowiła uszyć u zawodowego krawca zimowe płaszcze dla mnie i siostry. Wierzch płaszcza uszyty był z wojskowej gabardyny, takiej z jakiej się szyło wojskowe mundury. Jego spód stanowił kożuch, który wraz z watoliną włożoną w rękawy, sprawiał iż uginałam się pod ciężarem owego okrycia. Płaszcz ozdobiony był czarnym kołnierzem i mankietami z futra baraniego. Całość dopełniała czapka( z tegoż samego futra) w kształcie ściętego stożka. Obie z siostrą nienawidziliśmy tych płaszczy jak mało którego stroju z naszej niewyszukanej garderoby. Zupełnie inne odczucia miała nasza matka, która pękała z dumy, że stać ją było na sprawienie nam takich zimowych okryć.
Kilka lat później zamarzyłam o płaszczu skórzanym, którego rodzice nie mogli mi kupić.Moja siostra już wtedy podjęła pracę i za zarobione pieniądze szyła sobie u zawodowej krawcowej ekstra sukienki, spódnice i bluzki, bo nie znosiła ubrań szytych przez mamę.

     Moja matka chcąc pokazać, że nie jest gorsza w szyciu, kupiła dermę w kolorze cukierkowego różu i postanowiła uszyć dla mnie płaszcz. Komuś już sam kolor może się wydać nieciekawy, ale ja uwielbiałam go nosić. Do dziś mam w słoiku z guzikami,  odprute od tamtego płaszcza.

       Gdy zaczęłam pracować, to z pierwszych pensji odkładałam na dwie rzeczy: wózek dla mojej mającej się urodzić siostrzenicy i ciemnooliwkowy skórzany płaszcz. Pamiętam jakby to było wczoraj, z jakim przejęciem dokupywałam do niego na Bazarze Różyckiego zieloną torebkę i takież rękawiczki.    Po paru latach paradowania w tym płaszczu, zauważyłam, że z tyłu ma czerwoną plamę z farby olejnej. Próba usunięcia jej za pomocą „Tri” zakończyła się niepowodzeniem, a dalsze drążenie tego „tematu” -dziurą w okolicach tyłka. Płaszcz nie nadawał się do noszenia, bo nie miałam identycznego kawałka skóry, by naszyć na owo miejsce. Nie mogąc się rozstać z moim ulubieńcem, uprosiłam mamę, by mi z niego zrobiła spódnicę i króciutkie bolerko. Rodzicielka spełniła moją prośbę nie wykazując przy tym zbytniego entuzjazmu. Okazało się, że to co leżało na mnie dość dobrze jako płaszcz, nie sprawdziło się w postaci spódnicy. Całkowity brak wcięcia w pasie i zniekształcone biodra sprawiały, że spódnica nie układała się należycie. Po paru latach wiszenia w szafie, ubranie zostało poprute, a skórzane resztki do czegoś wykorzystane. Z oliwkowo-zielonego stroju najdłużej przetrwała torebka, która trafiła do śmietnika, gdy paski były całkowicie przetarte i dalsze ich skracanie mijało się z celem.
      Nigdy nie mogłam nosić dżinsowych spodni, bo były za sztywne i trudno mi się je wciągało. Zresztą jako młoda kobieta, spodnie lubiłam wkładać tylko na wyjazdy lub w porze jesienno-zimowej. Na co dzień lepiej się czułam w sukienkach dopasowanych w pasie lub spódnicach, choć te zazwyczaj musiałam nosić na szelkach z powodu już wcześniej wspomnianego. Najlepiej czułam się w strojach z rozkloszowanym dołem. Uwielbiałam spódnice plisowane. Miałam je tylko dwie niestety. Pierwsza z nich była biała, drobno plisowana. Wystroiłam się w nią kiedyś na randkę z pewnym młodzieńcem. Spotkanie skończyło się zaraz po tym jak usłyszałam od niego następujące słowa” coś ty na siebie włożyła, robisz z siebie małą dziewczynkę”. Ponieważ spódnica była uszyta ze sztucznego materiału, to z biegiem czasu zżółkła(  brak było wszechobecnego dzisiaj Vanisha, który jest w stanie wybielić wszystko) i wylądowała w śmietniku. Drugą "plisowankę" kupiłam sobie, gdy miałam jakieś 35 lat. Była czerwona i dużo za długa, dlatego oddałam ją siostrze. Z czasów młodości pamiętam dwa wielkie hity: spódniczki mini, do których dziewczyny i kobiety nosiły takie oto buty. Ja ani mini ani takich butów nigdy włożyć nie mogłam, nad czym bardzo ubolewałam. Innym hitem były tzw. „bananówki” czyli długie spódnice szyte w kliny ułożone ukośnie. Moja matka nie pokusiła się o uszycie takiej spódnicy i musiałam się zadowolić spódnicą do połowy łydki, złożonej z klinów. Jedne kliny były w białe grochy na czerwonym tle, a drugie na niebieskim.

    Dziś podstawę mojej garderoby stanowią spodnie, bo opuchnięte i pokryte strupami nogi nie nadają się do wystawiania na widok publiczny. Mogłabym wzbogacać strój eleganckimi bluzkami, ale jak zdążyłam się przekonać dla kobiet noszących rozmiary XXXL oferowane w sklepach stroje są mało wyszukane. W takich przypadkach w komfortowej sytuacji są kobiety, które umieją uszyć lub wydziergać coś same.
      Kiedy moja figura była jeszcze na tyle szczupła, że mogłabym się pokusić o noszenie koronkowej bielizny, to jej w sklepach nie było. Dziś gdy oczy przyciągają zwiewne majteczki i piękne biustonosze, to niestety ciałko już nie to. Nie mówię o stringach, bo w tych czułabym się źle nawet przy odpowiedniej figurze. Mam na myśli koronkowe figi i staniczek dobrze utrzymujący piersi, choć biustu nigdy nie miałam  na tyle ładnego by go eksponować. Niestety nie widziałam w sklepach koronkowej bielizny w rozmiarze 3 X-ów.
    Chociaż jako osoba o „zdeformowanej” sylwetce powinnam się ubierać raczej w kolory nie rzucające się w oczy, to ja na przekór logice, zawsze uwielbiałam kolory jasne i jaskrawe. Nigdy nie lubiłam czerni i brązu, nie mogłam zrozumieć koleżanek-studentek, dlaczego młode dziewczyny ubierają się w takie ciemne kolory. Czerń od zawsze kojarzyła mi się z żałobą i smutkiem, a brąz uznaję tylko jako kolor czekolady, którą uwielbiam. Dziś jestem panią w poważnym wieku, o bardzo korpulentnej sylwetce i chociaż powinnam mankamenty figury tuszować ubraniami w odpowiedniej kolorystyce, to nie potrafię nie nosić się „na jasno”. Jasne, żywe(by nie rzec jaskrawe) kolory działają na mnie pobudzająco, dodają energii i wywołują uśmiech na twarzy. Co prawda nie mam w swojej szafie ubrań w modnym w tym sezonie turkusie(jest to także mój ulubiony kamień szlachetny), ale jeszcze nic straconego. Wszak teraz jest tyle możliwości kupienia nowego ciuszka, że wystarczy mieć pieniądze. Życzę Wam byście forsy mieli w bród, na spełnianie nie tylko ubraniowych zachcianek we wszystkich możliwych kolorach.

26 czerwca 2010 16:37 "Cudze chwalicie, swego nie znacie" część 5

    Jest sobota, 26 czerwca. Świeci słońce, pierwszy raz od kilku dni. Gdy padało, było szaro i mokro, a mnie się nic nie chciało, zwalałam to na pogodę. Dzisiaj świeci słońce, zapowiada się piękny dzień, wymarzony na spacery i relaks. Zaczęłam się zastanawiać o czym pisałam na blogu rok temu. Okazało się, że akurat tego dnia nie zamieściłam żadnej notki. Ponieważ pisanie, to jest jedyna rzecz w tym momencie, która mnie nie odpycha, to napiszę dzisiaj o trzech blogach w ramach cyklu „Cudze chwalicie”. Do tej pory napisałam 4 opinie na temat różnych blogów (dla tych, którzy chcieliby do nich trafić podaję daty ich powstania:cz.1-10.05/2009, cz.2 -25.06/2009, cz.3-18.11/2009 i cz.4(tyt. Wielkie damy)-18.01./2010.)


      ZWIEWNY ANIOŁ(http://zwiewnyaniol.bloog.pl)- miło się go czyta, bo pisany jest ładną polszczyzną. Co prawda ja mam pewne kłopoty z odczytywaniem tekstu, bo jego fragmenty zachodzą na znajdującą się po prawej stronie ilustrację, ale jest to jedyna krytyczna uwaga wobec autorki. „Zwiewny anioł”, to młoda kobieta, kochająca i kochana żona, szczęśliwa matka. Chociaż jest to blog opisujący codzienne życie młodej rodziny, to jednak jest w nim jakiś wyczuwalny pełen słodyczy liryzm, który wzrusza. Można bez trudu się domyśleć, że jego autorka, to romantyczka, ale potrafiąca trzeźwo patrzeć na rzeczywistość. Polecam tego bloga ludziom, którzy wątpią czy życie jest piękne, zachęcam do jego czytania osoby, które szykują się do życia we dwoje(lub o nim marzą). Ja czytałam tego bloga z przyjemnością, bo przywołał wspomnienia mojej własnej młodości, wyobrażeń o przyszłości i oczekiwań(w moim przypadku niespełnionych).


         A MIAŁO BYĆ TAK PIĘKNIE- to jest blog odmienny w swoim nastroju od wcześniej opisanego. Jego autorka również młoda kobieta, żona i matka, opisuje rozpad swojego małżeństwa, które miało być „piękne”. Z tym blogiem miałam styczność już w ubiegłym roku(świadczy o tym mój komentarz zamieszczony pod jedną z notek). Dzisiaj powróciłam do niego zupełnie nieświadoma tego, że już wcześniej odwiedzałam to miejsce. Po prostu ze strony „Blogomanii” wybrałam tytuł, który najbardziej mi się spodobał. Przeczytałam bloga od „deski do deski” i im więcej czytałam, bym większe ogarniało mnie przerażenie. Comiesięczna relacja młodej kobiety z irracjonalnego zachowania jej męża, które dowodziło jego niedorosłości i nieumiejętności odnalezienia się w roli ojca. Podziwiam autorkę tego bloga za to, że pomimo obaw i wątpliwości, jak powinna postąpić, chcąc zmienić istniejąca sytuację, zdobyła się na odwagę uporządkowania swojego życia. Ona pewnie jeszcze nie wie jak potoczą się dalej jej losy, ale ja wierzę, że mądrość którą się wykazała do tej pory, pomoże jej w przyszłości. Zapraszam na http://niuniessanchez.blogomania.pl .


    Ostatni z blogów, o którym chciałabym powiedzieć jest mi od niedawna bardzo bliski. Jego autorkę poznałam na blogu „Ociobus” i wtedy była po prostu samotna matką wychowującą dwóch synów. Jedną z wielu podobnych do niej Polek. W połowie czerwca dzięki informacji od „zrodzonej” dotarłam do pierwszego bloga


   ROZALIA 44  (http://rozalia44.blog.interia.pl)- nie będę o tym blogu pisała wiele, (choć powinnam)  i to nie dlatego, że jego autorka w najnowszej notce napisała, że „połączyła nas nić przyjaźni”. Mam nadzieję, że to nie będzie tylko nić, ale „szpagat”, najmocniejszy ze znanych mi sznurków.Nie będę się rozpisywała na temat tego bloga, bo wiem, że wszyscy którzy wejdą na tę stronę, zrozumieją dlaczego rodzina ta, stała się tak bliska memu sercu. Wierzę też głęboko w to, że Ci którzy poczytają wpisy Rozalii, będą do niej często zaglądać i kibicować jej zmaganiom z życiem.

   Na koniec słowa wyjaśnienia: w poprzednim tekście z tego cyklu obiecałam, że opiszę takie blogi jak: „Graciarnia”, „Z punktu widzenia kobiety”, „Kulinarne frustracje Daniela B.” i „Dziennik jednak nie codzienny”. Adresy wszystkich wymienionych znaleźć można po lewej stronie mojego bloga. „Graciarnia”, to blog prowadzony przez studentkę o dużym poczuciu humoru i ironicznym spojrzeniu na siebie. Teksty są zazwyczaj krótkie i pojawiają się nieregularnie, stąd czekałam na więcej wpisów. „Z punktu widzenia kobiety” jest bardzo znany w blogosferze i bardziej poczytny niż mój blog, nie potrzebuje dodatkowej reklamy. „Kulinarnym frustracjom Daniela B.” poświęciłam 2 indywidualne notki, więc mieliście okazję już Go poznać. „Dziennik jednak nie codzienny” tuż przed próbą mojego opisania na blogu zmienił szatę graficzną i stał się dostępny tylko dla osób znających hasło, dlatego nie wiem, co obecnie słychać u jego autorki. Wszystkich autorów tych blogów pozdrawiam serdecznie i życzę dalszego, miłego blogowania.

    Wszystkie zdjęcia zaczerpnięto z Grafika-Google

25 czerwca 2010 20:19 Trójwymiarowa ulotka czy autobus z wizerunkiem?

   Od dnia wyborów na kilku blogach(mam na myśli te, które sama czytuję) wypowiadano się na ich temat. Wniosek z nich jest jeden- jesteśmy niezadowoleni z faktu, że musi być druga tura. Pewna moja znajoma, powiedziała wprost: „myślałam, że drugiej tury nie będzie, a pieniądze będzie można przeznaczyć na powodzian”. Powracam do tematu wyborów z dwóch powodów: pierwszy to, wypowiedzi typu „ nie idę na drugą turę” lub „trzeba wybrać mniejsze zło”, drugi to pieniądze. Przyznam się szczerze, że kiedy rozpoczęła się walka wyborcza, a mówiło się o tym, iż każdy ze sztabów ma do dyspozycji na rzecz kampanii po 15 milionów złotych, to aż się gotowałam ze złości. Przy takiej ilości kandydatów, to spora suma, którą można by spożytkować lepiej, rozsądniej niż na bannery, ulotki i inne imprezy występujące przy okazji kampanii. A tu na dokładkę kolejna tura, która pochłonie dalsze miliony. Czy my jesteśmy aż tak zamożnym narodem? Jeżeli tak, to dlaczego tego nie widać w codziennym życiu. Dlaczego wciąż są bezdomni, bezrobotni, dzieci których się nie leczy bo nie ma na to pieniędzy? Kiedy w niedzielny wieczór okazało się, że prezydencka „szopka” trwa, to byłam zła. Zaczęłam się zastanawiać, czy warto wydawać kolejne pieniądze na taksówkę, by dojechać do lokalu wyborczego, by wybrać „mniejsze zło”. No właśnie, cóż oznacza to „mniejsze zło”? Wielu z nas używa tego sformułowania, ale dla każdego co innego ono oznacza. Ja mówiąc te słowa mam na myśli wybór Bronisława Komorowskiego, jego przeciwnicy twierdzą, że to Jarosław Kaczyński będzie lepszym prezydentem. Niestety nie ma w naszym kraju w chwili obecnej człowieka, który zadowalałby taką część społeczeństwa, by nie musiało ono wybierać pomiędzy złym, a jeszcze gorszym.

      Żaden z pozostałych na polu bitwy kandydatów nie jest zbliżony do ideału prezydenta. Zresztą jaki powinien być idealny prezydent? Dla mnie kimś takim był Stefan Starzyński, nie prezydent państwa tylko Warszawy, ale imponował mi swoją postawą, rozumiem  uwielbienie jakim go obdarzali Warszawiacy. Wolna Polska miała 3 prezydentów i mówiąc szczerze żaden z nich nie wzbudzał we mnie zachwytu. Lech Wałęsa był dla mnie za prostacki, Aleksander Kwaśniewski zbyt często walczył z „chorobą alkoholową”, a Lech Kaczyński zbyt jawnie był „prowadzony” przez swojego brata i jego ugrupowanie polityczne. Na drugą turę wyborów pójdę, bo jak to powiedziała cytowana już przeze mnie znajoma „jeżeli nie pójdziesz, a wielu zrobi tak jak ty, to Kaczyński wygra i będziemy mieli kolejne 5 lat horroru”. Pójdę i zagłosuję tak jak w I turze, choć nie wiem na ile Bronisław Komorowski będzie reprezentantem całego narodu, a na ile interesów partii, z której się wywodzi.

   Nie zagłosuję na Jarosława Kaczyńskiego, bo nie wierzę w jego przemianę, bo nie odpowiadał mi jako premier rządu, a więc moim zdaniem nie sprawdzi się też w roli prezydenta.

   Nie wiem ilu moich rodaków weźmie udział w drugiej turze wyborów, nie wiem kogo poprze Grzegorz Napieralski(uważam, że najsprawiedliwiej byłoby gdyby nie poparł żadnego). Wiem natomiast, że powinniśmy wziąć udział w drugiej turze dla spokoju własnego sumienia, a może także dla spokoju nas wszystkich. Jeżeli moje sparaliżowane nogi powloką mnie do urny, to niechaj Wasze zdrowe też Was do niej doprowadzą. Rysunek i karykatury zaczerpnięto z Grafika-Google
 

   P.S Mój 26 letni syn twierdzi, że znaczna część młodego pokolenia, swój stosunek do tych wyborów wyraża takim stwierdzeniem: „Ja nie zagłosuję w waszych wyborach, sami wybierajcie swego władcę – potwora”. No cóż, gdyby głosiciele tego hasła poszli do wyborów, to może zgodnie z przysłowiem: „gdzie dwóch się , bije tam trzeci korzysta”, Grzegorz Napieralski uchroniłby nas przed drugą turą. Podobno głosowali na niego przede wszystkim młodzi ludzie.

22 czerwca 2010 08:16 Zwariowałam - poszalałam

   Czternastego czerwca wysłałam swojej znajomej spóźniony prezent urodzinowy(jak to mam w zwyczaju, była nim torebka własnoręcznie zrobiona). Następnego dnia tuż przed północą otrzymałam SMS-a, że prezent się spodobał. Mam nadzieję, że nie było to tylko kurtuazyjne stwierdzenie, ale prawdziwe zadowolenie, bo tylko wtedy będę czuła się usatysfakcjonowana. Fakt, że mój wysiłek nie był daremny, zachęcił mnie do kupienia kilku najnowszych czasopism poświęconych robótkom ręcznym: „ Igłą i nitką”, „Robótki ręczne” nr5-6/2010, „Robótki ręczne extra” nr 3/2010, „Szydełkowanie dla początkujących”(Sabrina wydanie specjalne), „Mała Diana extra na szydełku”, „Mała Diana na szydełku”, „Szydełkowanie. Wzory siatkowe i koronki szydełkowe”.

   Z ostatniego z wymienionych czasopism wybrałam już kilka wzorów: „bieżnik z motywem ptaka”, filigranową serwetkę o geometrycznej formie(model nr 16), „serwetkę z łabędziem”, „owalny bieżnik z motylami i różą”(zamierzam zmodyfikować wzór wrabiając tylko motyle). serwetkę model 36( biała, delikatna i jak napisano niełatwa do zrobienia), a także model nr 37(kwadratowa z motywem ananasa),model nr 38- okrągła, która pokazana została jako dekoracja okienna. Model 39 to, efektowny, delikatny kapelusz, też potraktowany jako dekoracja a nie nakrycie głowy. Najpiękniejszym jednak dla mnie wzorem jest serwetka ze spiralna gwiazdą, od której rozpocznę robienie wymienionych modeli(podobna do tej białej na żółtym tle, pokazanej na zdjęciu. Czasopismo „Szydełkowanie. Wzory siatkowe i koronki szydełkowe nr 3/2010 polecam zarówno zamiłowanym hobbystkom jak i paniom, które na urlopie chciałyby spróbować swoich sił.(choć w tym przypadku proponowałabym rozpocząć od " Szydełkowanie dla początkujących"(Sabrina wydanie specjalne) 3/2010.


„Mała Diana na szydełku” (zeszyt 6) zawiera modele kilkunastu bluzeczek, ale mówiąc szczerze żadna nie wydała mi się szczególnie oryginalna. Omawiany przeze mnie numer ma jednak tę zaletę, że pokazane modele są dwukolorowe i można do ich wykonania wykorzystać pozostałe z innych prac włóczki. W czasopiśmie tym znalazłam też reklamę „Diana. Robótki extra. Szydełkowe torby i torebki”(nr 3). Ja obeszłam trzy kioski „Ruchu” w poszukiwaniu tego numeru, niestety bezskutecznie. Bardzo żałuję, bo już okładka zapowiada, że mogą być w nim przedstawione ciekawe propozycje. Intrygująco wygląda też okładka „Sandra ekstra. Szydełkowe lato”, jej także muszę poszukać.


  

  „Mała Diana ekstra na szydełku” (zeszyt 4/2010) zawiera kilka fantastycznych modeli: top złożony z 8 trójkątów i do tego trójkątna chusta wykonana szydełkiem nr 8, brązowe poncho choć wbrew temu, co napisano nie za bardzo ochroni przed chłodnym nocnym powietrzem, to jednak ciekawie się prezentuje i może być ładnym dodatkiem do letniego stroju. Ja pokuszę się o zrobienie kompletu złożonego z mini spódniczki wykończonej plisą, wykonana w technice brugijskich koronek i topu, choć użyję nici w innym kolorze, a top wykończę tą sama techniką, co spódnicę. Polecam także uwadze pań spódniczkę z biustonoszem w kolorach żółty i turkusowy(podobno bardzo modny w tym sezonie). Nadzwyczaj oryginalnie prezentuje się top z frędzlami, w kolorze turkusu i zielonego groszku. Nad wyraz piękna jest chusta z patchworkowych kwiatów. Spośród toreb pokazanych w numerze mnie najbardziej spodobały się: „puchate” torebki(turkusowa i czarna), seledynowa torebka z uchwytami wykonanymi z koralików(do kompletu jest także kolorystycznie dobrany szal). Naprawdę jest w czym wybierać.


    Wszystkim paniom, zarówno tym zainteresowanym robótkami, jak i tym lubiącym ładnie wyglądać, ale nie umiejącym dziergać, polecam przejrzenie wymienionych przeze mnie czasopism. Wszak można poprosić o zrobienie jakiegoś stroju babcię, mamę, koleżankę, jeżeli same nie macie odwagi spróbować samodzielnego dziergania.
Zamieszczone ilustracje zaczerpnięto ze strony www.bpv.pl

 

21 czerwca 2010 03:18 Weekend

          Miniony piątek był dla mnie dniem feralnym, chociaż nie był to trzynasty. Najpierw nie doczekałam się doręczyciela z zamówioną przesyłką pobraniową. Płacisz człowieku 21 zł za priorytet, a jak przychodzi co do czego, to i tak sam człapiesz na pocztę. Jedyna pozytywna rzecz w całej sytuacji, to to że w przesyłce był zamówiony przedmiot, a nie na przykład kamień i stare gazety. Ponieważ obok poczty znajduje się sklep mięsny, w którym zazwyczaj robię zakupy, gdy mam w planie gości, to załatwiłam dodatkową sprawę. Piątek bowiem był dniem, w którym miała mnie odwiedzić sąsiadka z synem i przyszłą synową, w ramach przełożonych majowych imienin. Mój syn o moich piątkowych planach został poinformowany dwa dni wcześniej liczyłam bowiem, że pomoże posprzątać mieszkanie. Miał się za to zabrać już w czwartek, by nie zostawiać wszystkiego na ostatnią chwilę. W piątek do godziny 17 opalał się, a do 19.30 spał. Zostałam z robotą sama. Gdy rozległ się dzwonek, ja byłam nie ubrana, stół nie naszykowany. Dziewczyna syna, którą poprosiłam o pomoc w przenoszeniu zastawy i potraw na stół, stawiała wszystko na gołym blacie, bo nie wpadła na pomysł, by mi przypomnieć, że jest on nie nakryty obrusem, który wyjęty z szafy zwisał z poręczy fotela. W ten sposób goście zobaczyli mnie i całą resztę „ w proszku”. Mojego złego humoru, w który ta sytuacja mnie wprawiła, nie poprawił nawet fakt, że obudzony syn, przez resztę wieczoru był duszą towarzystwa. O nieudanej imprezie imieninowej chętnie zapomniałabym jak najprędzej, ale przypominają mi o niej róże ofiarowane przez gości.


      Sobota wcale nie była lepsza. Obudziłam się z ciężką głową, bolącymi nogami i leniem za skórą. Ponieważ niedziela była dniem wyborów,a liczyłam, że może być słonecznie, dlatego też postanowiłam poprawić zakupiony w maju strój w kolorze kremowym. Zdjęcia komunijne pokazały jak źle się na mnie prezentował w wersji oryginalnej , jeżeli miałabym go włożyć w niedzielę, to poprawki były wskazane. Co wyjdzie mi z tych „ulepszeń” jeszcze nie wiem, bo pracy nie skończyłam.


      W niedzielę jedynym zadaniem do wykonania, było pójście na wybory. Wiele zależało od pogody, najbardziej bałam się deszczu. Trochę w Warszawie padało, ale nie to się okazało najtrudniejsze. Zdałam sobie sprawę, że jeżeli pójdę na wybory ze swoim chodzikiem, zwanym żartobliwie „kochasiem”, to przy jego pomocy dotrę tylko do samego lokalu. Jak jednak dojść do stołu komisji i urny wyborczej? W czasie poprzednich wyborów jeszcze byłam w stanie te niewielkie odległości pokonać bez "trzymanki". Teraz bez wsparcia na kimś lub na czymś sztuka ta by mi się nie udała. Musiałam spojrzeć prawdzie w oczy, bez pomocy innej osoby sobie nie poradzę. Dla kogoś, kto do tej pory starał się być samowystarczalnym, taka myśl nie była miła. Powiedziałam synowi, że musi się ze mną wybrać na wybory, ale on czmychnął z domu jak spłoszony zając. Jego dziewczyna, gdy spytałam ją w sobotę, czy nie wybrałaby się ze mną, stwierdziła, że i tak głosujemy w innych lokalach(odległość między nimi, to sto metrów). O godzinie dwunastej zadzwoniłam do mojej siostry z pytaniem, o której ona z córką wybierają się głosować. Odparła, że jeszcze nie wie, ale gdy siostrzenica wróci z dziećmi ze spaceru, to uzgodnią i do mnie przedzwonią. Telefonu się nie doczekałam. O godzinie szesnastej, gdy mojego syna „ani widu, ani słychu”, zadzwoniłam do sąsiadki w nadziei, że może ona jeszcze nie była głosować i pójdziemy razem. Niestety okazało się, że ona i jej najbliżsi byli z samego rana. Nie miałam innego wyjścia jak tylko chwycić "kochasia" i ruszyć do lokalu wyborczego. Gdy byłam już przy drzwiach, odezwał się telefon, myślałam że to siostra. Usłyszałam głos sąsiadki, która powiedziała, że jej syn ze mną pójdzie. Dzięki zamówionej taksówce obywatelski obowiązek spełniłam w ciągu 20 minut. Byłam w trakcie zdejmowania z siebie wyjściowego stroju, gdy zjawił się mój syn i wielce się zdziwił, że poradziłam sobie bez niego. Życie jeszcze raz pokazało mi, że „umiesz liczyć, licz na siebie” no i na ludzi, którzy potrafią się odwzajemnić pomocą za wcześniej im okazaną, tak jak to miało miejsce w przypadku syna sąsiadki. Tylko czy ja potrafię wyciągnąć należyte wnioski, z całej tej sytuacji? Siostra, gdy chciała bym wzięła dla niej pożyczkę, umiała zaprosić mnie na rozmowę. Syn gdy potrzebuje pieniędzy, też potrafi obiecywać gruszki na wierzbie, ale kiedy ja proszę o wsparcie, to muszę korzystać z życzliwości obcych ludzi. Czy mam rodzinę tylko po to, by mogła uszczuplać zawartość mojego portfela?

 

 


 

Poza Życiem lubię:

 

moje psy  starszą Vegę i młodszą Maszę, a także nowo poznanych znajomych:

"Śpiącą Niobe", "Zante", "Zrodzonąz", "Darię Nowak",  "Matyldę2000", "Pustą-literatkę", "Jolad6", "Precla", "Magdę", "Pszczółkę", "Li", "Daniela B."," Famme Fatale", "Martę", "Małego rycerza"," Marzek2", "PatrycjęI11",

  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

KSIĄŻKI - literatura kobieca. poezja

Książka w moim życiu odgrywała szczególną rolę. Zastępowała przyjaciół, rozrywki typu: dyskoteka, wyjście do kina, wycieczki czy uprawianie wymarzonego sportu czyli łucznictwa. Jako nastolatka czytałam Siesicką, Snopkiewiczową. Do dziś pozostałam wierna literaturze kobiecej, bo szukam w niej wielkiej miłości,która nie była moim udziałem w realnym życiu. Nie lubię fantastyki, literatury wojennej, a kryminałów przeczytałam zaledwie kilkadziesiąt. Kiedy znudzą mnie "romanse", to sięgam po powieść historyczną lub biografię. W tym dziale opowiem o tym co już przeczytałam lub co czytam. Trochę będzie o poezji i ulubionych poetach takich jak:Słowacki, Asnyk, Norwid, Jasnorzewska-Pawlikowska czy Kapuścińska.

CIEKAWYCH LUDZI

    Pierwszą osobą, o której powinnam w tym cyklu opowiedzieć, winna być Salomea Kapuścińska, bo ją w swoim życiu poznałam najwcześniej. Mam jednak nadzieję, że ci którzy przeczytają o Profesorze Waldemarze Voisé, zrozumieją dlaczego, to Jemu wyznaczyłam pierwsze miejsce w „szeregu”. Jakby to powiedział A. Mickiewicz: „ z racji wieku i urzędu” ten zaszczyt Mu się należał .

* prof. Waldemar Voise

* Salomea Kapuścińska

MOJE ZWIERZĘTA

.

MUZYKĘ z lat 1950-1990

Powiedzonko "muzyka łagodzi obyczaje" zna nawet młode pokolenie. Dla mnie piosenki ulubionych wykonawców były lekarstwem na nerwy, rozweselały w chwilach chandry, zastępowały przyjaciół w momentach samotności. Uwielbiałam oglądać festiwal w Opolu, bo na nim występowała plejada polskich artystów. Dzięki festiwalowi sopockiemu mogłam poznać piosenkarzy z innych krajów. Choć oba festiwale odbywają się do dziś, to ja jestem przywiązana do ich starych formuł i nie odnajduję tamtego klimatu. W ramach tego działu będę mówiła o swoich ulubieńcach i o wpływie ich utworów na moje życie.

 

ROBÓTKI RĘCZNE - szydełko, haft płaski

.Robótki ręczne lubię, ale od czasu, gdy naoglądałam się blogów w kategorii "Hobby" i zobaczyłam te wszystkie piękne rzeczy robione przez blogowiczki, to odechciało mi się. Co jakiś czas jednak porywam się z "motyką na słońce" i działam. W ramach tego działu będę zamieszczać w kolumnie głównej opisy tego co próbowałam robić.

* "Łacińska makatka"

FILMY - komedie romantyczne, melodramaty

    Ze względów zdrowotnych i w dużej mierze z powodu wstydu(nie lubiłam, gdy ludzie w kinie, teatrze czy innym miejscu publicznym się na mnie gapili), nie byłam nigdy  na "Kabarecie Jana Pietrzaka", na "Kabarecie Dudka", w Teatrze "Kwadrat" czy Teatrze Żydowskim. Raz by zaimponować chłopakowi ,o którym kiedyś opowiem byłam w Teatrze Wielkim. Żart, który opisałam znam  najprawdopodobniej z telewizji, bo w ramach obchodów 50 lecia powstania telewizji pokazywane są poszczególne skecze z kabaretów już wymienionych, a także  innych takich jak: "Kabaret Olgi Lipińskiej" czy "Kabaret Starszych Panów"(wyśmienitych zarówno pod względem poziomu proponowanego humoru jak i obsady aktorskiej). Telewizja obok muzyki i książki stanowiła źródło mojej rozrywki.  O swoich upodobaniach muzycznych już wspomniałam, dlatego też dziś przyszła kolej na telewizję.

*"Dom nad rozlewiskiem"

KRZYŻÓWKI

.

CZYTANIE CIEKAWYCH BLOGÓW

* blog Joanny Senyszyn.

GRY INTERNETOWE, PASJANSE

.